Chyba nadal jestem w szoku i co chwilę spoglądam na swoją statuetkę, którą dzisiaj dostałam po biegu i mrugam oczami sprawdzając czy nie zniknie, czy to nie sen. No nie mogę uwierzyć, że ją mam.
Strasznie nie chciało mi się dzisiaj biec w biegu w Sieprawiu (pod Krakowem). Niby tylko 5 km ale byłam lekko zmięta po wczorajszym i już dzisiejszym tanecznym świętowaniu Dnia Matki z koleżankami. Do tego ten okropny upał, żar lał się z nieba i ta trasa, dosyć wymagająca. Owszem, mogłabym ją przebiec z zamkniętymi oczami, bo to tereny blisko domu więc znam je jak przysłowiową własną kieszeń, ale te 5 km składało się z wielu podbiegów, ot takie to garby sieprawskie. Moje dziecię, które miało biec w biegu dla dzieci na 2 km w ostatniej chwili się wymiksowało zwalając winę na jakiś tam nieistniejący ból nogi. Stwierdziłam, nie to nie, nic na siłę, a ja pomimo tego, że tak bardzo wszystko było na "nie" to pojechałam na start i wzięłam udział w tym biegu. Muszę dodać, że mój zegarek z gps też był przeciwko mojemu bieganiu, bo zwariował. Pierwszy raz w swoim zegarkowym życiu nie zlokalizował się w miejscu gdzie powinien, czyli w Sieprawiu, a zawędrował gdzieś pod Myślenice, dlatego według niego pierwszy km przebiegłam w tempie 2.30, drugi 2.25 i dopiero kolejne 14 min, 13 min itp. Oczywiście już po pierwszym kilometrze gdy zobaczyłam te 2.30 na zegarku to wiedziałam, że się zbuntował, bo nawet Kenijczycy tak szybko nie biegają, a gdzie dopiero ja z moimi dodatkowymi kilogramami i po nieprzespanej nocy. Biegłam więc bez świadomości jakie mam tempo, bez sprawdzania, tak na luzie, momentami szybko maszerując pod górki gdy już nie miałam siły, nie mogąc się doczekać kiedy zobaczę metę. Wiedziałam, że nie mam co liczyć na żadne podium nawet w kategorii wiekowej pomimo tego, że był to lokalny, mały bieg, bo znałam większość startujących zawodniczek i wiedziałam, że są szybsze ode mnie. Dlatego jakież było moje zdziwienie gdy dowiedziałam się, że byłam pierwszą kobietą z gminy, która przekroczyła linię mety. Szok i niedowierzanie. Wywołali mnie i poszłam na to podium, zupełnie nie wiedząc czy mam na nim stanąć czy nie, i co się wokół dzieje. Jakoś tak nie mam doświadczenia w stawaniu na podium. To było lekko onieśmielające, tyle ludzi się na człowieka patrzy, biją brawo, robią zdjęcia. Z tego wszystkiego zapewne wyszłam na tych zdjęciach jak ostatnia ofiara z dziwną zszokowaną miną. Jakoś w tych kilkunastu sekundach nie przyszło mi do głowy, że należy wciągnąć brzuch (wiadomo czemu ) i ustroić twarz w najbardziej olśniewający uśmiech jaki udałoby mi się wykrzesać (nad tym uśmiechem to muszę jeszcze popracować przed lustrem, bo do tej pory nie miałam takiej potrzeby, a tak sobie myślę, że nie wiadomo co się człowiekowi kiedy może przydać). Dostałam piękną statuetkę i nagrodę pieniężną. To było niesamowite i wspaniałe doświadczenie. To nieprawdopodobne ile radości potrafi dać taka mała statuetka. Radości i kopa motywacyjnego do dalszego biegania.
