Podstawą działania jest plan. W planowaniu to ja akurat jestem bardzo dobra, tylko potem gorzej z wykonaniem.
Gdy już zima poszła sobie na dobre, przytargałam do podręcznej garderoby lżejsze ciuchy (tak, u mnie ubrania migrują z dalszych do bliższych szaf w zależności od pory roku, coby mieć pod ręką co potrzebuję). Po dokładnym przeanalizowaniu, przymierzeniu, oglądnięciu tych ubrań które będę nosić na wiosnę stwierdziłam, że albo większość z nich skurczyła się przez zimę, albo to ja się trochę rozrosłam (tak wzrokowo stwierdziłam, bo trzymam się zasady, że waga - Twój wróg i omijam jak diabeł święconą wodę).
Gdy już pogodziłam się ze smutną rzeczywistością, że to we mnie tkwi problem, nie ubraniach zrobiłam taki oto właśnie plan.
Poniedziałek - rower lub basen, ewentualnie ćwiczenia zorganizowane "Zdrowy Kręgosłup" gdy niedziela będzie bardziej aktywna fizycznie,
wtorek - bieganie,
środa - tabata (tak, muszą to być ćwiczenia zorganizowane, bo za dobrze siebie znam i wiem że sama ćwiczyć nie będę, bo zawsze będzie coś ważniejszego),
czwartek - bieganie,
piątek - lekkie bieganie na boisku z moim dziecięciem, który to po małych szkolnych sukcesach w bieganiu zapisał się na kilka biegów wiosennych i trzeba z nim poćwiczyć truchtanie,
sobota - dłuższe wybieganie (tak 15-20km) lub jakieś zawody biegowe,
niedziela, że rodzinna to już rodzina decyduje czy będą to góry, rower, spacer itp.
Plan genialny, nieprawdaż?
Udało mi się go zrealizować przez pierwszy tydzień i ... poległam.
Co się stało?
Ano nic wielkiego, tylko przeziębienie mnie dopadło. Tak nagle, tak nieprzewidywalnie mnie sieknęło i już.
Zaczęło się od kichania skończyło na bólu gardła, głowy, katarze i ogólnym osłabieniu. Jakiś paskudny wirus się przyplątał w poniedziałek i tak mnie męczy. Dzisiaj mamy już czwartek i niby jest lepiej ale do stanu idealnego jeszcze daleko. Zatem poniedziałkowy plan poszedł się paść, wtorkowy również, środowy też i koniec, dzisiaj nie odpuszczę. Szczególnie, że w każdy czwartek biegam ze swoją grupą biegową, więc chociaż na trochę, chociaż te kilka kilometrów przetruchtam ... jakoś.
W moim biegu przez życie wciąż rodzą się nowe pasje, stare się przedawniają, czasami odchodzą, czasami spychane są na pogranicze mojego czasu, czasami trwają i walczą o zainteresowanie.
czwartek, 21 kwietnia 2016
wtorek, 19 kwietnia 2016
Bieg Pamięci w Krakowie
Wiosna. Sezon zawodów biegowych w pełni. Wszędzie pełno biegów. Staram się wybierać biegi w sobotę, bo wtedy każdy z mojej rodzinki zajęty jest swoimi sprawami i mam czas dla siebie, a niedziela u mnie jest rodzinna. Owszem, czasami się zdarza jakiś niedzielny bieg, w którym koniecznie muszę wziąć udział i wtedy albo ze mną jadą i nudzą się okrutnie, bo ich to nie bawi, albo jadę sama i niedziela rodzinna robi się nierodzinna.
Bardzo się zatem ucieszyłam gdy dowiedziałam się, że Bieg Pamięci w Krakowie, będzie w sobotę. Dwa lata temu w nim biegłam i byłam zachwycona atmosferą i trasą, która prowadziła uliczkami Starego Miasta, tylko wtedy było bardzo zimno, a w tym roku pogoda była cudowna, słoneczna, prawie letnia. I wydawać by się mogło, że to idealny bieg na pobicie swoich rekordów na dystansie 5 km (bo tyle miał ten bieg) jednak biegło mi się fatalnie. Zaczęłam za szybko, głupia myśląc, że dam rady utrzymać tempo poniżej 5 minut/km. Najpierw więc dopadła mnie kolka - morderca koło 2 km, która zmusiła mnie do zwolnienia, by przy trzecim kilometrze smażące słońce tak dało mi się we znaki, że nagle zrobiło mi się słabo i czarno przed oczami i to tak, że musiałam się zatrzymać na chwilę. Wiedząc już, że nie ma szans na pobicie swojego rekordu na 5 km zwolniłam do 5:30 minut/km i jakoś doczołgałam się do mety.
