Biegałam dzisiaj w Nowej Hucie, nad zalewem, w biegu na 5 km. Wiem, wiem, pogoda nastrajała do kocyka, fotela, najlepiej gdzieś przy kominku (tryskającym ogniem oczywiście) i książki.
Lało jak z cebra, cały dzień. No ale przecież jak sobie postanowiłam, że wezmę udział w Nowohuckim Biegu Wokół Zalewu, zapisałam się, zapłaciłam opłatę startową, umówiłam się ze znajomymi to choćby żabami prało to musiałam jechać.
Dziecię moje miało jechać ze mną, ale już dzień wcześniej zaczął szczekać i był bardzo pociągający (czytaj: kaszel i zalewający go katar), więc mu podarowałam biegową kąpiel, co by go choróbsko nie rozłożyło.
A ja pobiegłam. Kolega miał mnie prowadzić na złamanie 25 minut. Czułam, że to nie wypali, bo przez ból mięśnia czworogłowego (tak tego co mnie po Krynicy boli) oszczędzałam się ostatnio i truchtałam delikatnie, więc nie byłam gotowa na żadne życiówki. Biegłam jak nakazał (czyli poniżej 5 min/km) przez jakieś niecałe 3 km, furcząc jak stara lokomotywa i pilnując, żeby sobie płuc nie wypluć z wysiłku.
Nie dałam rady.
Chyba to zauważył, że nie ściemniam tylko rzeczywiście ledwo biegnę tym tempem, bo pozwolił mi zwolnić, a sam pobiegł do przodu, popędzać koleżankę, (dobrze mieć w swoim klubie biegowym takiego zająca), a ja zostałam z tyłu, zwolniłam, żeby złapać oddech i turlałam się jakoś do mety. Na ostatnim kilometrze przyspieszyłam. Mój zegarek z gps-em powiedział, że biegłam z prędkością 4.51min/km ale to nie wystarczyło do złamania 25 minut, bo wcześniejszy kilometr, ten w którym zwolniłam aby odsapnąć to było 5,25min/km.
Trudno. Następnym razem.
Pomimo tego, że przemokłam do suchej nitki, to warto było wziąć udział w tych zawodach, Medal śliczny, a organizatorzy stanęli na wysokości zadania i za naprawdę małą opłatą startową zorganizowali profesjonalny bieg.
Do tego spotkałam wielu znajomych ze świata biegowego, z którymi widuję się na zawodach biegowych, a których uwielbiam, bo są to niesamowicie pozytywnie nastawieni do świata ludzie, pełni energii, zawsze uśmiechnięci i serdeczni, po prostu wspaniali wariaci biegowi.
W moim biegu przez życie wciąż rodzą się nowe pasje, stare się przedawniają, czasami odchodzą, czasami spychane są na pogranicze mojego czasu, czasami trwają i walczą o zainteresowanie.
sobota, 26 września 2015
wtorek, 22 września 2015
Nie bo nie!!! I już!
... czyli dzień zmniejszonej tolerancji na głupotę ludzką.
Czasami tak mam. Irytują mnie ludzie, ludzie których na ogół uwielbiam. To jest tak, że zazwyczaj przymykam oko na niedoskonałości ludzkie, na wady, a szukam w ludziach zalet. I tak się powoli to zbiera. Wady te upycham w filiżance, która powoli się napełnia i nastaje taki dzień jak dzisiaj, że się przelewa.
To jeden z tych dni, kiedy gryzę się w język, żeby nie powiedzieć co myślę, bo nie warto, bo taki dzień zmniejszonej tolerancji na głupotę ludzką minie i będzie ok.
Tylko, że mam tak, że jak wyrzucę z siebie to co mnie dręczy to mi lepiej, więc uwaga, wyrzucam.
Wkurza mnie niezaradność ludzi, to że trzeba prowadzić ich za rękę, że nic nie potrafią sami wymyślić, że wszystko by chcieli mieć przygotowane, zorganizowane, a sami nie przejawiają ani odrobinę inicjatywy do pomocy w takiej organizacji różnych rzeczy, że trzeba za nich myśleć, przypominać. To takie frustrujące i męczące.
Czasami mam dosyć. I dzisiaj tak mam.
Musiałam to wybiegać. Tą irytację, zniechęcenie, zdenerwowanie.
Wpadłam do domu po pracy, szybko jedzenie dla młodego, szybko buty na kopytka i sruuu.