W moim biegu przez życie wciąż rodzą się nowe pasje, stare się przedawniają, czasami odchodzą, czasami spychane są na pogranicze mojego czasu, czasami trwają i walczą o zainteresowanie.
sobota, 28 maja 2016
piątek, 20 maja 2016
kilka słów o krakowskich spotkaniach biegowych
Dokładnie tydzień temu zaczęły się Krakowskie Spotkanie Biegowe, które trwały do niedzieli. Tydzień temu kończyłam właśnie bieg na dystansie 10 km w takiej ulewie, że nie widziałam nic przede mną. Bieg Nocny. Byłam tak przemoczona, że aż mi było ciężko, a buty potem schły dwa dni. Gdyby nie ta ściana deszczu to byłby to świetny bieg. Piękna oprawa, światła, ognie, dymy. Śliczna trasa przez Stare Miasto. Tylko ludzi startujących było za dużo, bo około 3 tysiące osób. Było ciasno, i to tak, że czasami trzeba było iść, bo nie dało się biec. To było w piątek.
Natomiast w sobotę wzięłam udział w mini maratonie. Bieg z Błoni na Kopiec Kościuszki i z powrotem. Oczywiście sobota była kolejnym deszczowym i pochmurnym dniem, ale na szczęście na sam bieg, nie padało. Biegło mi się super pomimo lekkiego zmęczenia po piątkowym Biegu Nocnym.
I niedziela. To był dzień maratonu. Swój pakiet na ten bieg oddałam koledze, bo nie czułam się na siłach aby wziąć w nim udział. Zwyciężył rozsądek. Ale pojechałam do Krakowa kibicować ludziom z mojej grupy biegowej, którzy brali w nim udział i było mi trochę żal, że ja nie biegnę i bardzo im zazdrościłam. Jednak po tych dwóch dniach biegowych przypomniał mi o swoim istnieniu mój piszczel, który zaczął pobolewać, więc w sumie dobrze, że się nie porwałam na ten maraton, bo pewnie musiałabym długo się zbierać do kupy. Nie biegam już prawie tydzień, bo dałam piszczelkowi czas na regenerację. Za dużo przerwy od biegania mnie to ostatnio kosztowało gdy wkradło się zapalenie okostnej i teraz jestem bardziej wyczulona na wszelkie sygnały od kopytek. Chociaż przyznam, że zaczyna mnie już nosić i chętnie bym pobiegała.
Natomiast w sobotę wzięłam udział w mini maratonie. Bieg z Błoni na Kopiec Kościuszki i z powrotem. Oczywiście sobota była kolejnym deszczowym i pochmurnym dniem, ale na szczęście na sam bieg, nie padało. Biegło mi się super pomimo lekkiego zmęczenia po piątkowym Biegu Nocnym.
I niedziela. To był dzień maratonu. Swój pakiet na ten bieg oddałam koledze, bo nie czułam się na siłach aby wziąć w nim udział. Zwyciężył rozsądek. Ale pojechałam do Krakowa kibicować ludziom z mojej grupy biegowej, którzy brali w nim udział i było mi trochę żal, że ja nie biegnę i bardzo im zazdrościłam. Jednak po tych dwóch dniach biegowych przypomniał mi o swoim istnieniu mój piszczel, który zaczął pobolewać, więc w sumie dobrze, że się nie porwałam na ten maraton, bo pewnie musiałabym długo się zbierać do kupy. Nie biegam już prawie tydzień, bo dałam piszczelkowi czas na regenerację. Za dużo przerwy od biegania mnie to ostatnio kosztowało gdy wkradło się zapalenie okostnej i teraz jestem bardziej wyczulona na wszelkie sygnały od kopytek. Chociaż przyznam, że zaczyna mnie już nosić i chętnie bym pobiegała.
niedziela, 8 maja 2016
bieg, o którym nie chcę pamiętać
Bloga tego piszę przede wszystkim dla siebie i może kiedyś dla mojego dziecięcia, jeśli będzie mu się chciało czytać za jakieś sto lat wywody mamusi, bo zdaję sobie sprawę z tego, że nie są to posty najwyższych lotów, a bardziej podchodzące pod grafologię. Cóż, jestem umysł ścisły, nie można mieć wszystkiego. Piszę żeby zachować wspomnienia. Czas tak szybko płynie, ja szybko biegnę przez życie (chociaż przez życie szybko biegnę, bo w zawodach biegowych to już nie bardzo, ale o tym za chwilę) tyle się dzieje, umysł tego nie spamięta, a niektóre wspomnienia warto zatrzymać. Czasami wchodzę w starsze posty i śmieję się sama z siebie, z własnego toku myślenia w danym momencie, z głupich pomysłów, które wydawały mi się wtedy najmądrzejsze na świecie.
