niedziela, 16 sierpnia 2015

tłumy ludzi, osy, upał i lodowata woda, czyli odpoczynek nad Bałtykiem

Kilka dni temu, może tygodni przez internet przewaliły się zdjęcia zatłoczonych plaży nad naszym polskim morzem. Parawan na parawanie, parasol na parasolu, ludź prawie, że na ludziu.  Gdy zobaczyłam te fotki to ogarnęło mnie przerażenie, bo sama wybierałam się nad te nasze lodowate wody.
Przyjechaliśmy do Stegny. Wieś to niewielka, położona na Żuławach Wiślanych. Ma ze dwa rondka, kościółek, parę ulic i sklepik na sklepiku. Ładna miejscowość chociaż bardzo zatłoczona. Miedzy morzem, a częścią zabudowaną rozciąga się Park Krajobrazowy " Mierzeja Wiślana". Świetne miejsce do biegania, bo tereny leśne pocięte są szachownicą ścieżek idealnych do spacerowania, biegania lub rowerowania.
Miałam to szczęście, że pojechaliśmy kilka dni po reszcie naszej grupy, która już zdążyła się tam zaklimatyzować i opatrzeć co i jak.
Na moje pytanie jak wygląda plaża w Stegnie, kolega od razu powiedział - Nie idźcie tam. Tam człowiek nie ma gdzie stopy postawić, stąpa się leżącym ludziom po włosach, dzieciakom to chyba trzeba gps-y zamontować i śledzić na ekranie, bo wystarczy się obrócić i już się nikogo nie widzi.
Słuchałam tego jak opowieści z horroru. Ponoć w ciągu kilku minut pogubili się wszyscy z mojej grupy, i duzi, i mali. Szukali się z komórkami przy uszach i zgodnie stwierdzili, że więcej tam nie wrócą.
No tak, w końcu taki upał i cudowne słoneczko nie zdarza się za często nad Bałtykiem, więc kto mógł to zwinął manatki i przytarabanił się nad morze.
Na szczęście moja grupa znalazła piękną dziką plażę, kawałek dalej, bo w Kątach Rybackich. Szeroka plaża, mało ludzi, spokój, cisza, krasnale (a było ich z nami całkiem sporo) mogły się pluskać do woli, bo widziało się ich cały czas i nie było obawy, że zaginą gdzieś w morzu ludzi.
Oczywiście nie dawało mi to spokoju, że jak to, kilka kilometrów dalej są pustki na plaży, a tu w Stegnie plaża taka oblegana.
Musiałam to zobaczyć. I zobaczyłam. I wiem dlaczego tak jest.
Główna plaża w Stegnie to oprócz piasku i wody, błękitnego nieba i słońca (co wydawało mi się wystarczające)  zawiera jeszcze restaurację, bary, dmuchańce i zjeżdżalnie dla dzieci, centrum przejażdżek na bananie, motorówce i innych sprzętach. Do tego jest  wydzielona powierzchnia do kąpania z dumnym ratownikiem na brzegu.
I o to tu chodzi. Ludzie nie chcą odpocząć na plaży, poopalać się, pokąpać w mroźnym morzu (a według mnie takie właśnie było pomimo upałów, chociaż mi mówiono, że przesadzam),  pospacerować. Oni łakną atrakcji. Takich sztucznych, stworzonych przez ludzi atrakcji, które równie dobrze można zorganizować na dużym placu, niekoniecznie nad samym morzem.
Ja chyba jestem jakaś dziwna, bo mi wystarczało towarzystwo mojej grupy, piasek, woda. Miałam miejsce by zbudować zamek z piasku, by pobiegać na granicy wody wzdłuż plaży, pograć w piłkę czy poleżeć na dowolnie wybranym boku nie obawiając się, że jak mi się zaśnie to zostanę zdeptana lub zasypana piaskiem przez tłumy przemieszczających się po plaży ludzi. Był spokój i cisza.
I gdyby nie te miliony os latających gdzie popadnie i polujących na ludzi to byłoby super. Nie wiem skąd ich tyle, ale wystarczyło wyjąć z opakowania coś słodkiego to od razu zlatywały się ze wszystkich stron.
Dlatego jedząc lody lub ciastka na zewnątrz musiałam to robić w ruchu, nie zatrzymując się ani na chwilę, żeby mnie nie dopadły latające paskudy (tak, łaziłam w kółko, skakałam, machałam wolną  łapką, ot taki dziwak z lodem ciastkiem w łapce). Gdyby tylko latały koło nosa i brzęczały to można by było zdzierżyć ich towarzystwo, ale one jeszcze przy okazji wbijały swoje żądła w właścicieli słodkości. Mój mąż i jeden z naszych skrzatów, taki mały,  zostali przez nie naznaczeni. Nie chciałam podzielić ich losu, bo kiedyś byłam uczulona na żądła os i puchłam jak ciasto drożdżowe. Nie wiem jak jest teraz, bo z dobre 10 lat mnie nic nie użądliło i niech tak zostanie. Może mi już przeszło i nie pęcznieję od ukłucia, ale nie chciałam tego sprawdzać.
A tak sobie myślę, że sprawiedliwość jakaś jest, bo nad jeziorami mają komary, my na południu Polski mamy kleszcze, a nad morzem mają do towarzystwa nachalne osy.