Machnęłam sobie 10 km, umęczyłam się przy tym, bo biegałam przy rzece i towarzyszyły mi miliardy maleńkich muszek, które pchały mi się do ust, więc musiałam biegać z zamkniętą paszczą. Dobrze, że miałam okulary przeciwsłoneczne na oczach, bo pewnie tam też by się chciały dostać.
Ale wybiegałam to i już mi lepiej. Już mi prawie przeszła ta złość na otoczenie i mogę ponownie normalnie rozmawiać z ludźmi bez obawy, że zacznę warczeć.
Czasami tak mam. Irytują mnie ludzie, ludzie których na ogół uwielbiam. To jest tak, że zazwyczaj przymykam oko na niedoskonałości ludzkie, na wady, a szukam w ludziach zalet. I tak się powoli to zbiera. Wady te upycham w filiżance, która powoli się napełnia i nastaje taki dzień jak dzisiaj, że się przelewa.
To jeden z tych dni, kiedy gryzę się w język, żeby nie powiedzieć co myślę, bo nie warto, bo taki dzień zmniejszonej tolerancji na głupotę ludzką minie i będzie ok.
Tylko, że mam tak, że jak wyrzucę z siebie to co mnie dręczy to mi lepiej, więc uwaga, wyrzucam.
Wkurza mnie niezaradność ludzi, to że trzeba prowadzić ich za rękę, że nic nie potrafią sami wymyślić, że wszystko by chcieli mieć przygotowane, zorganizowane, a sami nie przejawiają ani odrobinę inicjatywy do pomocy w takiej organizacji różnych rzeczy, że trzeba za nich myśleć, przypominać. To takie frustrujące i męczące.
Czasami mam dosyć. I dzisiaj tak mam.
Musiałam to wybiegać. Tą irytację, zniechęcenie, zdenerwowanie.
Wpadłam do domu po pracy, szybko jedzenie dla młodego, szybko buty na kopytka i sruuu.
Machnęłam sobie 10 km, umęczyłam się przy tym, bo biegałam przy rzece i towarzyszyły mi miliardy maleńkich muszek, które pchały mi się do ust, więc musiałam biegać z zamkniętą paszczą. Dobrze, że miałam okulary przeciwsłoneczne na oczach, bo pewnie tam też by się chciały dostać.
Ale wybiegałam to i już mi lepiej. Już mi prawie przeszła ta złość na otoczenie i mogę ponownie normalnie rozmawiać z ludźmi bez obawy, że zacznę warczeć.
niedziela, 13 września 2015
bieg na wariata czyli o Życiowej Dziesiątce w Krynicy
Zrobiłam wczoraj swoją życiówkę w Życiowej Dziesiątce w Krynicy - Zdroju i nie jestem zadowolona. Pomyślicie zapewne, taaaa, typowa kobieta, ano właśnie nie. Chciałam przebiec te 10 km poniżej 50 minut i mi się nie udało. A dlaczego było to dla mnie takie ważne i dlaczego mi się nie udało? Już opowiadam po kolei.
W ten weekend odbywa się Festiwal Biegowy w Krynicy Zdroju. To święto biegaczy. Impreza biegowa, którą znają wszyscy biegający. Jest tam wiele biegów, ludzie zjeżdżają z całej Polski by brać udział w różnych zawodach biegowych, i tych po 100 km po górach i tych maleńkich biegach ale jakże zabawnych jak Bieg w Krawacie itp.
Jednym z biegów, w którym ja brałam udział był bieg o nazwie Życiowa Dziesiątka. Bieg z Krynicy Zdroju do Muszyny na dystansie 10 km, cały czas z górki, stąd nazwa biegu.
Dotychczas mój rekord na dystansie 10 km to było 00:52:33. Pobiłam ten rekord o 2 minuty i 13 sekund, a więc dotarłam do mety z czasem 00:50:20.
I było mi strasznie smutno. Dlaczego?
Znajomy powiedział, że jak złamię 50 minut to pobiegnie Parkrun w Krakowie tyłem. Ta myśl pchała mnie do przodu w trakcie biegu. To była dopiero motywacja. Biegłam jak wariat, ile tchu w płucach. Przy 4 km miałam chwilę zwątpienia gdy słońce paliło mnie w twarz i robiło mi się czarno przed oczami, a kolana co chwilę uginały się ze zmęczenia. Wtedy zwolniłam trochę, bo do tego wszystkiego złapała mnie jeszcze kolka. Przy szóstym kilometrze znowu przyspieszyłam obliczając cały czas w myślach i patrząc na zegarek z gps-em na jakie zwolnienie mogę sobie pozwolić by złamać te 50 minut. Najgorszy był 9 km, biegłam już chyba tylko siłą woli, bo energii nie miałam już wcale, bolało mnie wszystko co mogło boleć i ogólnie miałam dosyć.