Po co o tym wszystkim piszę?
Ano po to, bo nie jestem pewna czy chcę pamiętać o moim udziale w XIV Biegu Skawińskim na 10km, który odbył się wczoraj. Zmiażdżył mnie i dlatego nie są to miłe wspomnienia.
Chociaż jak już cokolwiek napisałam to i tak to ze mną zostanie to może warto dokończyć. Ot taka przestroga na przyszłość.
Już dawno nie byłam tak zdołowana jak po tym biegu. Wymyśliłam sobie, że pobiegnę rekreacyjnie tempem 5:30 min/km, bo nie czułam się na siłach na żadne życiówki, ale takie 5:30 to przecież spokojnie miałam zrobić z palcem w nosie. I co? I po dwóch pierwszych kilometrach myślałam, ze ducha wyzionę. Nie utrzymałam tempa, co przedstawia poniższy wykres z międzyczasami.
Byłam wściekła na siebie, pogodę, trasę, ludzi, i tak biegnąc zastanawiałam się po co mi to wszystko. Tylko stres i męczarnia, a przecież bieganie miało być przyjemnością.
Najbardziej bolało, jak wyprzedzali mnie znajomi, którzy wiem, że są ode mnie wolniejsi, a mieli siłę mnie jeszcze dopingować, żebym przyspieszyła, a ja nie miałam siły nawet oddychać. Zmasakrował mnie ten bieg fizycznie i zdołował psychicznie. Zmęczenie fizyczne przeszło, dół psychiczny pozostał. Na dzień dzisiejszy nie mam ochoty brać udziału już w żadnych zorganizowanych biegach, a tu już w piątek czeka mnie Bieg Nocny w Krakowie na dystansie 10 km, na który zapisałam się już dawno, wtedy jeszcze pełna nadziei na lepsze wyniki.
Po co o tym wszystkim piszę?
Ano po to, bo nie jestem pewna czy chcę pamiętać o moim udziale w XIV Biegu Skawińskim na 10km, który odbył się wczoraj. Zmiażdżył mnie i dlatego nie są to miłe wspomnienia.
Chociaż jak już cokolwiek napisałam to i tak to ze mną zostanie to może warto dokończyć. Ot taka przestroga na przyszłość.
Już dawno nie byłam tak zdołowana jak po tym biegu. Wymyśliłam sobie, że pobiegnę rekreacyjnie tempem 5:30 min/km, bo nie czułam się na siłach na żadne życiówki, ale takie 5:30 to przecież spokojnie miałam zrobić z palcem w nosie. I co? I po dwóch pierwszych kilometrach myślałam, ze ducha wyzionę. Nie utrzymałam tempa, co przedstawia poniższy wykres z międzyczasami.
Byłam wściekła na siebie, pogodę, trasę, ludzi, i tak biegnąc zastanawiałam się po co mi to wszystko. Tylko stres i męczarnia, a przecież bieganie miało być przyjemnością.
Najbardziej bolało, jak wyprzedzali mnie znajomi, którzy wiem, że są ode mnie wolniejsi, a mieli siłę mnie jeszcze dopingować, żebym przyspieszyła, a ja nie miałam siły nawet oddychać. Zmasakrował mnie ten bieg fizycznie i zdołował psychicznie. Zmęczenie fizyczne przeszło, dół psychiczny pozostał. Na dzień dzisiejszy nie mam ochoty brać udziału już w żadnych zorganizowanych biegach, a tu już w piątek czeka mnie Bieg Nocny w Krakowie na dystansie 10 km, na który zapisałam się już dawno, wtedy jeszcze pełna nadziei na lepsze wyniki.
piątek, 6 maja 2016
bieganie z piorunami
Nic nie daje takiego kopa motywacyjnego w szybkości biegania jak ciskające pioruny w około i szalejąca burza nad głową. Przekonałam się o tym wczoraj.