Mogę spokojnie powiedzieć, że bieg ten mnie porządnie sponiewierał. Dużą rolę odegrała tu pogoda. Było za duszno, za słonecznie, za gorąco. Chociaż jak to piszę to mi się pląta po głowie powiedzenie, że złej baletnicy to i rąbek spódnicy przeszkadza. Pewnie coś w tym jest, ale jak patrzę na zdjęcia z mety to wyglądam na nich jak kupka nieszczęścia i faktycznie tak się czułam. Twierdzę jednak, że takie przeżycia biegowe są bardzo potrzebne. Bieg ten pokazał mi jaka jestem słaba i ile jeszcze muszę popracować nad kondycją. Najważniejsze, że kopytka nie bolały w trakcie biegu, ani po nim. Nic, ani dwugłowy, czworogłowy, ani łydki, ani kolana, nic a nic. A to już, jak na mnie jest mały sukces.
Bardzo się zatem ucieszyłam gdy dowiedziałam się, że Bieg Pamięci w Krakowie, będzie w sobotę. Dwa lata temu w nim biegłam i byłam zachwycona atmosferą i trasą, która prowadziła uliczkami Starego Miasta, tylko wtedy było bardzo zimno, a w tym roku pogoda była cudowna, słoneczna, prawie letnia. I wydawać by się mogło, że to idealny bieg na pobicie swoich rekordów na dystansie 5 km (bo tyle miał ten bieg) jednak biegło mi się fatalnie. Zaczęłam za szybko, głupia myśląc, że dam rady utrzymać tempo poniżej 5 minut/km. Najpierw więc dopadła mnie kolka - morderca koło 2 km, która zmusiła mnie do zwolnienia, by przy trzecim kilometrze smażące słońce tak dało mi się we znaki, że nagle zrobiło mi się słabo i czarno przed oczami i to tak, że musiałam się zatrzymać na chwilę. Wiedząc już, że nie ma szans na pobicie swojego rekordu na 5 km zwolniłam do 5:30 minut/km i jakoś doczołgałam się do mety.
Mogę spokojnie powiedzieć, że bieg ten mnie porządnie sponiewierał. Dużą rolę odegrała tu pogoda. Było za duszno, za słonecznie, za gorąco. Chociaż jak to piszę to mi się pląta po głowie powiedzenie, że złej baletnicy to i rąbek spódnicy przeszkadza. Pewnie coś w tym jest, ale jak patrzę na zdjęcia z mety to wyglądam na nich jak kupka nieszczęścia i faktycznie tak się czułam. Twierdzę jednak, że takie przeżycia biegowe są bardzo potrzebne. Bieg ten pokazał mi jaka jestem słaba i ile jeszcze muszę popracować nad kondycją. Najważniejsze, że kopytka nie bolały w trakcie biegu, ani po nim. Nic, ani dwugłowy, czworogłowy, ani łydki, ani kolana, nic a nic. A to już, jak na mnie jest mały sukces.
piątek, 8 kwietnia 2016
Perła Paprocan czyli bieganie wokół jeziora
Wiosenna Perła Paprocan zdobyta. Mega wielki medal wisi już pomiędzy innymi. Teraz czeka na uzupełnienie dziury, w kształcie jeziora Paprocany wewnątrz medalu. Uzupełni go medal z jesiennej Perły Paprocan. Ciekawy pomysł na skomponowanie cyklu biegów wiosenno- jesiennych wokół jeziora.
W niedzielę, bo wtedy to brałam udział w tym nietypowym biegu, była cudowna wiosenno-letnia pogoda. Jakieś 20 stopni na plusie. Pojechaliśmy wcześnie rano, bo jezioro Paprocany jest w Tychach, a to ode mnie jakieś 100km. Start był o 10:00, wcześniej trzeba było odebrać pakiety startowe, zostawić rzeczy w depozycie, porobić fotki i nacieszyć oczy pięknym jeziorem i super zagospodarowanym terenem wokół niego. Miałam przebiec 4 okrążenia wokół jeziora (czyli 28km), niestety nie biegało mi się za dobrze, (co dziwne) i skończyłam na 3 okrążeniach czyli półmaratonie.