I popełniłam błąd, wielki, olbrzymi błąd. Nie wzięłam pod uwagę przy obliczeniach oznaczeń kilometrów namalowanych na asfalcie tylko za bardzo zaufałam zegarkowi i dystansowi, który mi pokazywał. I według mojego zegarka przebiegłam 10 km i 150 metrów, dlatego nie złamałam 50 minut. Wiadomo, ulica szeroka, czasami trzeba ominąć innych biegaczy i gdzieś po drodze zrobiło mi się 150 metrów więcej na zegarku. I te 20 sekund to właśnie te nadprogramowe 150 metrów.
Ech.
Trudno.
Następnym razem.
Ten bieg pokazał mi przynajmniej moje słabości. Siła biegowa u mnie leży i kwiczy. Muszę nad tym popracować.
Dzisiaj bolą mnie bardzo nogi. Nie porozciągałam się porządnie po biegu, bo spieszyłam się do domu, dlatego dzisiaj chodzenie po schodach to jest dla mnie nie lada wyzwanie, ale za głupotę się płaci więc zaciskam zęby i nie marudzę.
W ten weekend odbywa się Festiwal Biegowy w Krynicy Zdroju. To święto biegaczy. Impreza biegowa, którą znają wszyscy biegający. Jest tam wiele biegów, ludzie zjeżdżają z całej Polski by brać udział w różnych zawodach biegowych, i tych po 100 km po górach i tych maleńkich biegach ale jakże zabawnych jak Bieg w Krawacie itp.
Jednym z biegów, w którym ja brałam udział był bieg o nazwie Życiowa Dziesiątka. Bieg z Krynicy Zdroju do Muszyny na dystansie 10 km, cały czas z górki, stąd nazwa biegu.
Dotychczas mój rekord na dystansie 10 km to było 00:52:33. Pobiłam ten rekord o 2 minuty i 13 sekund, a więc dotarłam do mety z czasem 00:50:20.
I było mi strasznie smutno. Dlaczego?
Znajomy powiedział, że jak złamię 50 minut to pobiegnie Parkrun w Krakowie tyłem. Ta myśl pchała mnie do przodu w trakcie biegu. To była dopiero motywacja. Biegłam jak wariat, ile tchu w płucach. Przy 4 km miałam chwilę zwątpienia gdy słońce paliło mnie w twarz i robiło mi się czarno przed oczami, a kolana co chwilę uginały się ze zmęczenia. Wtedy zwolniłam trochę, bo do tego wszystkiego złapała mnie jeszcze kolka. Przy szóstym kilometrze znowu przyspieszyłam obliczając cały czas w myślach i patrząc na zegarek z gps-em na jakie zwolnienie mogę sobie pozwolić by złamać te 50 minut. Najgorszy był 9 km, biegłam już chyba tylko siłą woli, bo energii nie miałam już wcale, bolało mnie wszystko co mogło boleć i ogólnie miałam dosyć.
I popełniłam błąd, wielki, olbrzymi błąd. Nie wzięłam pod uwagę przy obliczeniach oznaczeń kilometrów namalowanych na asfalcie tylko za bardzo zaufałam zegarkowi i dystansowi, który mi pokazywał. I według mojego zegarka przebiegłam 10 km i 150 metrów, dlatego nie złamałam 50 minut. Wiadomo, ulica szeroka, czasami trzeba ominąć innych biegaczy i gdzieś po drodze zrobiło mi się 150 metrów więcej na zegarku. I te 20 sekund to właśnie te nadprogramowe 150 metrów.
Ech.
Trudno.
Następnym razem.
Ten bieg pokazał mi przynajmniej moje słabości. Siła biegowa u mnie leży i kwiczy. Muszę nad tym popracować.
Dzisiaj bolą mnie bardzo nogi. Nie porozciągałam się porządnie po biegu, bo spieszyłam się do domu, dlatego dzisiaj chodzenie po schodach to jest dla mnie nie lada wyzwanie, ale za głupotę się płaci więc zaciskam zęby i nie marudzę.
wtorek, 8 września 2015
a miało być o fajerwerkach
Nie nadążam za czasem. Nawet nie wiem kiedy skończyły się wakacje i zaczęła jesień. Tak nagle zrobiło się zimno. To jak jedno mrugnięcie okiem. Świat pędzi do przodu, a ja próbuję go dogonić.