Jak w każdy czwartek spotkałam się ze swoją grupą biegową na wspólne truchtanie. Truchtanie to powinno być chyba w cudzysłowie, bo nawet truchtaniem tego nazwać nie można, bo czasem szybciej się chodzi niż my biegamy w te czwartki. Tzn. nie wszyscy. Jest kilka grup w zależności od szybkości. Ja z kilkoma koleżankami reprezentujemy najwolniejszą grupę i nie dlatego, że nie możemy biec szybciej, ale dlatego, że po pierwsze wprowadzamy w bieganie nowe osoby, które pojawiają się na treningu, a po drugie i najważniejsze, my, typowe kobiety musimy się nagadać, a czasami jak się zagadamy, gestykulując do tego łapkami, (wiecie, mowa ciała jest równie ważna jak rzucane słowa) to i zdarza nam się zatrzymać w tym rozgadaniu.
W ten czwartek oczywiście było tak samo. Zaczęłyśmy trening w pięknym słońcu. Cudowna, wiosenna pogoda. Biegłyśmy tempem 7:00 min/km gadając jedna przez drugą. Owszem, gdzieś na zachodzie było czarno, ale kto by zwrócił na to uwagę. Dopiero jak grzmotnęło gdzieś nad nami i puścił się z nieba deszcz, stwierdziłyśmy, że dobrze nie jest. Nawet nie wiem kiedy zrobiło się czarno. Każda z nas, ile sił w nogach biegła aby jak najszybciej dotrzeć do parkingu, gdzie miałyśmy samochody. Było nas 6 kobiet i jakoś tak w tej burzy rozdzieliłyśmy się na 3 grupki po dwie sztuki. I nagle z tempa 7:00 min/km zrobiło się 5:30min/km (wiem, bo zawsze biegam z zegarkiem z gps-em).
Bardzo się boję burzy, Niczego się tak nie boję jak szalejących piorunów. Kiedyś już chyba o tym pisałam, że przy tym żywiole czuję się taka bezradna, więc pewnie stąd ten strach. Przyznaję, życie kilka razy przeleciało mi przed oczami. Już nieważna była ulewa, czy mijające nas samochody, które robiły nam prysznic z boku, tylko te błyski i grzmoty. Nawet nie wiem, kiedy z koleżanką zgubiłyśmy pozostałe. Pobiegły inną drogą. Już dawno nie byłam tak szczęśliwa jak wtedy gdy widziałam z daleka swój samochód na parkingu. Okazało się, że dotarłyśmy ostatnie, bo wszyscy już byli, nawet koleżanki które zostawiłyśmy z tyłu. Jak się potem dowiedziałyśmy to nasi koledzy, ci szybcy, jak dotarli do parkingu to wsiedli w auto, auta (nie wiem już w ile) i pojechali zgarniać resztę z trasy. Nas nie znaleźli, ale i tak udało im się pobierać koleżanki.
To jest właśnie moc grupy, nie jest się samemu i można liczyć na pomoc innych.
A ja? Długo nie mogłam dojść do siebie po tym bieganiu z przygodami i stwierdziłam, że nigdy więcej nie chcę tego przeżywać. To nie na moje nerwy i słabą psychikę.
Jak w każdy czwartek spotkałam się ze swoją grupą biegową na wspólne truchtanie. Truchtanie to powinno być chyba w cudzysłowie, bo nawet truchtaniem tego nazwać nie można, bo czasem szybciej się chodzi niż my biegamy w te czwartki. Tzn. nie wszyscy. Jest kilka grup w zależności od szybkości. Ja z kilkoma koleżankami reprezentujemy najwolniejszą grupę i nie dlatego, że nie możemy biec szybciej, ale dlatego, że po pierwsze wprowadzamy w bieganie nowe osoby, które pojawiają się na treningu, a po drugie i najważniejsze, my, typowe kobiety musimy się nagadać, a czasami jak się zagadamy, gestykulując do tego łapkami, (wiecie, mowa ciała jest równie ważna jak rzucane słowa) to i zdarza nam się zatrzymać w tym rozgadaniu.