Bieg ten jest pod tym względem rewelacyjny, że można przebiec ile się chce, czyli od 1 okrążenia wokół jeziora, czyli 7 km do maratonu (6 okrążeń). Jeśli się przebiegło 3 i więcej okrążeń to dostawało się medal na mecie. Ja swój mam i jesienny też planuję zdobyć do kompletu.
A jezioro? Stwierdziliśmy wszyscy (była nas grupa osób), że koniecznie musimy wziąć rodziny, rowery, rolki, grilla i przyjechać tu w lecie. Wspaniale zainwestowany teren wokół jeziora, ścieżki rowerowo - spacerowe, place zabaw, ławeczki, plaża piaszczysta. Raj dla dzieci i nie tylko.
W niedzielę, bo wtedy to brałam udział w tym nietypowym biegu, była cudowna wiosenno-letnia pogoda. Jakieś 20 stopni na plusie. Pojechaliśmy wcześnie rano, bo jezioro Paprocany jest w Tychach, a to ode mnie jakieś 100km. Start był o 10:00, wcześniej trzeba było odebrać pakiety startowe, zostawić rzeczy w depozycie, porobić fotki i nacieszyć oczy pięknym jeziorem i super zagospodarowanym terenem wokół niego. Miałam przebiec 4 okrążenia wokół jeziora (czyli 28km), niestety nie biegało mi się za dobrze, (co dziwne) i skończyłam na 3 okrążeniach czyli półmaratonie.
Bieg ten jest pod tym względem rewelacyjny, że można przebiec ile się chce, czyli od 1 okrążenia wokół jeziora, czyli 7 km do maratonu (6 okrążeń). Jeśli się przebiegło 3 i więcej okrążeń to dostawało się medal na mecie. Ja swój mam i jesienny też planuję zdobyć do kompletu.
A jezioro? Stwierdziliśmy wszyscy (była nas grupa osób), że koniecznie musimy wziąć rodziny, rowery, rolki, grilla i przyjechać tu w lecie. Wspaniale zainwestowany teren wokół jeziora, ścieżki rowerowo - spacerowe, place zabaw, ławeczki, plaża piaszczysta. Raj dla dzieci i nie tylko.
sobota, 26 marca 2016
marudzenie świąteczne
Czas świąteczno-wielkanocny to taki czas kiedy wszyscy są szczęśliwi, bo wiosna puka do drzwi, bo leci się z koszyczkiem do święcenia, bo spędza się czas z rodziną odpoczywając i ogólnie sielanka trwa. Tak Święta Wielkanocne pokazane są wszędzie. Media huczą od życzeń świątecznych, w telewizji, necie - wszędzie widać kicające małe zajączki, kurczaczki (niekicające) i wszystko takie ukolorowane i szczęśliwe.
A ja? Wzięłam dwa dni urlopu, żeby ogarnąć dom, załatwić przy okazji tysiące odkładanych na kiedyś spraw i ogólnie przygotować wszystko do świąt, żeby było idealnie, tak jak to kreują media. W efekcie dzisiaj jestem tak zmęczona i zdechnięta, że nie cieszą mnie te zbliżające święta. Wszystko mnie wkurza, wszyscy mnie denerwują. Nawet kot, który prawie cały czas śpi wkurza mnie, że śpi. Nawet pogoda wzięła i się zepsuła, a miało być tak pięknie i słonecznie, a tu leje, wieje i ogólnie ponuro jest. O żołądku swoim własnym już nawet nie wspomnę, bo nagle stwierdził, że za mało mam zmartwień i zaczął mnie boleć. Pewnie coś zeżarłam nieświadomie w przelocie między kuchnią, a łazienką w szale przedświątecznych przygotowań. Teraz boli mnie już mniej, bo mąż się zlitował nad marudzącą, wściekłą na cały świat żoną i dał do wypicia jakieś lekarstwo. Pomogło, chociaż przyznam, że miałam przez ułamek , (ale naprawdę mały ułamek) sekundy myśl plątającą się gdzieś w zakamarkach umysłu, że może ja tego pić nie powinnam, bo to trochę podejrzane, że mąż, który jak kataru dostanie to trzeba się nim opiekować, bo umierający jest, nagle dość, że wie co jest dobre na żołądek to jeszcze dziwnym trafem ma to pod ręką. Najważniejsze, że pomogło, na tyle, że podpięłam się do koszyczka ze święcenia dziecięcia, gdzie dużo czekoladowych stworów było i jeden zając czekoladowy ewidentnie tam nie pasował i zeżarłam i nie zwijam się z bólu. Bo czekolada jest dobra na wszystko
Chyba muszę się porządnie wyspać, bo może wtedy bardziej optymistycznie spojrzę na wszystko wokół. Tylko jak tu się wyspać, kiedy zabierają mi godzinkę w nocy. Tak, zmiana czasu na letni przed nami. I znowu przez tydzień będę chodzić jak zombi, zanim dogadam się z moim organizmem, że tak ma być. Dobra, nie marudzę już. Jutro będzie lepiej. Musi być.