Ostatnio mam wrażenie, że ja ciągle na walizkach. Najpierw pakowanie na weekend do Kazimierza Dolnego, następnie nad polskie morze, za chwilę pakowanie nad bułgarskie morze. Jedno mrugnięcie i kolejne pakowanie, tym razem na weekend do Warszawy. Nie zdążę się nacieszyć otoczeniem i muszę wracać, by pakować się na kolejny wyjazd.
Tak wyglądały ostatnie tygodnie. Ciągle w biegu. Jestem już chyba zmęczona tym pędzącym trybem życia. Tak bym chciała zakopać się w pościeli z książką, kotem i ewentualnie pilotem od tv i z czekoladą oczywiście i robić "nic", czyli odpoczywać, i żeby mi wszyscy dali święty spokój.
A tu nie ma tak łatwo. Chciałam się na chwilę zdrzemnąć po pracy, to moje dziecię chyba ma zamontowany w mózgu jakiś radar, bo jak tylko zamknęłam oczy to od razu się pojawił z tysiącami problemów. Miałam wrażenie, że ścieżkę wydepta przez korytarz i sypialnię do łóżka gdzie złożyłam na chwilę swoje zwłoki. Pomyślałby ktoś, że dziecię duże to sobie samo radzi ze wszystkim. Taaaaa.
A wygląda to mniej więcej tak:
- Mamo, kot ma kleszcza (tak, mama wstaje, szuka pensety, kotę na ręce i szybki zabieg wyciągania paskudy z sierści).
-Mamo, komputer mi się ścina (mama wstaje, sprawdza, co za śmieci znowu się dziecięciu pobrały i zawiesił kompa).
-Mamo, szybko, picie mi się wylało (to już mama oczy otwiera gdzieś pomiędzy kuchnią, a pokojem dziecka, gnając jak struś pędziwiatr po jakąś ściereczkę, bo książki , bo komputer czy co tam jeszcze zagrożone).
- Mamo, bo ja wszystko zrobiłem z matmy tylko coś mi się nie zgadza (mama wstaje i sprawdza zadanie i widzi bzdury popisane i tłumaczy co i jak i czemu).
Wrrrr, i tak ciągle coś.
I gdy już się wydaje, że wszystkie nieszczęścia świata zażegnane, dom posprzątany, kota, psa i dziecię nakarmione i można na chwilę zamknąć oczy, by chociaż przez 5 minut odpocząć i robić "nic" to wraca do domu Pan Mąż.
I chyba nie muszę mówić, że następuje poprawka z rozrywki, bo facet to też dziecko, tylko trochę większe, ale równie bezradne i wymagające opieki i pomocy jak dziecię (tylko jemu to się częściej coś rozlewa i przy okazji jeszcze tłucze więc oprócz ściereczki pędzę z odkurzaczem ).
Heh, a ja właściwie miałam dzisiaj napisać o Międzynarodowych Pokazach Pirotechnicznych w Warszawie, na których to byłam w weekend, hehe.
Jak było? Opisując jednym słowem mogę powiedzieć, że "szybko".
Tak, niby trwały kilka godzin, ale jakoś to tak szybko minęło, że nawet nie wiem kiedy.
Ale pokazy pirotechniczne śliczne. Kolorowe sztuczne ognie rozbłyskające nad Stadionem Narodowym robiły niesamowite wrażenie. Warto było to zobaczyć.
Ostatnio mam wrażenie, że ja ciągle na walizkach. Najpierw pakowanie na weekend do Kazimierza Dolnego, następnie nad polskie morze, za chwilę pakowanie nad bułgarskie morze. Jedno mrugnięcie i kolejne pakowanie, tym razem na weekend do Warszawy. Nie zdążę się nacieszyć otoczeniem i muszę wracać, by pakować się na kolejny wyjazd.
Tak wyglądały ostatnie tygodnie. Ciągle w biegu. Jestem już chyba zmęczona tym pędzącym trybem życia. Tak bym chciała zakopać się w pościeli z książką, kotem i ewentualnie pilotem od tv i z czekoladą oczywiście i robić "nic", czyli odpoczywać, i żeby mi wszyscy dali święty spokój.
A tu nie ma tak łatwo. Chciałam się na chwilę zdrzemnąć po pracy, to moje dziecię chyba ma zamontowany w mózgu jakiś radar, bo jak tylko zamknęłam oczy to od razu się pojawił z tysiącami problemów. Miałam wrażenie, że ścieżkę wydepta przez korytarz i sypialnię do łóżka gdzie złożyłam na chwilę swoje zwłoki. Pomyślałby ktoś, że dziecię duże to sobie samo radzi ze wszystkim. Taaaaa.
