Ostatni weekend spędziłam w Koszycach na Słowacji. Miasto to znane jest z tego (w świecie biegaczy), że odbywa się tam najstarszy maraton w Europie. W tym roku, dokładnie 2 października bieg na tym królewskim dystansie odbył się już po raz 93.
To był mój trzeci wyjazd z grupą biegową na zagraniczny bieg i pierwszy biegowo udany.
Pierwszy to Drezno (Niemcy) gdzie pojechałam w 2014 r na półmaraton, a wróciłam ze złamaniem zmęczeniowym.
Drugi to był Budapeszt (Węgry) w tamtym roku. To było wtedy kiedy miałam przebiec maraton, a przez chorobę (paskudne przeziębienie) dotarłam tylko do 31 km.
I trzeci Koszyce (Słowacja) w ostatni weekend. Miałam przebiec półmaraton i przebiegłam półmaraton. Miałam dotrzeć do mety z bananem na buzi (czyli uśmiechem, tak dla niezorientowanych ;) ) i dotarłam.
Ludzie biegnący maraton i półmaraton startowali razem. Tylko półmaratończycy mieli do przebiegnięcia jedno okrążenie, a maratończycy dwa. Pogoda była piękna, słoneczna i niestety jak na bieganie było za ciepło. Ale jak się nad tym zastanowić, to chyba lepsze niż deszcz. Bałam się bardzo tych 21 km, bo przez te wszystkie kontuzje, które mnie nawiedzały w tym roku taki dystans przebiegłam ostatnio na wiosnę, nie wspominając już o tym, że ostatnio to mało co biegałam.
Dlatego założyłam sobie, że nigdzie się spieszyć nie będę. Miał to być bieg rekreacyjny z nastawieniem na biegowe zwiedzanie miasta. I taki był. Biegłam tempem 6:00 min/km i czułam się super. Takim tempem biegłam tylko dzięki koledze, który też postanowił potraktować ten półmaraton swobodnie i biegł razem ze mną hamując mnie na pierwszych kilometrach kiedy to nogi miały jeszcze siłę nieść, a wiadomo że trzeba było biec spokojnie, żeby się potem nie spalić. Gdybym biegła sama to na pewno nie utrzymałabym takiego tempa tylko wyrwała do przodu ile sił, a po 15 km pewnie bym padła.
Trasa biegu bardzo przyjemna, bez żadnych większych wzniesień, równo. Organizacja też ok tylko jedna rzecz mi się bardzo nie podobała. Na trasie nie było toi toi. A przy starcie zaledwie kilka. Jak na taki wielki bieg i taki ogrom ludzi to brak toalet był wręcz niedopuszczalny. Mężczyźni radzili sobie podlewając okoliczne drzewa, a kobiety, no cóż, jakoś to musiały przeżyć. Cieszyłam się, że biegnę półmaraton, bo na takim dystansie bez toalety jakoś się udało, ale maratonu to już pewnie bym nie przebiegła bez skorzystania z jakiegoś przybytku.
Medale piękne, ale niestety takie same dostali Ci którzy ukończyli półmaraton jak i maraton, a szkoda, bo mam medal maratoński pomimo tego, że przebiegłam połówkę. Trudno.
Wiosenne założenie, gdy zapisywałam się na bieg w Koszycach było takie, że przebiegnę maraton, jednak rozsądek nakazał przepisać się na półmaraton.
Czy żałuję, że nie przebiegłam maratonu? Raczej nie i nie mam też zamiaru wracać do Koszyc aby go przebiec, tak jak sobie obiecałam, że wrócę do Budapesztu. Jakoś mnie tam nie ciągnie, zadowolę się półmaratonem w Koszycach.
W moim biegu przez życie wciąż rodzą się nowe pasje, stare się przedawniają, czasami odchodzą, czasami spychane są na pogranicze mojego czasu, czasami trwają i walczą o zainteresowanie.
czwartek, 6 października 2016
sobota, 24 września 2016
nieludzkie zmęczenie czyli co mnie pociąga w crossficie
Po weekendzie biegowym w Krynicy kiedy to szacowałam straty we własnych nogach analizując moje bolączki, te stare i nowe, w pewnym momencie stwierdziłam DOSYĆ
Nie samym bieganiem człowiek żyje, a jeśli tak to duży błąd. Trzeba ćwiczyć, wprawić w ruch całe ciało. Miałam już kilka, kilkanaście podejść do ćwiczenia w domu i jedno mogę stwierdzić, jak nie mam bata nad sobą to ćwiczyć nie będę. I nie dlatego, że nie chcę, ale za dużo jest rzeczy do zrobienia, załatwienia i jakoś tak ciągle czasu brakuje, a jak jest czas to i tak jest o wiele więcej ciekawszych rzeczy niż ćwiczenie.
