Gdy odeszła od nas nasza jamniczka to stwierdziliśmy, że nie chcemy więcej żadnego psa, bo jak potem zdechnie to za bardzo boli. I pewnie wytrwalibyśmy w naszym postanowieniu gdyby nie fakt, że chwilę po tym jak zabrakło psa to po ogrodzie zaczęły panoszyć się obce koty i atakować naszą kotę. Wiele razy w nocy budziły nas wrzaski gryzących się kotów i jak tylko otworzyłam drzwi to wpadał do środka trzęsący się ze strachu kłębek naszej koty. Zapadła więc decyzja, że wszyscy jednak potrzebujemy psa. Nasza kota do obrony, nasz młody jako przyjaciela, żeby nie siedział w domu sam gdy jesteśmy w pracy (kot się nie liczy, bo albo je, albo śpi, albo idzie w świat).
Wybór padł na rasę Husky, bo jest to przyjacielski pies, inteligentny, indywidualista, bardzo aktywny i zupełnie nie przypomina jamnika, ani z wyglądu, ani z charakteru. Nasza jamniczka jest niezastąpiona i nie chcieliśmy mieć psa do niej podobnego, żeby nie było porównań, stąd ta odmienność od jamnika była taka ważna przy wyborze rasy.
Od tygodnia zatem jest z nami Luna. 2.5 miesięczny husky (ur.28.05.2016), tak radosny, tak wesoły, tak energiczny, że aż miło patrzeć. Już się oswoił z nowym miejscem i szaleje po ogrodzie. Ot taki misiowaty tajfun, który w jednej chwili jest wszędzie. Jeszcze tylko musi dogadać się z naszą kotą i będzie pełnia szczęścia.
W moim biegu przez życie wciąż rodzą się nowe pasje, stare się przedawniają, czasami odchodzą, czasami spychane są na pogranicze mojego czasu, czasami trwają i walczą o zainteresowanie.
piątek, 19 sierpnia 2016
poniedziałek, 8 sierpnia 2016
wakacyjnie ... Bałkany
Bo najważniejsi są ludzie ... zawsze i wszędzie.
Ostatnie dwa tygodnie spędziłam na Bałkanach. Ot taka wycieczka autokarowa, gdzie 70% to zwiedzanie a 30% plażing. Dzięki zorganizowanej wyprawie zobaczyłam w tak krótkim czasie najpiękniejsze zakątki Bałkanów, zwiedziłam 6 państw. To jest to czego nigdy nie udałoby mi się dokonać jadąc na własną rękę samochodem, pomimo wcześniejszego przygotowania, a do wypraw przygotowuję się zawsze bardzo starannie spisując wcześniej gdzie parkingi, jakie ceny, jak dojechać, jakie godziny zwiedzania i takie tam. Jednak po tej wyprawie wiem, że sama nie byłabym w stanie wszystkiego przewidzieć, o wszystkim pomyśleć, dlatego taka zorganizowana wycieczka to jest super sprawa.
Jednak żeby to grało to musi zgrywać się tu kilka ważnych rzeczy ze sobą. Po pierwsze pilot, kierowca i przede wszystkim ludzie. Kierowcę mieliśmy świetnego, robił swoją robotę, plus robotę pilota, który trochę nie mógł się odnaleźć w sytuacji. Za to ekipa autokarowa była rewelacyjna. Byliśmy zgrani, rozumieliśmy się i razem świetnie się bawiliśmy. To właśnie ludzie, ich podejście, serdeczność, nastawienie sprawili, że pomimo niedociągnięć organizacyjnych bawiłam się świetnie na tych wakacjach.
Ostatnie dwa tygodnie spędziłam na Bałkanach. Ot taka wycieczka autokarowa, gdzie 70% to zwiedzanie a 30% plażing. Dzięki zorganizowanej wyprawie zobaczyłam w tak krótkim czasie najpiękniejsze zakątki Bałkanów, zwiedziłam 6 państw. To jest to czego nigdy nie udałoby mi się dokonać jadąc na własną rękę samochodem, pomimo wcześniejszego przygotowania, a do wypraw przygotowuję się zawsze bardzo starannie spisując wcześniej gdzie parkingi, jakie ceny, jak dojechać, jakie godziny zwiedzania i takie tam. Jednak po tej wyprawie wiem, że sama nie byłabym w stanie wszystkiego przewidzieć, o wszystkim pomyśleć, dlatego taka zorganizowana wycieczka to jest super sprawa.