A wygląda to mniej więcej tak:
- Mamo, kot ma kleszcza (tak, mama wstaje, szuka pensety, kotę na ręce i szybki zabieg wyciągania paskudy z sierści).
-Mamo, komputer mi się ścina (mama wstaje, sprawdza, co za śmieci znowu się dziecięciu pobrały i zawiesił kompa).
-Mamo, szybko, picie mi się wylało (to już mama oczy otwiera gdzieś pomiędzy kuchnią, a pokojem dziecka, gnając jak struś pędziwiatr po jakąś ściereczkę, bo książki , bo komputer czy co tam jeszcze zagrożone).
- Mamo, bo ja wszystko zrobiłem z matmy tylko coś mi się nie zgadza (mama wstaje i sprawdza zadanie i widzi bzdury popisane i tłumaczy co i jak i czemu).
Wrrrr, i tak ciągle coś.
I gdy już się wydaje, że wszystkie nieszczęścia świata zażegnane, dom posprzątany, kota, psa i dziecię nakarmione i można na chwilę zamknąć oczy, by chociaż przez 5 minut odpocząć i robić "nic" to wraca do domu Pan Mąż.
I chyba nie muszę mówić, że następuje poprawka z rozrywki, bo facet to też dziecko, tylko trochę większe, ale równie bezradne i wymagające opieki i pomocy jak dziecię (tylko jemu to się częściej coś rozlewa i przy okazji jeszcze tłucze więc oprócz ściereczki pędzę z odkurzaczem ).
Heh, a ja właściwie miałam dzisiaj napisać o Międzynarodowych Pokazach Pirotechnicznych w Warszawie, na których to byłam w weekend, hehe.
Jak było? Opisując jednym słowem mogę powiedzieć, że "szybko".
Tak, niby trwały kilka godzin, ale jakoś to tak szybko minęło, że nawet nie wiem kiedy.
Ale pokazy pirotechniczne śliczne. Kolorowe sztuczne ognie rozbłyskające nad Stadionem Narodowym robiły niesamowite wrażenie. Warto było to zobaczyć.
czwartek, 3 września 2015
wakacyjne wspomnienia
Wakacje minęły, urlop się skończył. Z nowymi siłami powróciłam do swojej rzeczywistości. Zanim jednak wskoczę w wir pracy, obowiązków itp. wrócę jeszcze myślami do ostatniego wyjazdu wakacyjnego, żeby wspomnienia mi nie umknęły.
Co roku staramy się z rodzinką tak organizować wyjazdy wakacyjne, żeby tydzień spędzić w Polsce, a tydzień gdzieś poza, gdzie jest cieplej niż u nas. W Polsce było to morze Bałtyckie, natomiast ostatni tydzień sierpnia spędziliśmy nad ciepłym morzem, a mianowicie morzem Czarnym w bułgarskich Złotych Piaskach.
Co można powiedzieć o tej części kraju w Bułgarii? Egzotyką nie powiało, nie licząc stojącego pana przy głównej uliczce bazarowo - rozrywkowej owiniętego wstrętnymi wężami, proponującego za jakąś tam opłatą zrobienie sobie z nimi zdjęcia (za żadne skarby świata, nie dotknęłabym tego paskudnego gada,a co dopiero dała sobie go owinąć na szyi do zdjęcia) czy innego pana, który oferował zdjęcie z kolorowymi wielkimi papugami, które co drugą chętną osobę do zdjęcia, gdy już siedziały jej na ramieniu, to obdarowywały swoimi odchodami. Fuuuu.
Ale morze ciepłe, piasek faktycznie złoty, słoneczko mocno grzało, wypocząć można było.
Przy okazji przypomniałam sobie język rosyjski, którego uczyłam sie w podstawówce, bo 80% turystów to byli właśnie Rosjanie.
Bułgarzy to sympatyczni, otwarci i przyjaźni ludzie, chociaż ich styl jazdy pozostawia wiele do życzenia.
Miałam okazję się o tym przekonać na własnej skórze, gdy jechaliśmy taxi do delfinarium do Warny (jakieś 20 km).
Przyznaję, że przez te pół godziny jazdy, prawie wydeptałam panu taksówkarzowi dziurę w samochodzie, hamując nogą przed każdym zakrętem nie mówiąc już o tym, że wiele razy życie przeleciało mi przed oczami. Nie używają pasów bezpieczeństwa, nie używają kierunkowskazów, skaczą z pasa na pas jakby każdy kierowca był sam na drodze, a ruch był naprawdę spory, dlatego co rusz mijaliśmy jakąś stłuczkę. Tak, ta wycieczka taxi wyryła się już chyba na stałe w mojej pamięci.
