środa, 2 maja 2018

rowerem z Krakowa na Jasną Górę

To było chyba jeszcze w tamtym roku, kiedy to wymyśliłyśmy razem z koleżanką, że fajnie by było tak pojechać na rowerach z Krakowa do Częstochowy. Ot taka pielgrzymka rowerowa na Jasną Górę. Pomysł rósł w naszych głowach i ewoluował. I tak oto przedwczoraj udało nam się go zrealizować.
Wyszło nam 151 km i 817 metrów przewyższenia, gdyż omijałyśmy ruchliwe drogi co by nas tiry nie rozjechały.
Nasza trasa biegła z Krakowa, przez Zielonki, Rzeplin, Trzyciąż, Gołaczewy, Bydlin gdzie zwiedziłyśmy ruiny zamku, następnie przez Ryczów i lasy pełne piasku, gdzie ugrzęzłyśmy na dobrą godzinę próbując przedrzeć się z rowerami przez zapiaszczony las do Podzamcza. Tam zrobiłyśmy krótką przerwę przy ruinach zamku Ogrodzieniec, by popedałować dalej przez Zawiercie, Myszków, Poraj do Częstochowy. Kilka razy się zgubiłyśmy, parę razy też zmieniłyśmy trasę względem tej zaplanowanej, bo w trakcie stwierdziłyśmy, że tak będzie lepiej i po 9.5 godzinach pedałowania plus w sumie jakieś 2 godziny przerw dotarłyśmy na Jasną Górę. Pogodę miałyśmy rewelacyjną, bo cały czas było słonecznie pomimo tego, że zapowiadali burze, które na szczęście nie przyszły i dlatego pewnie nam się tak dobrze jechało. Do Częstochowy przyjechał samochodem z bagażnikiem na rowery odebrać nas mój mąż, więc nie musiałyśmy się martwić o powrót.
Kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia odhaczony. Co będzie następne? To się zobaczy.

ruiny zamku w Bydlinie


granica województw małopolskiego i śląskiego

ruiny zamku w Ogrodzieńcu

Zalew Porajski

lasy w Poraju

Jasna Góra Częstochowa



niedziela, 22 kwietnia 2018

rowerowy weekend

To był intensywny, rowerowy weekend. Zaczęło się od tego, że wyszłyśmy z koleżanką trochę wcześniej z pracy i machnęłyśmy setkę (czytaj 100 km) na rowerach. To "machnęłyśmy" to nie takie chop i siup, bo trwało około 6 godzin z przerwami na picie, zdjęcia z serii "bo ja muszę mieć w tych kwiatach, z tymi drzewami i takie tam" czy lody w Niepołomicach. Trasa, którą pokonałyśmy była w miarę płaska, zahaczała częściowo o Wiślaną Trasę Rowerową od Niepołomic na północ oraz Puszczę Niepołomicką i te resztki puszczy przy Chobocie czy Drwini.


Na początku Niepołomic od strony Krakowa, by nie jechać przez miasto wjechałyśmy na wały wiślane, takie trawiaste i po kilku kilometrach natknęłyśmy się na roboty drogowe przy budowie ścieżki rowerowej WTR (Wiślanej Trasy Rowerowej). Musiałyśmy więc objeżdżać dołem wałów, bo rozgrzebali je dokumentnie, ale najważniejsze, że coś się dzieje i już niedługo będzie można jeździć trasą rowerową od Niepołomic aż po Szczucin.


Pogoda była piękna, wspaniała kwitnąca wiosna, czegóż chcieć więcej. Całkiem przyjemnie nam ta setka minęła i nawet zmęczenia jakiegoś specjalnego nie odczułam, nie licząc bólu tyłka od siodełka, ale chyba musi trochę czasu minąć zanim się przyzwyczai.


