wtorek, 28 lipca 2015

świat oszalał

Będąc na spacerze z dzieciem moim i jamniczką zobaczyłam idące dwie dziewczynki z wieku 9-11 lat, ciągnące na sznurkach za sobą książki po asfalcie. Tak, dobrze czytacie, ciągnęły te książki za sobą jak ja moją jamniczkę, która musiała obwąchać wszystkie znaki drogowe, słupy i inne wystające elementy przy chodniku.
O co chodzi? pomyślałam, a na głos powiedziałam do mego dziecka, - Patrz jak one niszczą te biedne książki.
I się dowiedziałam ja stara, niereformowalna matka o co chodzi.
Dziecię me spojrzało i obojętnym tonem stwierdziło, że dziewczyny, wszystkie bez wyjątku w szkole podstawowej oszalały na punkcie książki pt.: "Zniszcz ten dziennik" i te dwie to taką właśnie książkę ciągną za sobą na sznurku. Ponoć to taka książka co ma na swoich kartach różne zadania do wykonania jak np. wydzieranie kartek czy właśnie ciągnięcie jej za sobą po ulicy.
Nie wierzyłam własnym uszom, więc jak tylko wróciliśmy do domu to od razu zabrałam się za przeszukiwanie internetu.
I znalazłam:
Książka pt. "Zniszcz ten dziennik" autor Smith Keri.
Co o niej piszą na stronie Empiku?
Cytuję:
"To książka inna niż wszystkie, które dotąd widzieliście. To dziennik, który pozwala przekształcić destrukcję w kreację, uruchomić wyobraźnię i wyrazić swoje emocje!

Wykorzystując pomysłowo, lecz osobliwie zilustrowane szablony, uznana artystka Keri Smith zachęca do dokonywania aktów destrukcji i eksperymentów w dzienniku, aby rozbudzić prawdziwy proces tworzenia.
Ideą dziennika jest jego kreatywne „zniszczenie”, „pobrudzenie”, „postarzenie” poprzez dowolną, bardzo osobistą, czasem abstrakcyjną, ale zawsze twórczą interpretację zadań zaproponowanych na jego stronach. Polecenia te mogą wydawać się niekonwencjonalne: dziurawienie stron, malowanie dłońmi, zalewanie kawą, zgniatanie kartek czy zabranie dziennika pod prysznic - nie należy jednak rozumieć ich zbyt dosłownie, ale jedynie jako podpowiedzi mające na celu wykorzystanie własnej wyobraźni i utrwalenia swoich stanów ducha, wrażeń i obserwacji z otaczającego świata. Każdy dziennik jest niepowtarzalnym dziełem jego twórcy oddając jego osobowość i postrzeganie rzeczywistości."


Yyyyyyyy
To ja jestem stara, to ja się nie znam, nie podążam za duchem czasu bo w ciągnięciu na sznurku książki po ulicy to ja nic kreatywnego nie widzę. Jestem zacofana i niereformowalna. Nie potrafię otworzyć się na nowości, nie rozumiem dzisiejszego świata.
Tylko czy na pewno we mnie jest problem?
Czy przez zniszczenie można coś zbudować?
Wątpię. Chyba nie tędy droga, ale co ja się znam.
Tak mi się tylko przypomna zagadka z dzieciństwa o niszczeniu, która brzmi:
- Co po rozbiciu jest całe?
Odpowiedź: Namiot
I to jest jedyna rzecz, która przychodzi mi do głowy.
Resztę zostawię bez komentarza.