No to ... ten, tego, ... niesmutnych, niemarudzących, niedeszczowych, niezimnych, Świąt Wielkanocnych. ;)
Chyba muszę się porządnie wyspać, bo może wtedy bardziej optymistycznie spojrzę na wszystko wokół. Tylko jak tu się wyspać, kiedy zabierają mi godzinkę w nocy. Tak, zmiana czasu na letni przed nami. I znowu przez tydzień będę chodzić jak zombi, zanim dogadam się z moim organizmem, że tak ma być. Dobra, nie marudzę już. Jutro będzie lepiej. Musi być.
No to ... ten, tego, ... niesmutnych, niemarudzących, niedeszczowych, niezimnych, Świąt Wielkanocnych. ;)
środa, 23 marca 2016
przywitanie wiosny Półmaratonem Marzanny
W ostatnią niedzielę kilka tysięcy osób wzięło udział w Krakowie w topieniu Marzanny i w biegowym przywitaniu wiosny półmaratonem i biegiem na 10 km.
Byłam wśród nich i ja, tzn. tych półmaratończyków.
Do ostatniej chwili się wahałam czy wziąć udział w tym biegu, bo po dyszce w Myślenicach (tej tydzień wcześniej) bolała mnie łydka, a tu trzeba było przebiec 21 km. Z jednej strony bardzo chciałam w ten sposób rozpocząć ten wiosenny sezon biegowy, a z drugiej strony miałam świadomość, że z kontuzjami się nie biega, bo można się jeszcze bardziej załatwić, tak na długie tygodnie lub nawet miesiące i że nie powinnam.
Czyli typowo. Walka serca z rozumem. Zwyciężyło serce.
Pobiegłam.
Chociaż przed biegiem miałam takiego stresa, że nie chciało mi się nawet z nikim rozmawiać, co było trudne, bo jechaliśmy razem, całą naszą kilkunastoosobową grupą busem i każdy coś do mnie mówił. Ale usiadłam sobie z boku i starałam się nie odzywać przeżywając wewnętrznie moją głupią tak naprawdę decyzję i tylko tak sobie myślałam "dajcie mi wszyscy święty spokój i pozwólcie umartwiać się nad własną głupotą".
Przed biegiem tradycyjnie już był chaos, bo jedni się rozproszyli do depozytu, inni do toalety a jeszcze inni robili sobie porządną rozgrzewkę, więc nie bardzo miałam czas myśleć o tych 21 km do pokonania z bolącą łydką.
Nawet nie wiem kiedy znalazłam się na starcie, kiedy ustawiłam się w swojej strefie czasowej i kiedy to tak naprawdę się zaczęło.
Biegłam powoli wnikliwie analizując swój ból, bo stwierdziłam, że jak coś zaboli bardziej to po prostu zejdę z trasy i tyle. Biegłam z koleżanką, dla której to był debiut na tak długim dystansie i kolegą, który robił za jej zająca pilnując by biegła równym tempem do mety. Moja łydka bolała do 5 - 6 km, potem coraz mniej, a około 10 km ból całkowicie minął, a ja dostałam porządną dawkę endorfin od organizmu. Zostawiłam ich więc z tyłu i biegłam sobie dalej sama. Zjadłam jednego żela energetyzującego mając w planie koło 15 km zjeść kolejnego gdy zacznę opadać z sił. Nie wiem kiedy zrobił się 18 km, tak dobrze mi się biegło. Oczywiście kiedy zaczęłam opadać z sił, to na kolejnego żela było już za późno, bo mój żołądek zaczął się buntować. Piłam tylko jak wielbłąd na każdym punkcie nawadniającym wszystko co wpadło w moje ręce. I wodę i izotoniki i tak jakoś doturlałam się do 20 km. Został ostatni do pokonania. To był dla mnie najgorszy kilometr. Długa prosta na Błoniach krakowskich, gdzie cały czas widać było metę, a wydawało się jakby ona się oddalała. Do tego prosto w twarz wiał przenikliwie zimny wiatr z taką siłą, że pomimo tego, że ciało było rozgrzane i na całej trasie było mi ciepło to na metę wpadłam skostniała z zimna.