Dzisiaj natomiast pojechałam na rowerze pod Wawel w Krakowie, aby kibicować znajomym biegnącym Cracovia Maraton. Zanim tam dotarłam to pojeździłam sobie troszkę po Krakowie i mi wyszło 42 km, ot taki rowerowy maraton. Co do samego biegu, to można powiedzieć, że pogoda pokonała biegaczy, bo jak na piknik na trawce nadawała się idealnie, bo było gorąco i słońce świeciło jak oszalałe, to na bieganie pogoda ta się za bardzo nie nadawała. Ludzie mdleli na trasie i wielu biegaczy musiało zejść w trakcie i nie ukończyli maratonu. Mimo wszystko bardzo im zazdrościłam, że zdrowie pozwoliło im na wzięcie udziału w tym biegu i jakoś tak smutno mi się zrobiło, bo dociera powoli do mnie, że ja to już chyba nigdy nie przebiegnę maratonu.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

krokusy w Gorcach

Przyszła wiosna, a wraz z nią rozpierająca mnie energia, że tam bym poszła, czy tam pojechała, to bym zobaczyła, czy tamto. Niestety noga jak bolała, tzn. piekła tak nadal piecze, co skutecznie studziło mój entuzjazm na wędrowne przygody. Trochę pojeździłam na rowerze, trochę, ale nie za wiele, pospacerowałam z psem i zauważyłam, że czy ja chodzę, czy nie chodzę to noga tak samo pobolewa. Owszem, boli trochę bardziej, gdy ma być jakieś załamanie pogodowe, ale poza tym ból utrzymuje się na tym samym poziomie.
Wymyśliłam sobie zatem, że ja to bym chciała na krokusy w góry. W tamtym roku byłam na rowerze w Dolinie Chochołowskiej, to w tym roku chciałam w Gorce. Niestety już nie na rowerze, bo krokusową trasę, którą sobie wymyśliłam nie znałam, mapa pokazywała znaczne przewyższenia, takie gwałtowne na początku i trochę się bałam, że ja ten rower to będę musiała do góry na grzbiecie dźwigać.


W tamtą sobotę więc wybraliśmy się w kilka osób i pies na krokusy w Gorce. Wyszliśmy z miejscowości Rzeki żółtym szlakiem w stronę Kudłonia. Niestety koleżankę zaczęła boleć dawno temu skręcona kostka, moja noga też przypominała mi co chwilę pieczeniem, że jest, młody który był z nami miał zakwasy po wf-ie i w rezultacie doszliśmy do pierwszej większej polany (Polana pod Jaworzynką) z krokusami i zawróciliśmy z powrotem. W sumie przeszliśmy 7 km. Mimo tego, że to było bardzo rozsądne z naszej strony, u mnie gdzieś tam pozostał smutek i takie jakieś niespełnienie. Dlatego w tą sobotę, namówiłam inną koleżankę na powtórkę i próbę zdobycia tej krokusowej trasy jeszcze raz. Pogodę miałyśmy piękną. Okazało się, że na pierwszej polanie do której to tydzień temu dotarliśmy i tam zakończyliśmy dalszą wędrówkę, bo była wtedy cała w przebiśniegach i krokusach, w tym tygodniu po krokusach nie było już śladu. No może gdzieś tam pojedyncze, bardziej wytrzymałe jednostki przetrwały, ale nie był to taki krokusowy dywan jak jeszcze kilka dni temu.


Poszłyśmy zatem dalej i na wyżej położonych polanach roiło się od krokusów. Miałyśmy dojść do Kudłonia, kawałek wrócić żółtym szlakiem i zejść do auta zielonym przez Stawieniec i potem niebieskim przez Papieżówkę. Tak też było z tym, że idąc w stronę Kudłonia tak sę zagadałyśmy, że przeszłyśmy przez Kudłoń zupełnie nie zwracając na niego uwagi i jak doszłyśmy do rozwidlenia szlaków w punkcie o nazwie "Pustak" to dopiero się zorientowałyśmy, że się zagalopowałyśmy. W ten sposób wyszło nam 17 km. Cel został zdobyty, trasa pokonana, noga wcale bardziej nie bolała niż zwykle i czuję się usatysfakcjonowana. Pogoda była piękna, widoczność rewelacyjna, na horyzoncie widać było ośnieżone szczyty Tatr, a wokół dywany z krokusów. Poniżej zdjęcia, które niestety nie oddają tego piękna.