niedziela, 26 lipca 2015

rowerowa Dolina Prądnika

W planach na dzisiaj były szczyty Tatr Wysokich. Niestety nocne załamanie pogody z szalejącą potworną burzą (miałam wrażenie, że błyskało i grzmiało całą noc) zniweczyło moje plany.
Już wczesnym rankiem wiedziałam, że z tatrowania nici. Niby burze poszły sobie na wschód i bardzo się ochłodziło (więc wiedziałam, że nie wrócą), ale ziemia parowała i nad Tatrami wisiała wielka czapa z mgieł, co potwierdziły mi kamery internetowe.
kamera na Tatry
Ja z tych ludzi jestem, co nie chodzą po górach by przeleź i chwalić się na prawo i lewo, że zdobyłam szczyty, a dla widoków, dlatego by nie błądzić we mgle to wysokogórskie wędrówki zamieniłam na nizinne rowerowanie.
Ostatnio często mi się zdarza spędzać dzień na rowerze. Pakujemy z rodzinką rowery na auto i jedziemy gdzieś pojeździć, to do Puszczy Niepołomickiej, to do Tyńca, czy szlakiem ze Szczawnicy na Słowację do Czerwonego Klasztoru.
Dzisiaj wybrałam rowerowanie bliżej domu, ale za to w pięknym otoczeniu wapiennych skał czyli Dolinę Prądnika w Ojcowskim Parku Narodowym.
Postanowiliśmy z rodzinką przejechać całą dolinkę. Nie jak zwykle od Groty Łokietka, czy od ruin zamku w Ojcowie, a z tej drugiej, czyli południowej strony. Zostawiliśmy auto w Białym Kościele i stamtąd na rowerach dostaliśmy się do Prądnika Korzkiewskiego, skąd czerwonym szlakiem Doliną Prądnika pojechaliśmy do Ojcowa, mijając po drodze Bramę Krakowską, ruiny zamku w Ojcowie czy Kaplicę na Wodzie. Całość to 21 km po płaskim terenie, więc jest to idealna wycieczka rowerowa dla ludzi z dziećmi (tymi troszkę większymi, nie maluchami).
Jazdę na rowerze lubię tak sobie, bo strasznie męczą mi się uda i łydki. Może gdybym miała jakiś mega wypasiony profesjonalny rower to uwielbiałabym rowerowanie, a mając zwyczajny rower typu "no name", (który ma dwa jakieś tam koła, jakieś tam przerzutki i jakieś tam hamulce i tylko siodełko zostało wymienione na lepsze, gdy po jednej z pierwszych wypraw na tym rowerze 2 dni usiąść na tyłku nie mogłam i powiedziałam, że nigdy więcej nie wsiądę na ten piekielny pojazd)  to średnio lubię jazdę na rowerze, ale czego się nie robi aby spędzić czas z rodzinką i odciągnąć dziecię od komputera.
Dlatego wieczorem po kilku godzinach na rowerowym siodle musiałam trochę pobiegać, bo po tym rowerowaniu miałam wrażenie że wszystkie mięśnie mi się zastały. Rozruszałam się, machnęłam 8 km, dołożyłam porządne rozciąganie i rolowanie (przede wszystkim na ten pobolewający mięsień czworogłowy) i już jest ok.

Kilka fotek z Doliny Prądnika w Ojcowskim Parku Narodowym



ruiny zamku w Ojcowie

kaplica na wodzie





niedziela, 12 lipca 2015

jak nie urok to ...

Ktoś kiedyś powiedział, że największym paradoksem współczesnych czasów jest to, że mając całą wiedzę świata przy sobie w postaci internetu w komórce oglądamy głupawe obrazki o śmiesznych kotach.
To ja teraz się z tym nie zgadzam. Internet to jest jeden wielki śmietnik, a ja przed chwilą czułam się jak jakiś kloszard przeszukujący śmietniki Neapolu w poszukiwaniu czegoś nadającego się do jedzenia.
Tak zepsułam się. ZNOWU!!! Nie, nie moja słynna już strzałka, ona hula bez zarzutu. Tym razem problem leży w drugiej nodze.
Przeszłam zatem przez fora internetowe (naprawdę na świecie jest tyle idiotów? ) przez przeróżne poradniki  i artykuły o kontuzjach biegaczy i albo słowa nie było o moim nowym bólu, albo napisali i tu cytuję:
"Ból z przodu uda - U biegaczy praktycznie się nie zdarza. Czworogłowy jest mocnym mięśniem."
No halo, albo nie jestem biegaczką, albo to pomiędzy kolanami a tyłkiem to nie uda, bo to mnie właśnie boli i to z przodu i delikatnie z zewnątrz.
Zaczęło się po biegu w Pogoni za Żubrem, czyli 2 tygodnie temu. Najpierw myślałam, że to zakwasy, bo ból był bardzo podobny, ale minęło kilka dni i ból nie zniknął. Tzn. zniknął jak siedziałam, ewentualnie trochę chodziłam, ale jak pobiegałam to wracał. W trakcie biegu czułam to miejsce: pulsowało, delikatnie kuło, a po biegu kiedy już mięśnie ostygły i próbowałam się ruszyć to bolało jakby ktoś mi wbił pół metrową igłę w to udo. Ból promieniował przez tyłek, kręgosłup i kończył się z tyłu czaszki.
Najgorzej jest rano po wieczornym biegu dzień wcześniej. To dopiero pobudka, gdy zwlekam się na pół przytomna z łóżka na dźwięk budzika, staję na tej nodze, a tu kłucie. Od razu jestem przytomna i to bez kawy.
Dzisiaj połaziłam trochę po Beskidzie Wyspowym, niby góry, a nie góry, bo do tatrzańskich szczytów im daleko, ale też piękne. Mój gps pokazał 14km i 600m przewyższenia. Spokojnym tempem bo z dzieciem moim, mężem kanapowcem, dziadkami i jamniczką (chociaż ta ostatnia wymiękła na końcówce i trzeba było zapakować bestię do plecaka i nieść, bo miała dosyć). Za bardzo się zatem nie forsowałam, a teraz kilka godzin po powrocie mięsień czworogłowy boli (chociaż w trakcie wędrówki tylko delikatnie czasami ukuł, tak delikatnie, że gdybym nie była przewrażliwiona to pewnie nawet bym nie zauważyła). I nawet mi się myśleć nie chce co dalej, bo jednak wychodzi na to, że samo nie przejdzie. Ciągle coś, jak nie urok to sraczka. Nie, ładniej brzmi, że jak nie urok to przemarsz wojsk, a znaczy to samo.
Nieważne.
Pytanie brzmi, kiedy ja się będę mogła w końcu cieszyć bieganiem?