W ten czwartek oczywiście było tak samo. Zaczęłyśmy trening w pięknym słońcu. Cudowna, wiosenna pogoda. Biegłyśmy tempem 7:00 min/km gadając jedna przez drugą. Owszem, gdzieś na zachodzie było czarno, ale kto by zwrócił na to uwagę. Dopiero jak grzmotnęło gdzieś nad nami i puścił się z nieba deszcz, stwierdziłyśmy, że dobrze nie jest. Nawet nie wiem kiedy zrobiło się czarno. Każda z nas, ile sił w nogach biegła aby jak najszybciej dotrzeć do parkingu, gdzie miałyśmy samochody. Było nas 6 kobiet i jakoś tak w tej burzy rozdzieliłyśmy się na 3 grupki po dwie sztuki. I nagle z tempa 7:00 min/km zrobiło się 5:30min/km (wiem, bo zawsze biegam z zegarkiem z gps-em).
Bardzo się boję burzy, Niczego się tak nie boję jak szalejących piorunów. Kiedyś już chyba o tym pisałam, że przy tym żywiole czuję się taka bezradna, więc pewnie stąd ten strach. Przyznaję, życie kilka razy przeleciało mi przed oczami. Już nieważna była ulewa, czy mijające nas samochody, które robiły nam prysznic z boku, tylko te błyski i grzmoty. Nawet nie wiem, kiedy z koleżanką zgubiłyśmy pozostałe. Pobiegły inną drogą. Już dawno nie byłam tak szczęśliwa jak wtedy gdy widziałam z daleka swój samochód na parkingu. Okazało się, że dotarłyśmy ostatnie, bo wszyscy już byli, nawet koleżanki które zostawiłyśmy z tyłu. Jak się potem dowiedziałyśmy to nasi koledzy, ci szybcy, jak dotarli do parkingu to wsiedli w auto, auta (nie wiem już w ile) i pojechali zgarniać resztę z trasy. Nas nie znaleźli, ale i tak udało im się pobierać koleżanki.
To jest właśnie moc grupy, nie jest się samemu i można liczyć na pomoc innych.
A ja? Długo nie mogłam dojść do siebie po tym bieganiu z przygodami i stwierdziłam, że nigdy więcej nie chcę tego przeżywać. To nie na moje nerwy i słabą psychikę.
poniedziałek, 2 maja 2016
trekking ponoć dla odważnych
Razem z ponad 150 osobami przewlokłyśmy się wczoraj z koleżanką przez 7 szczytów Beskidu Wyspowego biorąc udział w wycieczce zorganizowanej przez "Odkryj Beskid Wyspowy" o nazwie "Tour Mszana Dolna - trekking dla odważnych". Była to już siódma edycja tej wyprawy, nasza druga, bo brałyśmy już w niej udział dwa lata temu, tylko wtedy szłyśmy inną trasą i zaliczałyśmy inne szczyty (tylko Szczebel się powtórzył).