czwartek, 22 marca 2018

matka kontra nastolatek

Wczoraj w teleturnieju Milionerzy, co to leci na TVN-nie kobieta wygrała milion złotych. Pewnie bym o tym nie wiedziała, gdyby młody nie darł się na cały dom, że on powinien być milionerem, bo zna odpowiedź. Dlatego bardziej mnie ten temat zainteresował i rzeczywiście równe 2 minuty zajęło mi policzenie w pamięci ile to jest 1111 x 1111.
Ten temat przerabiają na matmie w szóstej klasie szkoły podstawowej. Wiem, bo młody przez to też przechodził i ja jako matka żandarm wiecznie sprawdzająca i kontrolująca zadania domowe młodego leniucha, chcąc nie chcąc byłam na bieżąco w temacie.
Wczoraj zatem młody piał jak kogut dumnie unosząc pierś, że zna odpowiedź na pytanie za milion,a dzisiaj rano rozwinął to swoje myślenie na ten temat do tego, że sobie wydedukował, że jak on znał odpowiedź, to on w ogóle już do szkoły nie musi chodzić, bo i po co skoro już pewnie wszystko wie i niczego nowego się nie nauczy. Ot takie mądre nastoletnie myślenie, które dzisiaj wczesnym rankiem próbowałam naprowadzić na właściwe tory delikatnie dając coraz to nowe przykłady, argumenty, że to jego myślenie nie do końca jest zgodne z rzeczywistością. Jednak gdy ja swoje, a on swoje, a czas płynął i trzeba było iść do szkoły, żeby się nie spóźnić to moje delikatne tłumaczenie poszło się paść, warknęłam, fuknęłam i wystawiłam młodego za drzwi z nakazem pójścia do szkoły. Coś jednak czuję, że ta psychologiczna wojna nie została jeszcze wygrana i dzisiaj po południu czeka mnie kolejna słowna potyczka. Ech. Dziękuję Ci TVN.


sobota, 17 marca 2018

na nartach biegowych

Już była wiosna i znowu mamy zimę i to taką z minus sześcioma stopniami i prószącym śniegiem. I pomyśleć, że byłam zła na tą wiosnę co to przyszła w tamten weekend, że przyszła. Tak sobie właśnie wymyśliłam w marcu, więc na końcówce zimy,  że jak biegać nie mogę (przez złamanie zmęczeniowe strzałki) to może spróbowałabym  poszurać nogami na nartach biegowych. Dodam, że nigdy w życiu nie jeździłam na biegówkach. Generalnie nart nie lubię, bo ograniczają. Wiecie, takie dwie kłody u nóg i do tego teren gdzie się jeździ to wyciąg - zjazd, wyciąg - zjazd i tak w kółko, jak chomik w kołowrotku. I zimno i mroźno, no nieciekawie według mnie. Ale biegówki ... hm, pomyślałam, to zupełnie inna bajka. Całkiem niedaleko od Krakowa w Beskidzie Wyspowym, wokół królowej tegoż beskidu, Mogielicy wyznaczone są trasy biegowe. W kilku punktach można również wypożyczyć komplet nart do narciarstwa biegowego i to za darmo. Stwierdziłam zatem, że chcę spróbować. Codziennie sprawdzałam na necie jakość tras (jest tam kilka, ośla łączka, lajtowa 5km, taka 2km pod samą Mogielicą i 21km na około góry), bo przyszła wiosna i warunki pogarszały się w zastraszającym tempie, śnieg topniał, pojawiały się wystające kamienie i przetarcia.  http://trasymogielica.pl/ codziennie podają aktualne warunki na trasach biegowych.
Przyszła sobota, piękne wiosenne słońce, prawie 16 stopni ciepła i warunki na trasie takie sobie, ale że ja uparta jestem i jak sobie coś wymyślę to nie ma uproś, więc pojechałam do miejscowości Słopnice, gdzie w Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego przy LKS Zalesianka wypożyczyłam narty i podjechałam na parking "Wyrebiska", żeby tam rozpocząć moją przygodę z narciarstwem biegowym.


Pokonałam na nartach 11 km i bardzo mi się podobało, pomimo tego, że najpierw miałam problem jak połączyć buty z nartami, bo ten niby klik przy naciśnięciu to strasznie ciężko działał i pomimo tego, że w jednym miejscu po prostu ściągnęłam narty i zeszłam z górki z nartami pod pachą, bo z hamowaniem miałam problem. Jak się rozpędziłam to pozostało mi tylko zdrowaśki odmawiać w duchu i trzymać się za wszelką cenę wyznaczonego toru, co by nie zaliczyć gleby, bo pewnie by bolało, gdy śnieg już taki zlodowaciały był.