Zgarnęłam medal, który przysługiwał każdemu kto ukończy półmaraton i poszłam sobie na boczek sprawdzać swoje kopytka. Trzeba było oszacować straty, co boli nowego, co ze starymi bólami i w ogóle. O dziwo, nie bolało mnie nic, nawet ta nieszczęsna łydka, która tylko delikatnie pulsowała. Zrobiłam więc mega szybkie rozciąganie i poczłapałam szukać resztę grupy.
To rozciąganie byle jak czuję jeszcze do dzisiaj. Tzn czuję, że mam uda. Porobiły się zakwasy. Łydka jakoś cudownie ozdrowiała (odpukać) bo boli tylko przy dotyku, a nie cały czas. Być może potrzebowała takiej terapii wstrząsowej. Nie wiem. Ważne, że teraz muszę sobie dać trochę czasu na regenerację.
A półmaraton? Był to mój czwarty półmaraton i mi się bardzo spodobał taki dystans.
Krótsze biegi też są super, ale więcej czasu schodzi na przyjechanie, odebranie pakietu, przebranie, potem depozyt i znów przebieranie po biegu i cała ta otoczka niż na sam bieg. A w półmaratonie to już się trochę biega. Jak sobie tak o tym myślę, to chyba podobało mi się przede wszystkim dlatego, że pierwszy raz nie biegłam na maksymalnej mocy tylko lekko (tak, ze strachu przed całkowitym zepsuciem nogi) swobodnie, nie patrząc na zegarek, nie próbując pobić życiówki, nie czując bata nad sobą, że muszę być szybsza i lepsza. Biegłam dla przyjemności.
Byłam wśród nich i ja, tzn. tych półmaratończyków.
Do ostatniej chwili się wahałam czy wziąć udział w tym biegu, bo po dyszce w Myślenicach (tej tydzień wcześniej) bolała mnie łydka, a tu trzeba było przebiec 21 km. Z jednej strony bardzo chciałam w ten sposób rozpocząć ten wiosenny sezon biegowy, a z drugiej strony miałam świadomość, że z kontuzjami się nie biega, bo można się jeszcze bardziej załatwić, tak na długie tygodnie lub nawet miesiące i że nie powinnam.
Czyli typowo. Walka serca z rozumem. Zwyciężyło serce.
Pobiegłam.
Chociaż przed biegiem miałam takiego stresa, że nie chciało mi się nawet z nikim rozmawiać, co było trudne, bo jechaliśmy razem, całą naszą kilkunastoosobową grupą busem i każdy coś do mnie mówił. Ale usiadłam sobie z boku i starałam się nie odzywać przeżywając wewnętrznie moją głupią tak naprawdę decyzję i tylko tak sobie myślałam "dajcie mi wszyscy święty spokój i pozwólcie umartwiać się nad własną głupotą".
Przed biegiem tradycyjnie już był chaos, bo jedni się rozproszyli do depozytu, inni do toalety a jeszcze inni robili sobie porządną rozgrzewkę, więc nie bardzo miałam czas myśleć o tych 21 km do pokonania z bolącą łydką.
Nawet nie wiem kiedy znalazłam się na starcie, kiedy ustawiłam się w swojej strefie czasowej i kiedy to tak naprawdę się zaczęło.