A w tym roku trasa biegła przez:
- Schronisko „Baza Lubogoszcz” – Mszana Dolna szlak czerwony
- Mszana Dolna szlak czarny
- Adamczykowa 611 m npm szlak czarny
- Potaczkowa 746 m npm – Olszówka
- Polczakówka/ Królewska Góra/ 677m npm - Rabka Zaryte szlak zielony
- Luboń Wielki 1025 m npm szlak czerwony
- Przełęcz Glisne- szlak zielony Mała Góra 700 m npm
- Szczebel 977 m npm szlak czarny - Mszana Dolna
- Schronisko „Baza Lubogoszcz” szlak czarny
A w tym roku trasa biegła przez:
- Schronisko „Baza Lubogoszcz” – Mszana Dolna szlak czerwony
- Mszana Dolna szlak czarny
- Adamczykowa 611 m npm szlak czarny
- Potaczkowa 746 m npm – Olszówka
- Polczakówka/ Królewska Góra/ 677m npm - Rabka Zaryte szlak zielony
- Luboń Wielki 1025 m npm szlak czerwony
- Przełęcz Glisne- szlak zielony Mała Góra 700 m npm
- Szczebel 977 m npm szlak czarny - Mszana Dolna
- Schronisko „Baza Lubogoszcz” szlak czarny
Start był z Bazy Lubogoszcz w okolicy Mszany Dolnej o godz. 5:00. Tam trzeba było jeszcze dojść, bo autem się nie dojedzie, czyli jakieś 1.5 km od parkingu. Wstałam więc o 3:00 po 2.5 godz snu. Dzień wcześniej miałam jeszcze urodziny koleżanki, stąd tylko te 2.5 godziny snu się wzięły. Ale dałam radę, wstałam, ogarnęłam się i jak już się rozbudziłam to nie było tak źle.
Na szczęście pogoda dopisała, było ciepło (ok 15 stopni) i słonecznie, więc całkiem przyjemnie się szło. Trochę błotnisto, więc wszyscy byli ufajdani po pas, ale nikomu to nie przeszkadzało. Machnęliśmy 38 km napawając się pięknymi widokami. Zupełne oderwanie od rzeczywistości.
Tego mi było trzeba.
Dzisiaj tylko nie mogłam wstać z łóżka, a pokonanie schodów z poddasza na parter to jest nie lada wyczyn. Czuję każdy mięsień. Boli mnie dosłownie wszystko. Ale nie marudzę. Warto było. To był świetnie spędzony dzień.
START: Baza Lubogoszcz 600m npm
Adamczykowa 611 m npm
Potaczkowa 746 m npm
Polczakówka/ Królewska Góra 677m npm
Luboń Wielki 1025 m npm
czwartek, 21 kwietnia 2016
plan planem, a rzeczywistość i tak robi co chce
Podstawą działania jest plan. W planowaniu to ja akurat jestem bardzo dobra, tylko potem gorzej z wykonaniem.
Gdy już zima poszła sobie na dobre, przytargałam do podręcznej garderoby lżejsze ciuchy (tak, u mnie ubrania migrują z dalszych do bliższych szaf w zależności od pory roku, coby mieć pod ręką co potrzebuję). Po dokładnym przeanalizowaniu, przymierzeniu, oglądnięciu tych ubrań które będę nosić na wiosnę stwierdziłam, że albo większość z nich skurczyła się przez zimę, albo to ja się trochę rozrosłam (tak wzrokowo stwierdziłam, bo trzymam się zasady, że waga - Twój wróg i omijam jak diabeł święconą wodę).
Gdy już pogodziłam się ze smutną rzeczywistością, że to we mnie tkwi problem, nie ubraniach zrobiłam taki oto właśnie plan.
Poniedziałek - rower lub basen, ewentualnie ćwiczenia zorganizowane "Zdrowy Kręgosłup" gdy niedziela będzie bardziej aktywna fizycznie,
wtorek - bieganie,
środa - tabata (tak, muszą to być ćwiczenia zorganizowane, bo za dobrze siebie znam i wiem że sama ćwiczyć nie będę, bo zawsze będzie coś ważniejszego),
czwartek - bieganie,
piątek - lekkie bieganie na boisku z moim dziecięciem, który to po małych szkolnych sukcesach w bieganiu zapisał się na kilka biegów wiosennych i trzeba z nim poćwiczyć truchtanie,
sobota - dłuższe wybieganie (tak 15-20km) lub jakieś zawody biegowe,
niedziela, że rodzinna to już rodzina decyduje czy będą to góry, rower, spacer itp.
Plan genialny, nieprawdaż?
Udało mi się go zrealizować przez pierwszy tydzień i ... poległam.
Co się stało?