Co roku staramy się z rodzinką tak organizować wyjazdy wakacyjne, żeby tydzień spędzić w Polsce, a tydzień gdzieś poza, gdzie jest cieplej niż u nas. W Polsce było to morze Bałtyckie, natomiast ostatni tydzień sierpnia spędziliśmy nad ciepłym morzem, a mianowicie morzem Czarnym w bułgarskich Złotych Piaskach.
Co można powiedzieć o tej części kraju w Bułgarii? Egzotyką nie powiało, nie licząc stojącego pana przy głównej uliczce bazarowo - rozrywkowej owiniętego wstrętnymi wężami, proponującego za jakąś tam opłatą zrobienie sobie z nimi zdjęcia (za żadne skarby świata, nie dotknęłabym tego paskudnego gada,a co dopiero dała sobie go owinąć na szyi do zdjęcia) czy innego pana, który oferował zdjęcie z kolorowymi wielkimi papugami, które co drugą chętną osobę do zdjęcia, gdy już siedziały jej na ramieniu, to obdarowywały swoimi odchodami. Fuuuu.
Ale morze ciepłe, piasek faktycznie złoty, słoneczko mocno grzało, wypocząć można było.
Przy okazji przypomniałam sobie język rosyjski, którego uczyłam sie w podstawówce, bo 80% turystów to byli właśnie Rosjanie.
Bułgarzy to sympatyczni, otwarci i przyjaźni ludzie, chociaż ich styl jazdy pozostawia wiele do życzenia.
Miałam okazję się o tym przekonać na własnej skórze, gdy jechaliśmy taxi do delfinarium do Warny (jakieś 20 km).
Przyznaję, że przez te pół godziny jazdy, prawie wydeptałam panu taksówkarzowi dziurę w samochodzie, hamując nogą przed każdym zakrętem nie mówiąc już o tym, że wiele razy życie przeleciało mi przed oczami. Nie używają pasów bezpieczeństwa, nie używają kierunkowskazów, skaczą z pasa na pas jakby każdy kierowca był sam na drodze, a ruch był naprawdę spory, dlatego co rusz mijaliśmy jakąś stłuczkę. Tak, ta wycieczka taxi wyryła się już chyba na stałe w mojej pamięci.
Złote Piaski
Morze Czarne
Centrum bazarowo - rozrywkowe w Złotych Piaskach
Centrum bazarowo - rozrywkowe w Złotych Piaskach
Złote Piaski
Delfinarium w Warnie
Zoo w Warnie
Park w Warnie
Złote Piaski
muszla z lokatorem znaleziona w morzu
wschód słońca nad morzem Czarnym
niedziela, 23 sierpnia 2015
trening w Puszczy Niepołomickiej
Lubię biegać sama, słuchawki na uszy z muzyką odpowiednią do nastroju i przed siebie. Goni mnie tysiące własnych myśli, ja uciekam. I biegnę. To mnie odpręża, pozwala rozwiązać tysiąc problemów, ułożyć setki spraw, zaplanować milion rzeczy, pomarzyć, powspominać. Czyli jestem ja i moje myśli.
Dzisiaj biegałam w grupie. Trochę się obawiałam, że będą mieli ze mnie ogon, który będzie ich spowalniał i pewnie tak było do czego się nie przyznają. Biegaliśmy w Puszczy Niepołomickiej. Jedno okrążenie to 6.5 km, potem chwila oddechu, jedni musieli się napoić, inni oddać nadmiar płynów (toi toi-e były pod ręką) i kolejne kółko. Miałam w planach zrobić dwa, i niech sobie dalej biegają, w końcu przygotowują się do maratonu we Wrocławiu, który już niebawem, ja nie.
Zrobiłam prawie trzy kółka. Prawie, bo ostatnie trochę skróciłam biegnąc pod koniec inną drogą.
Wyszło mi 17.5 km, reszta zrobiła 22 km, ale gdyby nie siła grupy, ich motywacja i zachęta to pewnie po drugim kółku powiedziałabym dość. Oczywiście gdybym biegała sama. Dlatego fajnie czasami jest pobiegać w grupie.
Puszcza Niepołomicka jest świetna do biegania. Las, ścieżki szutrowe, żadnego asfaltu, do tego po prostym, tylko delikatne wzniesienia. Cudownie.