Poniżej kilka fotek z Beskidu Wyspowego, trasa z Laskowej na górę Kamionna







środa, 8 lipca 2015

Cellulit a bieganie

Pół roku nie biegałam. Przez prawie 2 miesiące poruszałam się o kulach więc prawie się nie ruszałam. Do tego mam siedzącą pracę. Przytyłam przez ten okres 8 kg. Ale to jeszcze nic. Pewnego dnia przechodząc przez przedpokój (gdzie na całej ścianie mam szafę przesuwną zabudowaną lustrami) w krótkich szortach mój wzrok padł na moje uda w lustrze ... i zamarłam. Na całych udach z tyłu i wewnątrz pojawił się cellulit. Przeżyłam taki szok, że przez dobrą chwilę nie mogłam dojść do siebie. Nie wierzyłam w to na co patrzyłam.
Od ponad miesiąca biegam, schudłam 3 kg, jeszcze 5 kg zostało do wagi z jesieni. Ciężko mi idzie bo uwielbiam wszelkie słodkości. Ciastki i czekolada do mnie nie mówią, one mnie wołają, głośno!!!
 A teraz gdy na zewnątrz upały to doszły do tego lody, koniecznie w polewie czekoladowej. Dobrze, że "Oskary" firmy Koral coraz rzadziej spotykam w sklepach, ale ostatnio odkryłam lody Milka. Genialne, mówię Wam. Są tak wspaniałe, że nie jestem w stanie się im oprzeć. Śmietankowe w polewie czekoladowej. Niby nic takiego, ale wewnątrz śmietanki mają jeszcze wartwy czekolady ukryte. Wspaniałe.
Ale nie o tym chciałam.
Biegam ponad miesiąc, a cellulit na moich udach prawie zniknął. Piszę, że prawie, bo jak nacisnę skórę to jeszcze troszkę, minimalnie skóra się chmurkuje, ale w porównaniu z tym co widziałam jakiś czas temu w lustrze to mogę powiedzieć, że moje uda znowu wyglądają normalnie.
Czemu o tym piszę?
Bo bieganie pomaga zlikwidować cellulit. Kobiety!!!! Nie wierzycie? Jestem żywym przykładem.