Jednak żeby to grało to musi zgrywać się tu kilka ważnych rzeczy ze sobą. Po pierwsze pilot, kierowca i przede wszystkim ludzie. Kierowcę mieliśmy świetnego, robił swoją robotę, plus robotę pilota, który trochę nie mógł się odnaleźć w sytuacji. Za to ekipa autokarowa była rewelacyjna. Byliśmy zgrani, rozumieliśmy się i razem świetnie się bawiliśmy. To właśnie ludzie, ich podejście, serdeczność, nastawienie sprawili, że pomimo niedociągnięć organizacyjnych bawiłam się świetnie na tych wakacjach.
Bośnia i Hercegowina - Sarajewo
Bośnia i Hercegowina - Mostar
Bośnia i Hercegowina - Wodospady Kravica
Chorwacja - Dubrovnik
Czarnogóra - Ulcinj - Stare Miasto
Czarnogóra - Ulcinj
Czarnogóra - Stary Bar
Czarnogóra - Boka Kotorska w oddali miasteczko Herceg Novi
Czarnogóra - Błękitna Grota na półwyspie Lustica
Czarnogóra - Boka Kotorska
Czarnogóra - Budva
Czarnogóra - Boka Kotorska
Czarnogóra - Boka Kotorska
Czarnogóra - wyspa z kościołem Matki Boskiej na skale
Czarnogóra - wyspa z kościołem Matki Boskiej na skale
Czarnogóra - wyspa z kościołem Matki Boskiej na skale
Czarnogóra - Kotor
Czarnogóra - Kotor
Czarnogóra - Kotor
Czarnogóra - wyspa Sveti Stefan
Czarnogóra - jezioro Szkoderskie
Czarnogóra - jezioro Szkoderskie
Czarnogóra - Ulcinj nocą
Czarnogóra - jezioro Czarne w górach Durmitor
Czarnogóra - rafting w kanionie rzeki Tary
Czarnogóra - przelot (ok 1km) tyrolką nad kanionem Tary
Albania - Kruja twierdza Skandenberga
Albania - stolica Tirana
Macedonia - Ochryd twierdza cara Samuela
Macedonia - jezioro Ochrydzkie - cerkiew Jovana Kaneo
Macedonia - jezioro Ochrydzkie
Macedonia - jezioro Ochrydzkie
Macedonia - kanion Matka
Macedonia - kanion Matka
Macedonia - kanion Matka jaskinia z nietoperzami
Macedonia - Skopje
Macedonia - Skopje - modlitwy przy meczecie
Macedonia - Skopje
Macedonia - Skopje
Serbia - Belgrad
sobota, 16 lipca 2016
Pokemonowe szaleństwo
Pokemony ponownie opanowały świat. Tym razem powróciły, nie jako figurki i bajki dla dzieci, ale jako gra korzystająca z technologii rzeczywistości rozszerzonej, czyli po polskiemu, korzystając z netu i gps w komórce widzimy na ekranie jakby nasz świat (gdy włączymy kamerę) lub animowaną mapę (gdy tej kamerki nie włączymy). Polega ona na szukaniu, łapaniu i trenowaniu Pokemonów. To tak w skrócie.
Oczywiście jak to z kolejnymi nowymi grami bywa, opinie są podzielone. Dużo osób uważa, że ogłupia, że wypacza, że uzależnia, że to czy tamto, a ja jako matka (bo ja w to nie gram, ale moje dziecię zaczęło i jest zafascynowane) mam trochę inne zdanie na ten temat.
Moje dziecię ... hm, chyba zacznę nazywać go "młody" bo malutki to on już nie jest. Zatem młody wszedł w wiek, gdzie komputer i internet są najważniejsze na świecie. I tak się wszystkim wydaje, zabronić, wyciągnąć na zewnątrz, na spacer, gdziekolwiek. Taaa. Tak właśnie robiliśmy. W każdy weekend było odklejanie młodego od komputera, wyciąganie prawie na siłę z domu, to na rower, to w góry itp. I prawda jest taka, że jechał na te wszystkie wycieczki z nami, bo musiał, ale ile się nasłuchałam, ile nadenerwowałam, ile było fochów, dąsów, żali to tylko ja wiem.
Gdy zaczął grać w tą grę Pokemon Go, to wszystko się zmieniło. Teraz on mnie wyciąga na spacer, na rower, na wycieczkę. Dzisiaj rano po przebudzeniu mi mówi, że musimy przejść 10 km, żeby mógł wyhodować z jakiegoś jajka pokemona. I jak ja mam tej gry nie lubić. Owszem, ciągle przypominam, że trzeba bardzo uważać, że nie można chodzić wpatrzonym w ekran cały czas, bo auta, tramwaje, autobusy, dziury w drogach, wystające korzenie w lasach itp. itd. Wiadomo, wszędzie trzeba znaleźć umiar, ale jeśli dzięki tej grze moje dziecko zacznie się ruszać to ja jestem jej zdecydowaną zwolenniczką i mam gdzieś negatywne opinie ludzi, którzy nie mają dzieci i nie widzą jakim problemem jest w dzisiejszym świecie odrywanie dzieci od komputerów, konsoli, tv itp.