Dzisiaj biegałam w grupie. Trochę się obawiałam, że będą mieli ze mnie ogon, który będzie ich spowalniał i pewnie tak było do czego się nie przyznają. Biegaliśmy w Puszczy Niepołomickiej. Jedno okrążenie to 6.5 km, potem chwila oddechu, jedni musieli się napoić, inni oddać nadmiar płynów (toi toi-e były pod ręką) i kolejne kółko. Miałam w planach zrobić dwa, i niech sobie dalej biegają, w końcu przygotowują się do maratonu we Wrocławiu, który już niebawem, ja nie.
Zrobiłam prawie trzy kółka. Prawie, bo ostatnie trochę skróciłam biegnąc pod koniec inną drogą.
Wyszło mi 17.5 km, reszta zrobiła 22 km, ale gdyby nie siła grupy, ich motywacja i zachęta to pewnie po drugim kółku powiedziałabym dość. Oczywiście gdybym biegała sama. Dlatego fajnie czasami jest pobiegać w grupie.
Puszcza Niepołomicka jest świetna do biegania. Las, ścieżki szutrowe, żadnego asfaltu, do tego po prostym, tylko delikatne wzniesienia. Cudownie.
sobota, 22 sierpnia 2015
o mojej psie słów kilka
Znajomy stracił psa, tak nagle, tak szybko. Był i już go nie ma.
Dało mi to do myślenia. Też mam psa, a raczej suczkę. Jest to jamniczka, czyli tzw. "pies z charakterem".
Najbardziej wredne stworzenie jakie znam i do tego cholernie inteligentne.
Od samego prawie początku jej mieszkania w moim domu ustaliła pewną hierarchię ważności.
Panią jej jestem ja. Mnie wolno wszystko, ja mogę na nią wrzasnąć, skarcić, czy dać klapsa jak już nic nie pomaga, skuli uszy, zrobi oczy kota ze Shreka i tyle.
Moje dziecię jest do zabawy. Gania z nim po ogrodzie machając tymi swoimi uszami jak słonik Dumbo z bajki Disneya, ale jak jej coś się nie spodoba to warknie na niego. Zdarzyło się też, że go lekko chwyciła zębami, ale po kolejnej awanturze którą jej zrobiłam, że to dziecię jest moje, że nie wolno, to już uważa.
I mąż. I to jest ciekawe. Mój mąż uważał (gdy ją kupowaliśmy), że jamnik to nie pies (dziecię się uparło, że chce właśnie ją), tylko jakaś marna podobizna (teraz zmienił zdanie jak jamniczka jest już z nami kilka dobrych lat) i ona to chyba wyczuła, bo od początku nie zapałali do siebie sympatią. Gryzła jego buty, obgryzała jego pranie na suszarce itp. Warczy na niego, nie słucha go, pomimo tego, że rano przed pracą to on właśnie daje jej jedzenie, bo ja jestem zbyt zaspana, żeby to robić.
A ja?
Wkurzam się na nią gdy wracam z pracy, a ona nie pozwoli mi spokojnie wysiąść z auta, bo tak się cieszy jakby mnie rok nie widziała i skacze i macha czym może i jest wszędzie, a ja zazwyczaj obładowana zakupami po samą głowę usiłuję jej nie zadeptać wchodząc do domu. Ale nikt mnie tak nie wita jak wracam do domu jak ona.
Gdy czytam książkę w ogrodzie na huśtawce, zawsze przy mnie siedzi, zawsze i nieważne czy jestem tam 10 minut czy kilka godzin, czy słońce pali jak wściekłe czy jest porywisty wiatr, ona jest przy mnie zawsze.
Gdy jadę gdzieś autem to ona pierwsza siedzi w środku i trzeba ją wypraszać, bo nie zawsze i wszędzie mogę ją ze sobą zabrać. Tylko gdy jadę do pracy to nie próbuje się przemycić do środka, wie, tylko skąd? Że niby rano jadę? W góry też jeździmy rano i jest pierwsza w samochodzie, bo czasami gdy jedziemy w Beskidy to zabieramy ją ze sobą.
Jest śmieszna. Obszczekuje wszystkie ptaki, i te przelatujące nad ogrodem i te siedzące na drutach. Tak się wtedy uszczekuje jakby chciała przepędzić groźnego przestępce.
Cóż, każdy ma jakieś swoje słabostki. Ale tylko dzięki niej pewien dzięcioł nie wystukał sobie domku w elewacji. Codziennie rano gdy się pojawiał aby kończyć swoje dzieło tuż pod dachem, ona z dołu urządzała mu taki jazgot koncertowy, że po kilku dniach biedaczek nie dokończył swojej pracy, zwinął manatki i tyle go widzieliśmy. Pewnie jego psychika tego nie wytrzymała.