wtorek, 30 czerwca 2015

O biegu z przygodami czyli jak to niepołomicki żubr wyprowadził biegaczy w pole

Opowiem Wam o biegu z przygodami, który odbył się w niedzielę w Puszczy Niepołomickiej i o żubrze, który nie chcąc dać się złapać, przygotował na biegaczy pułapkę. Kto nie był, niech żałuje, bo zabawa była przednia. Ja to tak widzę i tak to opiszę, a wszystkim tym co brali udział i nadal siedzą zadąsani z mega fochem powiem tylko, że ten bieg na pewno na długo zostanie w Waszej pamięci i gdy foch minie (a minie, zawsze mija, zaufajcie mi, jestem kobietą, na fochach znam się bardzo dobrze) to też będziecie się z tego śmiać.
Ale po kolei.
Obudziałam się rano z bólem oka. Chyba przez noc coś mi się tam w kanalikach przytkało i zaczął się wykłuwać jęczmień. Jak ja lubię takie niespodzianki. Nie, to oko jest zupełnie niepotrzebne do biegania, zawsze na trasie mogę rzucać głową na boki jak kura żeby coś zobaczyć, ale mimo wszystko jest to pewien dyskomfort, w czasie biegu.
Gdybym wtedy, zaraz po przebudzeniu wiedziała jakie niespodzianki na mnie jeszcze czekają w trakcie tego biegu to zapewne nie pomyślałabym o tak prozaicznych problemach jak bolące oko.
W niedzielę odbył  się w Puszczy Niepołomickiej VII Bieg W Pogoni za Żubrem.
Przed biegiem musiałam odwiedzić jeszcze jedno miejsce, więc miałam pewne nikłe obawy czy spokojnie zdążę na bieg (szczególnie, że na trasie do Niepołomic były remonty i zwężenia), dlatego poprosiłam kolegę o zabranie dla mnie pakietu startowego.
Wpadłam do Niepołomic 30 minut przed rozpoczęciem biegu, zdążyłam się przebrać i na start. Pogoda na weekend fatalna, za to do biegania idealna, bo z nieba sączył się kapuśniaczek i było coś koło 18 stopni ciepła. W tamtym roku gdy biegłam w tym biegu to średnia wyszła mi 5.18'/km. Bardzo chciałam poprawić ten wynik, chociaż wiedziałam, że będzie ciężko, a to dlatego, że po pierwsze biegam co nieco dopiero od ponad miesiąca po dłuższej przerwie, a po drugie w tym roku muszę dźwigać ze sobą kilka kilogramów więcej niż w tamtym (nie, nie biegam z plecakiem, tak, przytyłam).
Pierwszy kilometr przetargałam z prędkością 04:46. Wiem, za szybko ale co zrobić jak nogi niosą, a tłum Cię goni. Zakładałam sobie 05:15'/km, ot to tylko trochę szybciej. Przy drugim już zwolniłam do 05:08, potem 05:15 i tak czując wiatr we włosach (no dobra, poniosło mnie z tym wiatrem) dopędziłam do prawie 5 km. Już z daleka widziałam, że przede mną kotłuje się bardzo, ale to bardzo duża grupa biegaczy.
Pewnie punkt z wodą, stwierdziłam, bo miał być gdzieś w pobliżu, ale nie zdążyłam pomyśleć czemu nie biegną dalej z wodą w łapkach (pamiętajmy, że gnałam jak struś Emu uciekający przed drapieżnikiem) kiedy wpadłam w sam środek miotających się na wszystkie strony biegaczy.