I wtedy wpadła mi w oczy reklama w necie o dniach otwartych w klubie CrossFitowym. Zapisałam się i poszłam. Po pierwszych zajęciach byłam tak zmęczona, że miałam problemy z dotarciem do auta. Nie wspomnę już o tym, że trzy dni bolało mnie całe ciało. Miałam mega zakwasy. W czwartym dniu (gdy już mięśnie się zregenerowały) stwierdziłam, że chcę jeszcze, że to jest coś dla mnie i zapisałam się na kolejne zajęcia.
Tak oto zaczęła się moja przygoda z CrossFitem.
A co to jest ten CrossFit?
Wikipedia mówi, że jest to program treningu siłowego i kondycyjnego, który opiera się na wzroście dziesięciu najważniejszych zdolności siłowych uznanych przez specjalistów. Wykonanie ćwiczeń crossfit następuje w sposób intensywny, bez czasu na przerwę. W crossfit ćwiczy się jednocześnie podnoszenie ciężarów, sprawność atletyczną, odporność. Wyrabia odporność krążeniową oraz oddechową, siłę i wytrzymałość mięśni, rozciągliwość, szybkość, sprawność, psychomotorykę, równowagę i precyzję.
Efektem jest poprawa kondycji, siły, wydolności i szybkości czyli wszystkiego tego czego mi brakuje, a co potrzebuję przy bieganiu. Może dzięki tym ćwiczeniom zniweluję występowanie kontuzji w trakcie biegania. Na to liczę i w to wierzę.
Póki co jestem tymi ćwiczeniami zachwycona i to nic, że dzisiaj po ostatnich zajęciach bolą mnie ręce, bo trening w dużej mierze oparty był na podciąganiu na drążku i ćwiczeniach ze sztangą. Pobolą i przestaną.
Nie samym bieganiem człowiek żyje, a jeśli tak to duży błąd. Trzeba ćwiczyć, wprawić w ruch całe ciało. Miałam już kilka, kilkanaście podejść do ćwiczenia w domu i jedno mogę stwierdzić, jak nie mam bata nad sobą to ćwiczyć nie będę. I nie dlatego, że nie chcę, ale za dużo jest rzeczy do zrobienia, załatwienia i jakoś tak ciągle czasu brakuje, a jak jest czas to i tak jest o wiele więcej ciekawszych rzeczy niż ćwiczenie.
I wtedy wpadła mi w oczy reklama w necie o dniach otwartych w klubie CrossFitowym. Zapisałam się i poszłam. Po pierwszych zajęciach byłam tak zmęczona, że miałam problemy z dotarciem do auta. Nie wspomnę już o tym, że trzy dni bolało mnie całe ciało. Miałam mega zakwasy. W czwartym dniu (gdy już mięśnie się zregenerowały) stwierdziłam, że chcę jeszcze, że to jest coś dla mnie i zapisałam się na kolejne zajęcia.
Tak oto zaczęła się moja przygoda z CrossFitem.
A co to jest ten CrossFit?
Wikipedia mówi, że jest to program treningu siłowego i kondycyjnego, który opiera się na wzroście dziesięciu najważniejszych zdolności siłowych uznanych przez specjalistów. Wykonanie ćwiczeń crossfit następuje w sposób intensywny, bez czasu na przerwę. W crossfit ćwiczy się jednocześnie podnoszenie ciężarów, sprawność atletyczną, odporność. Wyrabia odporność krążeniową oraz oddechową, siłę i wytrzymałość mięśni, rozciągliwość, szybkość, sprawność, psychomotorykę, równowagę i precyzję.
Efektem jest poprawa kondycji, siły, wydolności i szybkości czyli wszystkiego tego czego mi brakuje, a co potrzebuję przy bieganiu. Może dzięki tym ćwiczeniom zniweluję występowanie kontuzji w trakcie biegania. Na to liczę i w to wierzę.