plaża w Kątach Rybackich

Kąty Rybackie

plaża w Kątach Rybackich

 ścieżka w Parku Narodowym Mierzeja Wiślana - Stegna

Stegna

Latarnia w Krynicy Morskiej


Zamek Krzyżacki w Malborku

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

poranna kontrola

Poniedziałek, wcześnie rano, kiedy to koguty nawet jeszcze nie pieją, jadę do pracy. Nagle zastój mnie spotyka na mojej lokalnej drodze zaledwie kilka kilometrów od domu.
Policja i sprawdzanie trzeźwości. No i ok,
Podchodzi Pan Policjant do mojego auta, podstawia pod okno (zdążyłam już odsunąć szybę) dziwną plastikową pałkę.
-Proszę dmuchnąć - mówi
Dmuchnęłam więc. Zapaliło się pomarańczowe światełko. Błąd.
- Jeszcze raz proszę - mówi
Dmuchnęłam więc drugi raz i znowu pomarańczowe światełko.
- Mocniej proszę - zaczyna się niecierpliwić policjant.
Nabrałam więc powietrza w płuca i z siłą wodospadu fruuuu, dmuchnęłam tak mocno, że pewnie Panu Policjantowi zawiało po oczach.
Pomarańczowe światełko i błąd. No nie wierzę.
- Jeszcze raz proszę tylko dłużej - mówi już nieco zirytowany Pan Policjant.
O kochany, pomyślałam, mocno i długo to ja chyba nie dam rady, bo moje płuca też mają określoną pojemność, ale spróbowałam.
Dmuchnęłam więc ile tchu (miało być mocno) i długo jak mogłam i już mi oczy wyłaziły od wysiłku ale prę do przodu, żeby mieć z głowy już tą kontrolę, bo po pierwsze do pracy ja muszę, a po drugie to za mną już ustawiło się kilka aut czekających na swoją kolejkę.
Błąd!!!
I tekst Pana Policjanta
- Jeszcze raz dłużej, tylko czy musi Pani tak mocno dmuchać?
I w tym momencie łapki mi opadły...........
...........................................................
PS
W końcu po kilku próbach zobaczyłam zielone światełko