Ano nic wielkiego, tylko przeziębienie mnie dopadło. Tak nagle, tak nieprzewidywalnie mnie sieknęło i już.
Zaczęło się od kichania skończyło na bólu gardła, głowy, katarze i ogólnym osłabieniu. Jakiś paskudny wirus się przyplątał w poniedziałek i tak mnie męczy. Dzisiaj mamy już czwartek i niby jest lepiej ale do stanu idealnego jeszcze daleko. Zatem poniedziałkowy plan poszedł się paść, wtorkowy również, środowy też i koniec, dzisiaj nie odpuszczę. Szczególnie, że w każdy czwartek biegam ze swoją grupą biegową, więc chociaż na trochę, chociaż te kilka kilometrów przetruchtam ... jakoś.
Gdy już zima poszła sobie na dobre, przytargałam do podręcznej garderoby lżejsze ciuchy (tak, u mnie ubrania migrują z dalszych do bliższych szaf w zależności od pory roku, coby mieć pod ręką co potrzebuję). Po dokładnym przeanalizowaniu, przymierzeniu, oglądnięciu tych ubrań które będę nosić na wiosnę stwierdziłam, że albo większość z nich skurczyła się przez zimę, albo to ja się trochę rozrosłam (tak wzrokowo stwierdziłam, bo trzymam się zasady, że waga - Twój wróg i omijam jak diabeł święconą wodę).
Gdy już pogodziłam się ze smutną rzeczywistością, że to we mnie tkwi problem, nie ubraniach zrobiłam taki oto właśnie plan.
Poniedziałek - rower lub basen, ewentualnie ćwiczenia zorganizowane "Zdrowy Kręgosłup" gdy niedziela będzie bardziej aktywna fizycznie,
wtorek - bieganie,
środa - tabata (tak, muszą to być ćwiczenia zorganizowane, bo za dobrze siebie znam i wiem że sama ćwiczyć nie będę, bo zawsze będzie coś ważniejszego),
czwartek - bieganie,
piątek - lekkie bieganie na boisku z moim dziecięciem, który to po małych szkolnych sukcesach w bieganiu zapisał się na kilka biegów wiosennych i trzeba z nim poćwiczyć truchtanie,
sobota - dłuższe wybieganie (tak 15-20km) lub jakieś zawody biegowe,
niedziela, że rodzinna to już rodzina decyduje czy będą to góry, rower, spacer itp.
Plan genialny, nieprawdaż?
Udało mi się go zrealizować przez pierwszy tydzień i ... poległam.
Co się stało?
Ano nic wielkiego, tylko przeziębienie mnie dopadło. Tak nagle, tak nieprzewidywalnie mnie sieknęło i już.
Zaczęło się od kichania skończyło na bólu gardła, głowy, katarze i ogólnym osłabieniu. Jakiś paskudny wirus się przyplątał w poniedziałek i tak mnie męczy. Dzisiaj mamy już czwartek i niby jest lepiej ale do stanu idealnego jeszcze daleko. Zatem poniedziałkowy plan poszedł się paść, wtorkowy również, środowy też i koniec, dzisiaj nie odpuszczę. Szczególnie, że w każdy czwartek biegam ze swoją grupą biegową, więc chociaż na trochę, chociaż te kilka kilometrów przetruchtam ... jakoś.
wtorek, 19 kwietnia 2016
Bieg Pamięci w Krakowie
Wiosna. Sezon zawodów biegowych w pełni. Wszędzie pełno biegów. Staram się wybierać biegi w sobotę, bo wtedy każdy z mojej rodzinki zajęty jest swoimi sprawami i mam czas dla siebie, a niedziela u mnie jest rodzinna. Owszem, czasami się zdarza jakiś niedzielny bieg, w którym koniecznie muszę wziąć udział i wtedy albo ze mną jadą i nudzą się okrutnie, bo ich to nie bawi, albo jadę sama i niedziela rodzinna robi się nierodzinna.