Oczywiście jak to z kolejnymi nowymi grami bywa, opinie są podzielone. Dużo osób uważa, że ogłupia, że wypacza, że uzależnia, że to czy tamto, a ja jako matka (bo ja w to nie gram, ale moje dziecię zaczęło i jest zafascynowane) mam trochę inne zdanie na ten temat.
Moje dziecię ... hm, chyba zacznę nazywać go "młody" bo malutki to on już nie jest. Zatem młody wszedł w wiek, gdzie komputer i internet są najważniejsze na świecie. I tak się wszystkim wydaje, zabronić, wyciągnąć na zewnątrz, na spacer, gdziekolwiek. Taaa. Tak właśnie robiliśmy. W każdy weekend było odklejanie młodego od komputera, wyciąganie prawie na siłę z domu, to na rower, to w góry itp. I prawda jest taka, że jechał na te wszystkie wycieczki z nami, bo musiał, ale ile się nasłuchałam, ile nadenerwowałam, ile było fochów, dąsów, żali to tylko ja wiem.
Gdy zaczął grać w tą grę Pokemon Go, to wszystko się zmieniło. Teraz on mnie wyciąga na spacer, na rower, na wycieczkę. Dzisiaj rano po przebudzeniu mi mówi, że musimy przejść 10 km, żeby mógł wyhodować z jakiegoś jajka pokemona. I jak ja mam tej gry nie lubić. Owszem, ciągle przypominam, że trzeba bardzo uważać, że nie można chodzić wpatrzonym w ekran cały czas, bo auta, tramwaje, autobusy, dziury w drogach, wystające korzenie w lasach itp. itd. Wiadomo, wszędzie trzeba znaleźć umiar, ale jeśli dzięki tej grze moje dziecko zacznie się ruszać to ja jestem jej zdecydowaną zwolenniczką i mam gdzieś negatywne opinie ludzi, którzy nie mają dzieci i nie widzą jakim problemem jest w dzisiejszym świecie odrywanie dzieci od komputerów, konsoli, tv itp.
środa, 13 lipca 2016
Rohacze zdobyte
Jakoś tak mało biegowo ostatnio u mnie, a bardziej górsko się zrobiło. W niedzielę wywlekłam rodzinkę na Babią Górę. Męża za bardzo wywlekać nie trzeba było, bo się ostatnio zrobił chętny do aktywności fizycznej, (nie napiszę, że to pewnie przez brzuszek, który zaczął się powoli wyokrąglać, nie napiszę tego). Bardziej chodziło o oderwanie dziecięcia mojego od komputera z obawy przed przyrośnięciem co poniektórych części jego ciała do różnych elementów komputerowych jak np. tyłka do fotela, ręki do myszki czy uszu do słuchawek. Pogoda była cudowna, więc spacerkiem pokonaliśmy lekką trasę podejścia na Babią z Krowiarek, przez schronisko na Markowych Szczawinach, by wrócić niebieskim szlakiem na parking w przełęczy Krowiarki. 5 godzin, 16 km, lekko, powoli, spokojnie.
Tak mnie ta wycieczka rozruszała, że nabrałam ochoty na poważniejsze szczyty. Sprawdziłam prognozę pogody i się okazało, że jeszcze tylko w poniedziałek ma być ślicznie, a potem to już burze przeplatane ulewami, dlatego też wzięłam sobie wolny dzień w poniedziałek i razem z koleżanką pojechałyśmy w Tatry.
Wyjechałyśmy o 5:00, żeby wcześniej zacząć gdyby przypadkiem po południu były jakieś burze. Z Doliny Rohackiej na Słowacji za Oravicami wyszłyśmy na szlak o 7:00. Nasza wędrówka po szczytach trwała 12 godzin. Przeszyśmy przez Rakoń (1879m npm), Wołowiec (2064m npm), Rohacz Ostry (2087m npm), Rohacz Płaczliwy (2126m npm) , Trzy Kopy (2136m npm), Hruba Kopa (2166m npm), Banówka (2178m npm), by zejść Doliną Spaloną z powrotem na parking. Najważniejsze, że nie było burzy. Nie pamiętam już kiedy trafiła mi się taka pogoda w górach jak wtedy. Błękitne niebo, słonecznie. Jedynym minusem był wiatr, momentami tak silny, że bałam się, że mnie zdmuchnie ze szczytu.