Zaakceptowała naszą kotę, która się pewnego dnia pojawiła u nas, chociaż jak na prawdziwego psa obronnego przystało to nie cierpi kotów. Gdy ma odpowiedni nastrój do zabawy to przegoni ją po ogrodzie, a że kota nie chcąc być przewrócona przez rozbawionego jamnika i wylizana w trakcie przewracania to ucieka. Ale jak tylko pojawi się jakiś obcy kot na horyzoncie to go przegoni na cztery świata strony broniąc naszej koty.
I tak sobie myślę, że nie wyobrażam sobie jak mogłoby jej nie być.
Dało mi to do myślenia. Też mam psa, a raczej suczkę. Jest to jamniczka, czyli tzw. "pies z charakterem".
Najbardziej wredne stworzenie jakie znam i do tego cholernie inteligentne.
Od samego prawie początku jej mieszkania w moim domu ustaliła pewną hierarchię ważności.
Panią jej jestem ja. Mnie wolno wszystko, ja mogę na nią wrzasnąć, skarcić, czy dać klapsa jak już nic nie pomaga, skuli uszy, zrobi oczy kota ze Shreka i tyle.
Moje dziecię jest do zabawy. Gania z nim po ogrodzie machając tymi swoimi uszami jak słonik Dumbo z bajki Disneya, ale jak jej coś się nie spodoba to warknie na niego. Zdarzyło się też, że go lekko chwyciła zębami, ale po kolejnej awanturze którą jej zrobiłam, że to dziecię jest moje, że nie wolno, to już uważa.
I mąż. I to jest ciekawe. Mój mąż uważał (gdy ją kupowaliśmy), że jamnik to nie pies (dziecię się uparło, że chce właśnie ją), tylko jakaś marna podobizna (teraz zmienił zdanie jak jamniczka jest już z nami kilka dobrych lat) i ona to chyba wyczuła, bo od początku nie zapałali do siebie sympatią. Gryzła jego buty, obgryzała jego pranie na suszarce itp. Warczy na niego, nie słucha go, pomimo tego, że rano przed pracą to on właśnie daje jej jedzenie, bo ja jestem zbyt zaspana, żeby to robić.
A ja?
Wkurzam się na nią gdy wracam z pracy, a ona nie pozwoli mi spokojnie wysiąść z auta, bo tak się cieszy jakby mnie rok nie widziała i skacze i macha czym może i jest wszędzie, a ja zazwyczaj obładowana zakupami po samą głowę usiłuję jej nie zadeptać wchodząc do domu. Ale nikt mnie tak nie wita jak wracam do domu jak ona.
Gdy czytam książkę w ogrodzie na huśtawce, zawsze przy mnie siedzi, zawsze i nieważne czy jestem tam 10 minut czy kilka godzin, czy słońce pali jak wściekłe czy jest porywisty wiatr, ona jest przy mnie zawsze.
Gdy jadę gdzieś autem to ona pierwsza siedzi w środku i trzeba ją wypraszać, bo nie zawsze i wszędzie mogę ją ze sobą zabrać. Tylko gdy jadę do pracy to nie próbuje się przemycić do środka, wie, tylko skąd? Że niby rano jadę? W góry też jeździmy rano i jest pierwsza w samochodzie, bo czasami gdy jedziemy w Beskidy to zabieramy ją ze sobą.
Cóż, każdy ma jakieś swoje słabostki. Ale tylko dzięki niej pewien dzięcioł nie wystukał sobie domku w elewacji. Codziennie rano gdy się pojawiał aby kończyć swoje dzieło tuż pod dachem, ona z dołu urządzała mu taki jazgot koncertowy, że po kilku dniach biedaczek nie dokończył swojej pracy, zwinął manatki i tyle go widzieliśmy. Pewnie jego psychika tego nie wytrzymała.
Zaakceptowała naszą kotę, która się pewnego dnia pojawiła u nas, chociaż jak na prawdziwego psa obronnego przystało to nie cierpi kotów. Gdy ma odpowiedni nastrój do zabawy to przegoni ją po ogrodzie, a że kota nie chcąc być przewrócona przez rozbawionego jamnika i wylizana w trakcie przewracania to ucieka. Ale jak tylko pojawi się jakiś obcy kot na horyzoncie to go przegoni na cztery świata strony broniąc naszej koty.
I tak sobie myślę, że nie wyobrażam sobie jak mogłoby jej nie być.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