W miejscu wypożyczania nart można sobie wziąć mapę z zaznaczoną trudnością tras. Kolor niebieski-łatwa, kolor czerwony - średnio trudna, a czarny - trudna.

Taki rodzaj narciarstwa spodobał mi się do tego stopnia, że na następną zimę kupuję narty biegowe i będę sobie zwiedzać pobliskie góry i lasy na nartach. Wcześniej tylko przyswoję trochę wiedzy teoretycznej na ten temat, przede wszystkim jak hamować, żeby zahamować. Ale na to mam całe lato.









czwartek, 22 lutego 2018

ferie w górach

Jako, że na nartach nie jeżdżę, za śniegiem i zimą nie przepadam, to od kilku lat ferie spędzam nad morzem. W tym roku jednak na skutek różnych zdarzeń i wypadków nie tylko moich ale i reszty ekipy wyjazdowej ferie spędziłam w stolicy Tatr, a mianowicie Zakopanem. Nie mogę powiedzieć, że był to bardzo aktywny wyjazd, ale zważywszy na moją zepsutą nogę bardzo mi ten rodzaj wypoczynku odpowiadał. Ferie w tym roku były zatem spacerowo - imprezowe i to słowo "spacerowe" to powinnam chyba wziąć w cudzysłów, bo nigdzie nie ruszałam się bez moich sanek, takiej lekkiej, plastikowej rynienki i gdy noga pobolewała bardziej to rozsiadałam się w tej rynience jak Królowa Śniegu w swoich saniach i moja męska część rodziny robiła za konie ciągnąc zdechlaka za sobą. Na szczęście było dużo śniegu, więc można było saneczkować w mieście jak i w tatrzańskich dolinkach. Przez taką małą ruchliwość przywiozłam sobie do domu kilka nadprogramowych kilogramów, ale do wiosny jeszcze daleko i póki co mogę je ukryć pod tymi tonami ciuchów, a co przybyło to i odejdzie ... kiedyś.
Poniżej kilka zimowych fotek.

Krupówki - bo jakże tak być w Zakopanem i nie przedreptać się po najsłynniejszej ulicy w Polsce

na Wielką Krokiew można wyjechać kolejką krzesełkową - idealne rozwiązanie dla takiej kaleki jak ja

Ścieżka pod Reglami. Spacer od Wielkiej Krokwi do parkingu przy wejściu do Doliny Małej Łąki. Aż wstyd się przyznać, ale szłam (saneczkowałam) tym szlakiem pierwszy raz w życiu.

Faceci to takie duże dzieci. Wymyślili sobie zabawę w otrzepywaniu choinek ze śniegu na siebie i innych akurat przechodzących ... tak, tak, o sobie piszę ... a ile przy tym mieli frajdy.

Żadnej górce nie przepuścili - oczywiście na moich sankach!! A potem się zastanawiali, czemu odcinek 5 km szliśmy pół dnia.

W jeden feriowy dzień była piękna pogoda, taka z błękitnym niebem i bez opadów śniegu. Wykorzystaliśmy ją (to pogodę znaczy się) na spacer Doliną Kościeliską.

Dolina Kościeliska w zimie jest piękniejsza niż latem.

Na ten sam pomysł co my, by przejść Doliną Kościeliską wpadło dużo ludzi, na szczęście jakiś wielkich tłumów, jak w Dolinie Chochołowskiej gdy wysyp krokusów, to nie było.

Tutaj w Dol. Kościeliskiej konie wożą max 5 osób w saniach, nie to co na drodze do Morskiego Oka, ale i tak bym nie wsiadła na takie sanie, bo śmierdzą: konie, sanie i powietrze do kilku metrów od nich fuuuu. Ale konie piękne. Mogłam tak patrzeć i patrzeć, i patrzeć ... oczywiście w bezpiecznej odległości (tych pięciu metrów ;) )

Śnieg był prawdziwie biały, niebo prawdziwie niebieskie, takie bez smogu, kurzu, brudu.