źródło: rtvopiola

Co się okazało?
Przed nami taśma zagradzająca drogę, za taśmą dwie dróżki, przed taśmą jedna w prawo i żadnych oznaczeń. Większość zaczęła biec w dróżkę w prawo, więc pobiegłam za nimi. Od razu coś mi nie grało, bo miałam wrażenie, że się wracamy, ale zwaliłam to na mój kompletny brak orientacji w terenie i biegłam dalej. I to był błąd. Nie trafiłam w dobrą drogę. Wróciłam zatem za ogonkiem biegaczy i wpadłam ponownie w jeszcze większą grupę zdezorientowanych ludzi (ciągle dobiegali kolejni). Pozostały dwie drogi za taśmą. Oczywiście znikąd pomocy, bo biegacze którzy już zdecydowali się na dalszy bieg pobiegli po równo w obie drogi. Wybrałam tę w lewo, bo stwierdziłam, pobiegnę w stronę mety, gdzieś dobiegnę, najwyżej zamiast 8 km machnę 15, a co mi tam, byleby tylko utrzymać tempo 5:15'/km, w końcu biegnę dla siebie.
I to był dobry pomysł, bo nagle zobaczyłam przed sobą oznaczenie, że mijam 5-ty kilometr i ludzi podających wodę, a następnie rozdzielenie na trasy 8 i 15 km. Z takimi właśnie przygodami dobiegłam do mety pokonując dystans zamiast 8000 m to 8800 m.
Po przekroczeniu mety widziałam wściekłych ludzi, i żal mi było organizatorów, bo wiedziałam że im się dostanie za ten bałagan. Może inaczej na to patrzę, bo nie celowałam w podium, tylko pokonywałam samą siebie z tamtego roku, ale przecież biegamy dla przyjemności, dla endorfin, dla siebie. Wpadki się zdążają, to normalne zjawisko i wszyscy, którzy kiedykolwiek mieli coś wspólnego z organizacją biegu takie problemy traktują z przymrużeniem oka. Jesteśmy tylko ludźmi. Ci co biegli w tym biegu niech sobie przypomną tą jedność w tłumie zdezorientowanych ludzi. Tam nikt ze sobą nie rywalizował tylko wszyscy się dogadywali, współpracowali, rozmawiali, ustalali, kombinowali gdzie pobiec, informowali się nawzajem. Na tę jedną chwilę rywalizacja przestała istnieć.
A ja jak sobie teraz o tym wszystkim myślę, wiedząc że rano przed biegiem trasa była sprawdzana i było ok, to doszłam do wniosku, że to biedny Żubr, który zapewne miał już dosyć uciekania przed tłumem biegaczy (wszak bieg zwał się "W pogoni za Żubrem") poprzestawiał oznakowanie trasy i wyprowadził w pole około 1000 osób.
I tego się trzymajmy.



sobota, 27 czerwca 2015

o Lesie Bronaczowa

Biegam sobie już bez żadnych bóli (tak wszystko przeszło jak ręką odjął) od jakiegoś prawie miesiąca. Biegam zazwyczaj w okolicy miejsca zamieszkania, bo blisko, bo jakby mnie dopadł kryzys na trasie to jeden telefon i po mnie przyjadą, bo wygodnie. I tak klepię te chodniki i klepię i powoli mam tego dosyć.
I od jakiegoś czasu (no może paru dni ) rozglądam się za czymś innym w okolicy, za czymś co nie jest chodnikiem, nie jest asfaltem, co nie jest stokiem narciarskim (takowy też posiadam w okolicy), a biegać się da. Za ścieżkami jakimiś się rozglądałam.
I mam.
Ktoś coś powiedział, coś doczytałam i znalazłam idealne ścieżki do biegania, dodam że w bliskiej odległości od domu.
Co to takiego?
Ano to cudo zwie się Las Bronaczowa i znajduje się nieopodal Zakopianki pomiędzy Mogilanami, Głogoczowem, a Radziszowem. Znałam ten las kiedyś. Gdzieś w zakamarkach umysłu przypomina mi się on z lat dziecięcych kiedy to z klasą z podstawówki chodziliśmy tam na wycieczki.
Poczytałam o tym lesie, wyszukałam w stosie map mapę "Południowa małopolska" gdzie zaznaczone są szlaki przez ten las i pojechałam tam pobiegać.

Za pierwszym razem dużo nie przebiegłam, bo robiłam fotki i zachwycałam się okolicą, ale kilka dni później wyciągnęłam tam rodzinkę na wycieczkę rowerową.
Co mogę powiedzieć o ścieżkach w tym lesie?
Ktoś o to dba, to jest pewne, bo wysypane są świeżym żwirkiem, zadbane.
Można o tym lesie i ścieżkach w nim powiedzieć, że to taka maleńka Puszcza Niepołomicka. Te drogi leśne wyglądają tam tak samo.
Na początku od strony Mogilan jest duży parking, gdzie można zostawić auto. Są tam też ławeczki i miejsce na grilla czy ognisko. Potem idziemy, a raczej biegniemy szlakiem czarnym. Jest to droga, przy której znajduje się kilka domów, więc trzeba uważać co by nas nic nie rozjechało, bo może się zdarzyć, że spotkamy jakieś auto. To najgorsza część trasy, czyli jakieś 400 m, bo pod górkę, ale jak miniemy te niedogodności to jest szlaban, zakaz wjazdu dla pojazdów i zaczyna się szlak niebiesko/zielony i potem jest już w miarę prosto.
Las Bronaczowa to idealne miejsce do biegania, spacerowania czy wycieczek rowerowych. Spotkałam tam ludzi maszerujących z kijkami, spacerujących z psami, z dziećmi, czy biegających. Na szczęście ludzi jest niewielu, to nie to co w Puszczy Niepołomickiej, która w niedzielne popołudnie jest dosłownie zadeptywana.
Podsumowując. Las Bronaczowa mnie zachwycił i będę się tam czasami wypuszczać na bieganko, bo bieganie po nieutwardzonej powierzchni bardzo dobrze zrobi moim nogom.