Biegłam powoli wnikliwie analizując swój ból, bo stwierdziłam, że jak coś zaboli bardziej to po prostu zejdę z trasy i tyle. Biegłam z koleżanką, dla której to był debiut na tak długim dystansie i kolegą, który robił za jej zająca pilnując by biegła równym tempem do mety. Moja łydka bolała do 5 - 6 km, potem coraz mniej, a około 10 km ból całkowicie minął, a ja dostałam porządną dawkę endorfin od organizmu. Zostawiłam ich więc z tyłu i biegłam sobie dalej sama. Zjadłam jednego żela energetyzującego mając w planie koło 15 km zjeść kolejnego gdy zacznę opadać z sił. Nie wiem kiedy zrobił się 18 km, tak dobrze mi się biegło. Oczywiście kiedy zaczęłam opadać z sił, to na kolejnego żela było już za późno, bo mój żołądek zaczął się buntować. Piłam tylko jak wielbłąd na każdym punkcie nawadniającym wszystko co wpadło w moje ręce. I wodę i izotoniki i tak jakoś doturlałam się do 20 km. Został ostatni do pokonania. To był dla mnie najgorszy kilometr. Długa prosta na Błoniach krakowskich, gdzie cały czas widać było metę, a wydawało się jakby ona się oddalała. Do tego prosto w twarz wiał przenikliwie zimny wiatr z taką siłą, że pomimo tego, że ciało było rozgrzane i na całej trasie było mi ciepło to na metę wpadłam skostniała z zimna.
Zgarnęłam medal, który przysługiwał każdemu kto ukończy półmaraton i poszłam sobie na boczek sprawdzać swoje kopytka. Trzeba było oszacować straty, co boli nowego, co ze starymi bólami i w ogóle. O dziwo, nie bolało mnie nic, nawet ta nieszczęsna łydka, która tylko delikatnie pulsowała. Zrobiłam więc mega szybkie rozciąganie i poczłapałam szukać resztę grupy.
To rozciąganie byle jak czuję jeszcze do dzisiaj. Tzn czuję, że mam uda. Porobiły się zakwasy. Łydka jakoś cudownie ozdrowiała (odpukać) bo boli tylko przy dotyku, a nie cały czas. Być może potrzebowała takiej terapii wstrząsowej. Nie wiem. Ważne, że teraz muszę sobie dać trochę czasu na regenerację.
A półmaraton? Był to mój czwarty półmaraton i mi się bardzo spodobał taki dystans.
Krótsze biegi też są super, ale więcej czasu schodzi na przyjechanie, odebranie pakietu, przebranie, potem depozyt i znów przebieranie po biegu i cała ta otoczka niż na sam bieg. A w półmaratonie to już się trochę biega. Jak sobie tak o tym myślę, to chyba podobało mi się przede wszystkim dlatego, że pierwszy raz nie biegłam na maksymalnej mocy tylko lekko (tak, ze strachu przed całkowitym zepsuciem nogi) swobodnie, nie patrząc na zegarek, nie próbując pobić życiówki, nie czując bata nad sobą, że muszę być szybsza i lepsza. Biegłam dla przyjemności.
poniedziałek, 14 marca 2016
myślenickie bieganie w deszczu
Powinnam napisać coś, cokolwiek o moim udziale w 2 Myślenickim Biegu Ulicznym, który odbył się wczoraj w strugach deszczu na Zarabiu w Myślenicach, pod Krakowem. Dystans 10 km. Pogoda deszczowa, w butach chlupało, ale biegło się całkiem dobrze. Życiówki nie zrobiłam, bo i nie zakładałam, że zrobię. Medal dostałam. Dodam, że taki "se" , na kolana mnie nie rzucił, ale ważne, że jest. Satysfakcją moją było, że nic mnie nie bolało po biegu, żaden mięsień, żadne ścięgno, nic. I gdybym pisała o tym wczoraj, to pewnie piałabym z zachwytu. Niestety wczoraj brakło na pisanie czasu i chęci i dzisiaj jak piszę o tym to już tak kolorowo nie jest. Boli. Boli łydka. Zaczęła boleć bez żadnego powodu dzisiaj przed południem w pracy, gdy siedziałam, nie ruszałam nogą, nie chodziłam, nie nadwyrężałam, nic. Postanowiła boleć i boli. Ot, takie grymasy kobiecej łydki. Obłożyłam lodem, pomasowałam i czekam aż przejdzie. Ponoć jutro ma być załamanie pogody. Jakimś śniegiem ma sypnąć czy coś takiego, więc mam nadzieję, że te bóle to takie starcze już są na zmianę pogody, a nie kontuzja jakaś postanowiła się odnowić, bo ja na kontuzję to czasu nie mam. W niedzielę w Krakowie jest Półmaraton Marzanny i koniecznie chcę wziąć w nim udział.
sobota, 12 marca 2016
ptasie wrzaski czyli mój nowy budzik
Wiosna idzie ... zaczęło się. Dzisiejszego ranka na własnej skórze, a raczej uszach przekonałam się o tym, że wiosna już tuż tuż. Wszystkie ptaki z okolicy postanowiły dać koncert o 6:00 rano.