Schronisko PTTK na Hali Ornak

Oczywiście górka w dolinie Kościeliskiej + moje sanki i pół godziny nie nasze, bo faceci musieli się wyjeździć.









sobota, 10 lutego 2018

biegowa przerwa

Chyba nic nie dzieje się na tym świecie bez przyczyny. Najpierw atmosfera w mojej grupie biegowej zrobiła się tak gęsta, że można ją było kroić nożem, a za chwilę moja noga się zepsuła.
Najpierw o grupie. Gdy się biega, to fajnie mieć kogoś z kim można umówić się na trening, pojechać razem na zawody czy zwyczajnie pogadać o wspólnej pasji. Tyle. Grupa biegowa to dodatek do mojego życia. Przynajmniej ja to tak widzę. Gdy więc ludzie zaczynają się spierać między sobą o pierdoły, gdy kilka osób zaczyna traktować grupę jak jakąś sektę zmuszając pozostałych do obowiązkowych treningów czy  udzielania się bez względu na wszystko w grupie to już wtedy przestaje być miło i grupa przybiera twór, który nie do końca mi odpowiada. Przyznam, że ostatnio wiele stresów kosztowała mnie przynależność do tej grupy. Z jednej strony chciałam biegać, przygotowywać się do maratonu, więc i dodatkowo ćwiczyć, a z drugiej czułam się w obowiązku by jechać na trening biegowy w jeden odgórnie wyznaczony dzień w tygodniu. Jedno z drugim mi kolidowało, do tego praca, dom, inne sprawy i ja pośrodku tego wszystkiego, pośrodku wiecznych pretensji o wszystko. Męczyło mnie to okrutnie i tu  nagle trach ... moja noga się skontuzjowała.
Identyczna sytuacja jak rok temu, czyli taka powtórka z rozrywki. Tylko tym razem przy mniejszej aktywności fizycznej, bo nie biegałam po 20 km na treningu tylko 6 do 10-ciu. Nie chodziłam po górach 25 km tylko jakieś 8 km z moją psą po okolicznych lasach. Według mnie złamanie zmęczeniowe, oczywiście tej samej nogi i miejsca co już dwukrotnie (czyli kość strzałkowa). To moje zdanie, lekarz twierdzi, że nie złamanie, bo mu rentgen go nie pokazał. Nie chciało mi się z nim spierać, że przecież obydwoje wiemy, że rtg nie pokaże pęknięć wewnątrz kości od razu, a dopiero gdy zacznie się stan naprawczy. Twierdzi, że nie złamanie, ale co to może być to nie wie. Kazał biegać, a jak będzie bolało to przyjść na zastrzyk z blokadą ortopedyczną. Taaaa. Póki co bardzo boli jak dłużej pochodzę, o bieganiu nawet nie wspominając. Ból jest taki sam jak przy złamaniu z tamtego roku, więc pieczenie, a czasami też kłucie.


Skończyłam zatem z bieganiem i przygotowaniem do maratonu, które tak naprawdę nie zdążyło się za bardzo rozkręcić. Trudno. Wylałam rzekę łez,a gdy nic to nie dało, to wzięłam się w garść i zaczęłam planować wycieczki rowerowe. Widzę też jedną dobrą stronę tej mojej maleńkiej tragedii. Problem z grupą biegową mi się rozwiązał. Nie biegam, wiec się nie udzielam, nie wtrącam, nie angażuję. Niech sobie robią co chcą.
Dzisiaj mija 1.5 tygodnia od kiedy zepsuła mi się noga. Jak bolała tak boli, póki co poprawy nie ma.Wiem, że powinnam ja odciążać, żeby się szybciej naprawiła, ale zbuntowałam się i nie będę chodzić o kulach. Nie będę i już. Pewnie przez to będzie się dłużej zrastać. Trudno. Do pracy jadę autem, pracę mam siedzącą, staram się za dużo nie chodzić. Jakoś to będzie. Za tydzień wyjeżdżam w góry na kilka dni na ferie. Biorę ze sobą sanki, w końcu mam dwóch mężczyzn w domu (mąż i młody) niech mnie wożą jak trzeba będzie gdzieś dalej iść. Na szczęście śniegu jest pod dostatkiem, więc dadzą radę. Jakoś to będzie.