niedziela, 2 sierpnia 2015

Bieg Szlak Trafi

Nigdy więcej, oj nigdy więcej
Jakiś czas temu zapisałam się na bieg w Parchatce nieopodal Kazimierza Dolnego o nazwie "Szlak trafi".
Przyznam, że właśnie przez ową nazwę zwróciłam uwagę na ten bieg, do tego tylko 7 km do przebycia w pięknej okolicy, bo w Kazimierzowskim Parku Narodowym. Bieg - jak go reklamowali organizatorzy odbywał się po wąwozach lessowych.
Stwierdziłam, że jest to coś dla mnie, bo gdy dostałam od życia po łapach (a raczej po nogach- kontuzja) to od tej pory staram się biegać rozsądnie i nie rzucam się jak pies na kości na biegi, które wykraczają ponad moje możliwości. Biegam rekreacyjnie, dla przyjemności.
Zatem bieg ten był jakby dla mnie zorganizowany, bo słowo "wąwóz" kojarzył mi się z czymś na dole, więc dużych przewyższeń się nie spodziewałam (teraz wiem, jak bardzo nieprofesjonalnie się zachowałam nie sprawdzając profilu trasy, a może to lepiej bo pewnie bym odpuściła i nie miała takich wspomnień) a poza tym przy okazji planowałam również spędzić weekend w Kazimierzu Dolnym , w którym ostatnio byłam bardzo dawno temu.
Rano musieliśmy bardzo wcześnie wyjechać (tak, dzięcię moje i mąż kanapowiec postanowili mi potowarzyszyć), bo pomimo że do Parchatki było tylko ok. 300 km to przez fatalne połączenie drogowe (albo drogi w rozbudowie, albo lokalne) nawigacja podawała 4.5h jazdy. Oczywiście stwierdziłam, że pewnie podaje z dużym zapasem i wyjechaliśmy trochę później i przez to moje niedowierzanie ledwo zdążyłam na bieg.
O 9:50 zjawiliśmy się w okolicach parkingu w Parchatce, bo na sam parking to nam się już nie udało wjechać, tyle było aut, a bieg zaczynał się o 10:10.
Wyprułam więc z auta zostawiając rodzinkę i biegłam z dobre 500 metrów do biura zawodów modląc się w duchu aby jeszcze było czynne. Było. Odebrałam szybko pakiet, zaagrafkowałam numer startowy do koszulki, chipa na kopytko i pobiegłam do kolejnego namiotu, gdzie mieścił się depozyt, z moimi gadżetami (rodzinki nadal nie było, pewnie szukali gdzieś miejsca dla auta). Potem szybciutko na start, a tam zdążyłam jeszcze zamienić parę zdań z lokalnymi biegaczami gdzie dowiedziałam się, że są dwa porządne podbiegi.
Pffiii, pomyślałam, ludność nizinna to pewnie inaczej rozumie stwierdzenie "dwa porządne podbiegi" niż ja mająca prawie "za płotem" Beskid Makowski, bo jak okiem sięgnąć żadnych górek w okolicy startu/mety nie widziałam, tylko lasy i lasy.
Oj jak bardzo się myliłam.

Start. Pierwsze 500 metrów drogą wozową (czyli dwie koleiny i środkiem trawa). Trzeba było bardzo uważać gdzie stawiało się stopy, bo można było skręcić nogę.
Ale to jeszcze nic, wbiegliśmy w las i się zaczęło stromo w górę, bardzo, bardzo stromo. Pierwszy podbieg mnie wykończył, szczególnie, że nie licząc gnania co tchu do biura zawodów nie zdążyłam zrobić żadnej rozgrzewki po 4.5 godziny siedzenia w aucie. Łydki paliły mnie żywym ogniem pomimo owleczenia je w opaski kompresyjne.
Potem gdy już wyskrobałam się na górę to było już tylko gorzej, bo albo biegło się drogą wozową, albo w trawach po kolana, albo po wielkich wertepach ostro w dół (miałam wtedy wrażenie, że ten zbieg jest jak zjeżdżalnia grawitacyjna, ostro w dół wąskim wąwozem i zakręt za zakrętem). Gdy w końcu znalazłam się na dole to wylądowałam w wąwozie pełnym błota. Nie były to jedna czy dwie błotne kałuże ale cała droga była jednym wielkim bajorem błotnym, do tego dodam, że była to droga z wertepami, uskokami, dołami. Nie dało się biec bo nogi się rozjeżdżały w tym błotku w różne strony, ba, nawet z pokonaniem tego błotnego odcinka marszem miałam spory problem.
Gdy już wydostałam się z błota (uwalona, jak świnia, po kolana) to czekał na mnie długi podbieg. Jeszcze dłuższy i bardziej stromy od pierwszego. No tak, jak się zbiegało i zbiegało do błotnej depresji to trzeba było potem wyleź nad poziom morza.
Na szczęście na końcu podbiegu czekał na mnie punkt z wodą. Napoiłam się, pogadałam chwilę z wolontariuszkami narzekając na te ich góry i pobiegłam dalej zanurzając się tym razem w wysokich trawach, bo trasa prowadziła przez łąkę. Niestety to nie była młoda trawka tylko takie nieścinane od jesieni ostre, stare, kujące badyle.
Potem jeszcze jeden bardzo ostry zbieg i meta.

Już dawno nie byłam taka szczęśliwa jak w tym momencie kiedy zobaczyłam metę. Nawet na końcu przyspieszyłam wydobywając resztki energii aby mieć ten bieg już za sobą. Na mecie dostałam dwa medale.
Jeden oficjalny biegowy, natomiast drugim był kazimierzowski kogucik z piernika na tasiemce.
Kogucika już niestety nie ma, bo włożyłam go w samochodzie do bocznej kieszeni w drzwiach i coś (wciśnięte tam razem z nim) uszkodziło mu dziobek, a wiadomo, że kogucik bez dziobka to już nie jest to samo, więc zeżarłam piernikowy medal.
Podsumowując mogę powiedzieć, że żaden bieg mnie tak nie sponiewierał jak bieg "Szlak trafi" ale za to trasa wiodła przez prześliczne tereny. Momentami wąwozy te podobne były do znanego wszystkim Wąwozu Królowej Jadwigi w Sandomierzu, więc pięknie. Kiedyś się tam jeszcze wybiorę, ale nie na bieg, a na pieszą, całodniową wycieczkę, bo warto tam wrócić.
Po biegu i krótkim odpoczynku nastąpił czas na relaks i zwiedzanie Kazimierza Dolnego i okolicy.