Bardzo się zatem ucieszyłam gdy dowiedziałam się, że Bieg Pamięci w Krakowie, będzie w sobotę. Dwa lata temu w nim biegłam i byłam zachwycona atmosferą i trasą, która prowadziła uliczkami Starego Miasta, tylko wtedy było bardzo zimno, a w tym roku pogoda była cudowna, słoneczna, prawie letnia. I wydawać by się mogło, że to idealny bieg na pobicie swoich rekordów na dystansie 5 km (bo tyle miał ten bieg) jednak biegło mi się fatalnie. Zaczęłam za szybko, głupia myśląc, że dam rady utrzymać tempo poniżej 5 minut/km. Najpierw więc dopadła mnie kolka - morderca koło 2 km, która zmusiła mnie do zwolnienia, by przy trzecim kilometrze smażące słońce tak dało mi się we znaki, że nagle zrobiło mi się słabo i czarno przed oczami i to tak, że musiałam się zatrzymać na chwilę. Wiedząc już, że nie ma szans na pobicie swojego rekordu na 5 km zwolniłam do 5:30 minut/km i jakoś doczołgałam się do mety.
Mogę spokojnie powiedzieć, że bieg ten mnie porządnie sponiewierał. Dużą rolę odegrała tu pogoda. Było za duszno, za słonecznie, za gorąco. Chociaż jak to piszę to mi się pląta po głowie powiedzenie, że złej baletnicy to i rąbek spódnicy przeszkadza. Pewnie coś w tym jest, ale jak patrzę na zdjęcia z mety to wyglądam na nich jak kupka nieszczęścia i faktycznie tak się czułam. Twierdzę jednak, że takie przeżycia biegowe są bardzo potrzebne. Bieg ten pokazał mi jaka jestem słaba i ile jeszcze muszę popracować nad kondycją. Najważniejsze, że kopytka nie bolały w trakcie biegu, ani po nim. Nic, ani dwugłowy, czworogłowy, ani łydki, ani kolana, nic a nic. A to już, jak na mnie jest mały sukces.
Bardzo się zatem ucieszyłam gdy dowiedziałam się, że Bieg Pamięci w Krakowie, będzie w sobotę. Dwa lata temu w nim biegłam i byłam zachwycona atmosferą i trasą, która prowadziła uliczkami Starego Miasta, tylko wtedy było bardzo zimno, a w tym roku pogoda była cudowna, słoneczna, prawie letnia. I wydawać by się mogło, że to idealny bieg na pobicie swoich rekordów na dystansie 5 km (bo tyle miał ten bieg) jednak biegło mi się fatalnie. Zaczęłam za szybko, głupia myśląc, że dam rady utrzymać tempo poniżej 5 minut/km. Najpierw więc dopadła mnie kolka - morderca koło 2 km, która zmusiła mnie do zwolnienia, by przy trzecim kilometrze smażące słońce tak dało mi się we znaki, że nagle zrobiło mi się słabo i czarno przed oczami i to tak, że musiałam się zatrzymać na chwilę. Wiedząc już, że nie ma szans na pobicie swojego rekordu na 5 km zwolniłam do 5:30 minut/km i jakoś doczołgałam się do mety.
Mogę spokojnie powiedzieć, że bieg ten mnie porządnie sponiewierał. Dużą rolę odegrała tu pogoda. Było za duszno, za słonecznie, za gorąco. Chociaż jak to piszę to mi się pląta po głowie powiedzenie, że złej baletnicy to i rąbek spódnicy przeszkadza. Pewnie coś w tym jest, ale jak patrzę na zdjęcia z mety to wyglądam na nich jak kupka nieszczęścia i faktycznie tak się czułam. Twierdzę jednak, że takie przeżycia biegowe są bardzo potrzebne. Bieg ten pokazał mi jaka jestem słaba i ile jeszcze muszę popracować nad kondycją. Najważniejsze, że kopytka nie bolały w trakcie biegu, ani po nim. Nic, ani dwugłowy, czworogłowy, ani łydki, ani kolana, nic a nic. A to już, jak na mnie jest mały sukces.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