Pamiątką po słonecznym wietrze jest moje spalone ciało. Takich poparzeń słonecznych już dawno nie miałam. Trudno, zaciskam zęby i czekam aż się wygoi. Przecież kiedyś muszą przestać piec te spalone ramiona, uda, łydki i kark. Ale nie narzekam, bo było warto. Widoki cudowne. Nasyciłam się górami na jakiś czas.
A czemu wybrałyśmy akurat Rohacze? Mało znane szczyty w Tatrach?
Ano mój przewodnik książkowy po szczytach bardzo zachwalał tą oto wycieczkę pisząc:
Piękna, ale bardzo długa i męcząca wyprawa zapoznająca z najładniejszymi szczytami Tatr Orawskich. Na długim odcinku prowadzi widokowym grzbietem tatrzańskim. W kilku miejscach występują trudności ubezpieczone łańcuchami. Grań Rohaczy to praktycznie jedyne miejsce w Tatrach Zachodnich zbliżone charakterem do tatr Wysokich.
Otoczenie Doliny Rohackiej jest chyba najbardziej atrakcyjnym wysokogórskim rejonem Tatr Zachodnich. Śmiało poprowadzony graniowy czerwony szlak os Ostrego Rohacza aż po Banówkę (Banikov) pod względem ekspozycji i trudności może się równać z polską Orlą Percią.
Tak mnie ta wycieczka rozruszała, że nabrałam ochoty na poważniejsze szczyty. Sprawdziłam prognozę pogody i się okazało, że jeszcze tylko w poniedziałek ma być ślicznie, a potem to już burze przeplatane ulewami, dlatego też wzięłam sobie wolny dzień w poniedziałek i razem z koleżanką pojechałyśmy w Tatry.
Wyjechałyśmy o 5:00, żeby wcześniej zacząć gdyby przypadkiem po południu były jakieś burze. Z Doliny Rohackiej na Słowacji za Oravicami wyszłyśmy na szlak o 7:00. Nasza wędrówka po szczytach trwała 12 godzin. Przeszyśmy przez Rakoń (1879m npm), Wołowiec (2064m npm), Rohacz Ostry (2087m npm), Rohacz Płaczliwy (2126m npm) , Trzy Kopy (2136m npm), Hruba Kopa (2166m npm), Banówka (2178m npm), by zejść Doliną Spaloną z powrotem na parking. Najważniejsze, że nie było burzy. Nie pamiętam już kiedy trafiła mi się taka pogoda w górach jak wtedy. Błękitne niebo, słonecznie. Jedynym minusem był wiatr, momentami tak silny, że bałam się, że mnie zdmuchnie ze szczytu.
Pamiątką po słonecznym wietrze jest moje spalone ciało. Takich poparzeń słonecznych już dawno nie miałam. Trudno, zaciskam zęby i czekam aż się wygoi. Przecież kiedyś muszą przestać piec te spalone ramiona, uda, łydki i kark. Ale nie narzekam, bo było warto. Widoki cudowne. Nasyciłam się górami na jakiś czas.
A czemu wybrałyśmy akurat Rohacze? Mało znane szczyty w Tatrach?
Ano mój przewodnik książkowy po szczytach bardzo zachwalał tą oto wycieczkę pisząc:
Piękna, ale bardzo długa i męcząca wyprawa zapoznająca z najładniejszymi szczytami Tatr Orawskich. Na długim odcinku prowadzi widokowym grzbietem tatrzańskim. W kilku miejscach występują trudności ubezpieczone łańcuchami. Grań Rohaczy to praktycznie jedyne miejsce w Tatrach Zachodnich zbliżone charakterem do tatr Wysokich.
Otoczenie Doliny Rohackiej jest chyba najbardziej atrakcyjnym wysokogórskim rejonem Tatr Zachodnich. Śmiało poprowadzony graniowy czerwony szlak os Ostrego Rohacza aż po Banówkę (Banikov) pod względem ekspozycji i trudności może się równać z polską Orlą Percią.
widok na Stawy Rohackie
Rohacz Ostry
gdzieś pomiędzy Rohaczem Płaczliwym, Smutną Przełęczą
widok ze Smutnej Przełęczy na Rohacze
widok na Banówkę z Hrubej Kopy
gdzieś między Banówką a Banikowską przełęczą
resztki śniegu
szlak żółty przez Dolinę Spaloną
Subskrybuj:
Posty (Atom)