ruiny zamku Kazimierza Wielkiego w Kazimierzu Dolnym

 widok z Baszty na Wisłę i część Kazimierza Dolnego

 widok z Baszty na Kazimierz Dolny

 widok z Góry Trzech Krzyży na Kazimierz Dolny

Góra Trzech Krzyży

Rynek w Kazimierzu Dolnym

 Nałęczów - Stare Łazienki

Nałęczów - Park Zdrojowy 

 Nałęczów

Nałęczów - Stare Łazienki w Parku Zdrojowym



wtorek, 28 lipca 2015

świat oszalał

Będąc na spacerze z dzieciem moim i jamniczką zobaczyłam idące dwie dziewczynki z wieku 9-11 lat, ciągnące na sznurkach za sobą książki po asfalcie. Tak, dobrze czytacie, ciągnęły te książki za sobą jak ja moją jamniczkę, która musiała obwąchać wszystkie znaki drogowe, słupy i inne wystające elementy przy chodniku.
O co chodzi? pomyślałam, a na głos powiedziałam do mego dziecka, - Patrz jak one niszczą te biedne książki.
I się dowiedziałam ja stara, niereformowalna matka o co chodzi.
Dziecię me spojrzało i obojętnym tonem stwierdziło, że dziewczyny, wszystkie bez wyjątku w szkole podstawowej oszalały na punkcie książki pt.: "Zniszcz ten dziennik" i te dwie to taką właśnie książkę ciągną za sobą na sznurku. Ponoć to taka książka co ma na swoich kartach różne zadania do wykonania jak np. wydzieranie kartek czy właśnie ciągnięcie jej za sobą po ulicy.
Nie wierzyłam własnym uszom, więc jak tylko wróciliśmy do domu to od razu zabrałam się za przeszukiwanie internetu.
I znalazłam:
Książka pt. "Zniszcz ten dziennik" autor Smith Keri.
Co o niej piszą na stronie Empiku?
Cytuję:
"To książka inna niż wszystkie, które dotąd widzieliście. To dziennik, który pozwala przekształcić destrukcję w kreację, uruchomić wyobraźnię i wyrazić swoje emocje!

Wykorzystując pomysłowo, lecz osobliwie zilustrowane szablony, uznana artystka Keri Smith zachęca do dokonywania aktów destrukcji i eksperymentów w dzienniku, aby rozbudzić prawdziwy proces tworzenia.
Ideą dziennika jest jego kreatywne „zniszczenie”, „pobrudzenie”, „postarzenie” poprzez dowolną, bardzo osobistą, czasem abstrakcyjną, ale zawsze twórczą interpretację zadań zaproponowanych na jego stronach. Polecenia te mogą wydawać się niekonwencjonalne: dziurawienie stron, malowanie dłońmi, zalewanie kawą, zgniatanie kartek czy zabranie dziennika pod prysznic - nie należy jednak rozumieć ich zbyt dosłownie, ale jedynie jako podpowiedzi mające na celu wykorzystanie własnej wyobraźni i utrwalenia swoich stanów ducha, wrażeń i obserwacji z otaczającego świata. Każdy dziennik jest niepowtarzalnym dziełem jego twórcy oddając jego osobowość i postrzeganie rzeczywistości."


Yyyyyyyy
To ja jestem stara, to ja się nie znam, nie podążam za duchem czasu bo w ciągnięciu na sznurku książki po ulicy to ja nic kreatywnego nie widzę. Jestem zacofana i niereformowalna. Nie potrafię otworzyć się na nowości, nie rozumiem dzisiejszego świata.
Tylko czy na pewno we mnie jest problem?
Czy przez zniszczenie można coś zbudować?
Wątpię. Chyba nie tędy droga, ale co ja się znam.
Tak mi się tylko przypomna zagadka z dzieciństwa o niszczeniu, która brzmi:
- Co po rozbiciu jest całe?
Odpowiedź: Namiot
I to jest jedyna rzecz, która przychodzi mi do głowy.
Resztę zostawię bez komentarza.