Sobota, wolny dzień, człowiek chciałby się wyspać, no chociaż do 8:00, a tu nie ma szans, bo drą te swoje japy, piłują okrutnie, chyba nawet konkurs dzisiaj urządzały, który z ptaszysków wyda donośniejszy i bardziej wrzaskliwy pisk. I tak oto zostałam drastycznie obudzona przez ptasi koncert. Najciekawsze jest to, że ja nie mam koło domu żadnego drzewa liściastego, ani iglastego takiego większego, które by to miało solidne gałęzie, żeby takie ptactwo mogło sobie spokojnie spocząć i koncerty urządzać, bo przecież na tujach tworzących mi wokół domu żywopłot to chyba nie siedzą, a najbliższy zagajnik mam jakieś 300 metrów dalej. No nie wierzę, że tak drą japy, że z tego zagajnika się niesie, no nie wierzę.
I tak się zastanawiałam, czemu ja dopiero dzisiaj słyszałam te ptasie piski. Czyżby zaczęły wiosenne śpiewy właśnie dzisiaj, w sobotni, mój wolny od pracy ranek?.
Ano właśnie nie.
Pewnie wyśpiewują (jeśli to w ogóle można nazwać śpiewem) już jakiś czas, tylko w tygodniu to ja wstaję wcześniej niż one. Tak, właśnie. Wstaję i cichutko zbieram się do pracy, a nie drę japy udając śpiew i nie budzę okolicy i ptasich śpiewaków, a ja też nie potrafię śpiewać i gwarantuję, że gdybym wydała śpiewający głos z mojego gardła to cała okolica byłaby na nogach w ciągu sekundy myśląc, że coś się pali i że to syrena strażacka wyje.
Na koniec chciałam dodać, że ogólnie ptaśki są fajne, jeśli sobie fruwają, nie wchodzą (a raczej nie wlatują) mi w drogę, nie srają na głowę i nie piłują dziobami udając śpiew o świcie.
Sobota, wolny dzień, człowiek chciałby się wyspać, no chociaż do 8:00, a tu nie ma szans, bo drą te swoje japy, piłują okrutnie, chyba nawet konkurs dzisiaj urządzały, który z ptaszysków wyda donośniejszy i bardziej wrzaskliwy pisk. I tak oto zostałam drastycznie obudzona przez ptasi koncert. Najciekawsze jest to, że ja nie mam koło domu żadnego drzewa liściastego, ani iglastego takiego większego, które by to miało solidne gałęzie, żeby takie ptactwo mogło sobie spokojnie spocząć i koncerty urządzać, bo przecież na tujach tworzących mi wokół domu żywopłot to chyba nie siedzą, a najbliższy zagajnik mam jakieś 300 metrów dalej. No nie wierzę, że tak drą japy, że z tego zagajnika się niesie, no nie wierzę.
I tak się zastanawiałam, czemu ja dopiero dzisiaj słyszałam te ptasie piski. Czyżby zaczęły wiosenne śpiewy właśnie dzisiaj, w sobotni, mój wolny od pracy ranek?.
Ano właśnie nie.
Pewnie wyśpiewują (jeśli to w ogóle można nazwać śpiewem) już jakiś czas, tylko w tygodniu to ja wstaję wcześniej niż one. Tak, właśnie. Wstaję i cichutko zbieram się do pracy, a nie drę japy udając śpiew i nie budzę okolicy i ptasich śpiewaków, a ja też nie potrafię śpiewać i gwarantuję, że gdybym wydała śpiewający głos z mojego gardła to cała okolica byłaby na nogach w ciągu sekundy myśląc, że coś się pali i że to syrena strażacka wyje.
Na koniec chciałam dodać, że ogólnie ptaśki są fajne, jeśli sobie fruwają, nie wchodzą (a raczej nie wlatują) mi w drogę, nie srają na głowę i nie piłują dziobami udając śpiew o świcie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