Poniżej kilka zdjęć tego lasu.














niedziela, 21 czerwca 2015

kolorowe bieganie

 Po przebytej kontuzji i powrocie do biegania, bieganie zaczęłam traktować bardziej na luzie.
Nie startuję w zawodach biegowych dłuższych niż 10 km, nie wyciskam siódmych potów na treningach, a same treningi traktuję bardziej rekreacyjnie niż treningowo, tzn. mam czas, mam ochotę, zakładam buty i idę pobiegać. Nie skupiam się na tym, że muszę koniecznie odwalić 40 km tygodniowo, bo jakiś tam plan treningowy tak zakłada.
Nie! Biegam dla siebie, dla przyjemności.
Przeglądając listę zawodów biegowych w okolicy wyszukuję te nietypowe, ciekawe, takie które dostarczą mi kupę zabawy, a nie polegają na zasuwaniu do mety z jęzorem po kolana.
Ostatnio wzięłam udział w dwóch biegach kolorów. Są to takie zawody, gdzie na trasie znajdują się stacje obsypywania kolorami i w trakcie biegu biegacze obsypywani są kolorowymi pyłkami.
W tamtą niedzielę biegłam w takim biegu w Krakowie, a w tą sobotę w Chorzowie. Dystans tych biegów to było 4-5 km, bez pomiaru elektronicznego czasu, ważna była zabawa i bieg w kolorowych pyłkach.

Porównując teraz te dwa biegi mogę powiedzieć, że w Krakowie było bardziej kolorowo. Wystartowało tam około 250 biegaczy i każdy został obficie posypany w trakcie biegu. Niestety tego brakowało w Gryfnym Biegu w Chorzowie. Ogrom chętnych przerósł organizatorów (około 850 biegaczy). Biegłam gdzieś w środku kolorowego korowodu, a już na niektórych stacjach obsypywania brakowało kolorowych pyłków, więc na mecie byłam tylko delikatnie przyprószona kolorami. Dostałam za to medal za udział, czego niestety nie było w Krakowie, za to tam dostawaliśmy koszulki, tu w Chorzowie nie. No cóż, każdy lubi coś innego. Osobiście zdecydowanie bardziej wolę dostać medal na mecie niż kolejną bawełnianą koszulkę, dla których powoli zaczyna brakować miejsca w mojej szafie.

Miejsce odbywania się zawodów w Chorzowie lepsze niż w Krakowie. W Chorzowie był to teren Parku Śląskiego,  gdzie biegliśmy alejkami wśród pięknej, zadbanej roślinności i stawów, natomiast w Krakowie były to Błonia Zabierzowskie (więc w sumie obok Krakowa, a nie w mieście) gdzie biegliśmy po wykoszonych (lepiej lub gorzej) łąkach, drogach gruntowych i chaszczach.

Za to pogoda bardziej dopisała w Krakowie. Owszem z nieba lał się żar, i było koło 30 stopni ciepła, ale nie przyplątała się żadna burza i deszcz i pyłki swobodnie wirowały w powietrzu. W Chorzowie gdy wystartowaliśmy też było słonecznie i jakieś 16 stopni na plusie, ale w połowie trasy zaczął padać deszcz, a na metę to już wpadliśmy w potężnej ulewie. I z tej odrobiny kolorowych pyłków, która na mnie wylądowała przy obsypywaniu po deszczowej kąpieli nie zostało prawie nic.


Czy polecam takie biegi?
Jeśli ktoś traktuje bieganie rekreacyjnie i nie liczy się dla niego pokonywanie własnych rekordów i stawanie na podium za wszelką cenę to zachęcam do takiego biegu kolorów. Jest to ciekawe doświadczenie i kupa dobrej zabawy, szczególnie, że dystanse w takich biegach są krótkie i można namówić na wspólne bieganie niebiegających przyjaciół.