niedziela, 26 lipca 2015

rowerowa Dolina Prądnika

W planach na dzisiaj były szczyty Tatr Wysokich. Niestety nocne załamanie pogody z szalejącą potworną burzą (miałam wrażenie, że błyskało i grzmiało całą noc) zniweczyło moje plany.
Już wczesnym rankiem wiedziałam, że z tatrowania nici. Niby burze poszły sobie na wschód i bardzo się ochłodziło (więc wiedziałam, że nie wrócą), ale ziemia parowała i nad Tatrami wisiała wielka czapa z mgieł, co potwierdziły mi kamery internetowe.
kamera na Tatry
Ja z tych ludzi jestem, co nie chodzą po górach by przeleź i chwalić się na prawo i lewo, że zdobyłam szczyty, a dla widoków, dlatego by nie błądzić we mgle to wysokogórskie wędrówki zamieniłam na nizinne rowerowanie.
Ostatnio często mi się zdarza spędzać dzień na rowerze. Pakujemy z rodzinką rowery na auto i jedziemy gdzieś pojeździć, to do Puszczy Niepołomickiej, to do Tyńca, czy szlakiem ze Szczawnicy na Słowację do Czerwonego Klasztoru.
Dzisiaj wybrałam rowerowanie bliżej domu, ale za to w pięknym otoczeniu wapiennych skał czyli Dolinę Prądnika w Ojcowskim Parku Narodowym.
Postanowiliśmy z rodzinką przejechać całą dolinkę. Nie jak zwykle od Groty Łokietka, czy od ruin zamku w Ojcowie, a z tej drugiej, czyli południowej strony. Zostawiliśmy auto w Białym Kościele i stamtąd na rowerach dostaliśmy się do Prądnika Korzkiewskiego, skąd czerwonym szlakiem Doliną Prądnika pojechaliśmy do Ojcowa, mijając po drodze Bramę Krakowską, ruiny zamku w Ojcowie czy Kaplicę na Wodzie. Całość to 21 km po płaskim terenie, więc jest to idealna wycieczka rowerowa dla ludzi z dziećmi (tymi troszkę większymi, nie maluchami).
Jazdę na rowerze lubię tak sobie, bo strasznie męczą mi się uda i łydki. Może gdybym miała jakiś mega wypasiony profesjonalny rower to uwielbiałabym rowerowanie, a mając zwyczajny rower typu "no name", (który ma dwa jakieś tam koła, jakieś tam przerzutki i jakieś tam hamulce i tylko siodełko zostało wymienione na lepsze, gdy po jednej z pierwszych wypraw na tym rowerze 2 dni usiąść na tyłku nie mogłam i powiedziałam, że nigdy więcej nie wsiądę na ten piekielny pojazd)  to średnio lubię jazdę na rowerze, ale czego się nie robi aby spędzić czas z rodzinką i odciągnąć dziecię od komputera.
Dlatego wieczorem po kilku godzinach na rowerowym siodle musiałam trochę pobiegać, bo po tym rowerowaniu miałam wrażenie że wszystkie mięśnie mi się zastały. Rozruszałam się, machnęłam 8 km, dołożyłam porządne rozciąganie i rolowanie (przede wszystkim na ten pobolewający mięsień czworogłowy) i już jest ok.

Kilka fotek z Doliny Prądnika w Ojcowskim Parku Narodowym



ruiny zamku w Ojcowie

kaplica na wodzie





niedziela, 12 lipca 2015

jak nie urok to ...