Póki co jestem tymi ćwiczeniami zachwycona i to nic, że dzisiaj po ostatnich zajęciach bolą mnie ręce, bo trening w dużej mierze oparty był na podciąganiu na drążku i ćwiczeniach ze sztangą. Pobolą i przestaną.
środa, 14 września 2016
wariacki weekend w Krynicy
Festiwal Biegowy w Krynicy Zdroju przeszedł do historii. Było tam kilka, kilkanaście czy dziesiąt tysięcy (nawet nie wiem, tłumy były) biegaczy. Byłam i ja.
Moja grupa biegowa pojechała tam w piątek, ja twierdząc, że to nadmiar szczęścia biegać przez trzy dni pojechałam wraz z koleżanką do nich w sobotę rano. I jak tylko dotarłyśmy to zaczęło się biegowe szaleństwo.
Najpierw gnałyśmy na Bieg Kobiet z pensjonatu jakieś 800 m, a następnie przez 600 m dystansu lansowałyśmy się w pięknych tiulowych spódniczkach (w końcu bieg kobiet to kieckę trzeba było założyć) i w wiankach mojej własnej, osobistej roboty z czego popadło i co aktualnie rosło na okolicznych łąkach. Następnie z prędkością dźwięku przebierałyśmy te strojowe udziwnienia w normalne, wygodne biegowe ciuchy i pognałyśmy wraz z kolegami z grupy, którzy nie musieli tracić czasu na przebieranki (wiadomo, Biegu Kobiet nie biegli) w biegu Życiowa Dziesiątka z Krynicy do Muszyny. Bieg ogólnie świetny, bo cały czas delikatnie z górki, ale nie wtedy, nie w tym czasie, nie o tej porze. Żar lał się z nieba. Biegliśmy w 30 stopniowym upale. Ludzie padali po drodze jak muchy. Zdecydowanie życiówki zrobić tam się raczej nie dało. Tzn mi się nie dało i mnie podobnym, bo kilku osobom z mojej grupy się jednak udało (nie wiem jakim cudem, muszą być z żelaza).
Bieg ten na 10 km był moim głównym biegiem w Krynicy w ten weekend, bo resztę biegów dłuższych niż kilometr po prostu odpuściłam z powodu umęczenia tym upałem. A przyznam, że ambicje miałam duże, czyli biegać co popadnie. W końcu miałam zakupiony karnet na całe dwa dni biegania.
Po Życiowej Dziesiątce pobiegliśmy do pensjonatu aby się przebrać (znowu!!!). Tym razem w różne wymyślne stroje, bo czekał nas Bieg Przebierańców, na który wpadliśmy na start oczywiście w ostatniej chwili i z wywieszonymi jęzorami. Potem był jeszcze bieg Sztafeta Deptaka (po 1.2 km) i moje sobotnie oficjalne bieganie na tym się zakończyło. Piszę oficjalne, bo nadal biegałam od "biegu" do "biegu" kibicując tym śmiałkom z naszej grupy, którzy postanowili wziąć w nich udział.
Zatem ubiegałam się tyle, że w niedzielę rano nie miałam siły zwlec się z łóżka, a trzeba było wcześnie wstać bo mieliśmy wystawione dwie sztafety maratońskie z naszej grupy i pomimo tego, że nie biegłam to pobiegłam na główny deptak im kibicować.
W niedzielę po południu wzięłam udział w Biegu Kibica, takie 600 m dla pożegnania weekendu biegowego w Krynicy, bardziej dla zabawy niż na poważnie.
Piszę o tym wszystkim dopiero dzisiaj, bo wróciłam do domu po tym weekendzie taka zdechnięta jakbym spędziła ten czas ciężko pracując w jakiejś kopalni i kilka dni minęło zanim wróciłam do rzeczywistości.
Ale atmosfera była niepowtarzalna i stwierdziłam, że za rok również tam pojadę, tylko tym razem bardziej przemyślę swoje starty, nie rzucając się na jakieś 600 metrowe biegi tylko coś większego w sobotę i niedzielę i tyle. Na razie nie wiem co to będzie, może półmaraton w niedzielę. Nie wiem. Czas pokaże. Najważniejsze w tej chwili dla mnie jest to, że przebiegałam ten weekend bez żadnych większych bóli kontuzjowych, a to oznacza, że idzie ku lepszemu.