Ktoś kiedyś powiedział, że największym paradoksem współczesnych czasów jest to, że mając całą wiedzę świata przy sobie w postaci internetu w komórce oglądamy głupawe obrazki o śmiesznych kotach.
To ja teraz się z tym nie zgadzam. Internet to jest jeden wielki śmietnik, a ja przed chwilą czułam się jak jakiś kloszard przeszukujący śmietniki Neapolu w poszukiwaniu czegoś nadającego się do jedzenia.
Tak zepsułam się. ZNOWU!!! Nie, nie moja słynna już strzałka, ona hula bez zarzutu. Tym razem problem leży w drugiej nodze.
Przeszłam zatem przez fora internetowe (naprawdę na świecie jest tyle idiotów? ) przez przeróżne poradniki  i artykuły o kontuzjach biegaczy i albo słowa nie było o moim nowym bólu, albo napisali i tu cytuję:
"Ból z przodu uda - U biegaczy praktycznie się nie zdarza. Czworogłowy jest mocnym mięśniem."
No halo, albo nie jestem biegaczką, albo to pomiędzy kolanami a tyłkiem to nie uda, bo to mnie właśnie boli i to z przodu i delikatnie z zewnątrz.
Zaczęło się po biegu w Pogoni za Żubrem, czyli 2 tygodnie temu. Najpierw myślałam, że to zakwasy, bo ból był bardzo podobny, ale minęło kilka dni i ból nie zniknął. Tzn. zniknął jak siedziałam, ewentualnie trochę chodziłam, ale jak pobiegałam to wracał. W trakcie biegu czułam to miejsce: pulsowało, delikatnie kuło, a po biegu kiedy już mięśnie ostygły i próbowałam się ruszyć to bolało jakby ktoś mi wbił pół metrową igłę w to udo. Ból promieniował przez tyłek, kręgosłup i kończył się z tyłu czaszki.
Najgorzej jest rano po wieczornym biegu dzień wcześniej. To dopiero pobudka, gdy zwlekam się na pół przytomna z łóżka na dźwięk budzika, staję na tej nodze, a tu kłucie. Od razu jestem przytomna i to bez kawy.
Dzisiaj połaziłam trochę po Beskidzie Wyspowym, niby góry, a nie góry, bo do tatrzańskich szczytów im daleko, ale też piękne. Mój gps pokazał 14km i 600m przewyższenia. Spokojnym tempem bo z dzieciem moim, mężem kanapowcem, dziadkami i jamniczką (chociaż ta ostatnia wymiękła na końcówce i trzeba było zapakować bestię do plecaka i nieść, bo miała dosyć). Za bardzo się zatem nie forsowałam, a teraz kilka godzin po powrocie mięsień czworogłowy boli (chociaż w trakcie wędrówki tylko delikatnie czasami ukuł, tak delikatnie, że gdybym nie była przewrażliwiona to pewnie nawet bym nie zauważyła). I nawet mi się myśleć nie chce co dalej, bo jednak wychodzi na to, że samo nie przejdzie. Ciągle coś, jak nie urok to sraczka. Nie, ładniej brzmi, że jak nie urok to przemarsz wojsk, a znaczy to samo.
Nieważne.
Pytanie brzmi, kiedy ja się będę mogła w końcu cieszyć bieganiem?

Poniżej kilka fotek z Beskidu Wyspowego, trasa z Laskowej na górę Kamionna







środa, 8 lipca 2015

Cellulit a bieganie

Pół roku nie biegałam. Przez prawie 2 miesiące poruszałam się o kulach więc prawie się nie ruszałam. Do tego mam siedzącą pracę. Przytyłam przez ten okres 8 kg. Ale to jeszcze nic. Pewnego dnia przechodząc przez przedpokój (gdzie na całej ścianie mam szafę przesuwną zabudowaną lustrami) w krótkich szortach mój wzrok padł na moje uda w lustrze ... i zamarłam. Na całych udach z tyłu i wewnątrz pojawił się cellulit. Przeżyłam taki szok, że przez dobrą chwilę nie mogłam dojść do siebie. Nie wierzyłam w to na co patrzyłam.
Od ponad miesiąca biegam, schudłam 3 kg, jeszcze 5 kg zostało do wagi z jesieni. Ciężko mi idzie bo uwielbiam wszelkie słodkości. Ciastki i czekolada do mnie nie mówią, one mnie wołają, głośno!!!
 A teraz gdy na zewnątrz upały to doszły do tego lody, koniecznie w polewie czekoladowej. Dobrze, że "Oskary" firmy Koral coraz rzadziej spotykam w sklepach, ale ostatnio odkryłam lody Milka. Genialne, mówię Wam. Są tak wspaniałe, że nie jestem w stanie się im oprzeć. Śmietankowe w polewie czekoladowej. Niby nic takiego, ale wewnątrz śmietanki mają jeszcze wartwy czekolady ukryte. Wspaniałe.
Ale nie o tym chciałam.
Biegam ponad miesiąc, a cellulit na moich udach prawie zniknął. Piszę, że prawie, bo jak nacisnę skórę to jeszcze troszkę, minimalnie skóra się chmurkuje, ale w porównaniu z tym co widziałam jakiś czas temu w lustrze to mogę powiedzieć, że moje uda znowu wyglądają normalnie.
Czemu o tym piszę?
Bo bieganie pomaga zlikwidować cellulit. Kobiety!!!! Nie wierzycie? Jestem żywym przykładem.