Moja grupa biegowa pojechała tam w piątek, ja twierdząc, że to nadmiar szczęścia biegać przez trzy dni pojechałam wraz z koleżanką do nich w sobotę rano. I jak tylko dotarłyśmy to zaczęło się biegowe szaleństwo.
Najpierw gnałyśmy na Bieg Kobiet z pensjonatu jakieś 800 m, a następnie przez 600 m dystansu lansowałyśmy się w pięknych tiulowych spódniczkach (w końcu bieg kobiet to kieckę trzeba było założyć) i w wiankach mojej własnej, osobistej roboty z czego popadło i co aktualnie rosło na okolicznych łąkach. Następnie z prędkością dźwięku przebierałyśmy te strojowe udziwnienia w normalne, wygodne biegowe ciuchy i pognałyśmy wraz z kolegami z grupy, którzy nie musieli tracić czasu na przebieranki (wiadomo, Biegu Kobiet nie biegli) w biegu Życiowa Dziesiątka z Krynicy do Muszyny. Bieg ogólnie świetny, bo cały czas delikatnie z górki, ale nie wtedy, nie w tym czasie, nie o tej porze. Żar lał się z nieba. Biegliśmy w 30 stopniowym upale. Ludzie padali po drodze jak muchy. Zdecydowanie życiówki zrobić tam się raczej nie dało. Tzn mi się nie dało i mnie podobnym, bo kilku osobom z mojej grupy się jednak udało (nie wiem jakim cudem, muszą być z żelaza).
Bieg ten na 10 km był moim głównym biegiem w Krynicy w ten weekend, bo resztę biegów dłuższych niż kilometr po prostu odpuściłam z powodu umęczenia tym upałem. A przyznam, że ambicje miałam duże, czyli biegać co popadnie. W końcu miałam zakupiony karnet na całe dwa dni biegania.
Po Życiowej Dziesiątce pobiegliśmy do pensjonatu aby się przebrać (znowu!!!). Tym razem w różne wymyślne stroje, bo czekał nas Bieg Przebierańców, na który wpadliśmy na start oczywiście w ostatniej chwili i z wywieszonymi jęzorami. Potem był jeszcze bieg Sztafeta Deptaka (po 1.2 km) i moje sobotnie oficjalne bieganie na tym się zakończyło. Piszę oficjalne, bo nadal biegałam od "biegu" do "biegu" kibicując tym śmiałkom z naszej grupy, którzy postanowili wziąć w nich udział.
Zatem ubiegałam się tyle, że w niedzielę rano nie miałam siły zwlec się z łóżka, a trzeba było wcześnie wstać bo mieliśmy wystawione dwie sztafety maratońskie z naszej grupy i pomimo tego, że nie biegłam to pobiegłam na główny deptak im kibicować.
W niedzielę po południu wzięłam udział w Biegu Kibica, takie 600 m dla pożegnania weekendu biegowego w Krynicy, bardziej dla zabawy niż na poważnie.
Piszę o tym wszystkim dopiero dzisiaj, bo wróciłam do domu po tym weekendzie taka zdechnięta jakbym spędziła ten czas ciężko pracując w jakiejś kopalni i kilka dni minęło zanim wróciłam do rzeczywistości.
Ale atmosfera była niepowtarzalna i stwierdziłam, że za rok również tam pojadę, tylko tym razem bardziej przemyślę swoje starty, nie rzucając się na jakieś 600 metrowe biegi tylko coś większego w sobotę i niedzielę i tyle. Na razie nie wiem co to będzie, może półmaraton w niedzielę. Nie wiem. Czas pokaże. Najważniejsze w tej chwili dla mnie jest to, że przebiegałam ten weekend bez żadnych większych bóli kontuzjowych, a to oznacza, że idzie ku lepszemu.
wtorek, 30 sierpnia 2016
Od Koziego Wierchu do Krzyżnego, czyli niedzielne łażenie po Tatrach
Drugi dzień walczę z zakwasami na nogach. Ponoć drugi dzień najgorszy, teraz już ma być tylko lepiej. Pokonanie schodów to dla mnie aktualnie nie lada wyczyn, ale zaciskam zęby i jakoś się turlam. A skąd mi się to wzięło? Ano po ostatnim weekendzie się wzięło, a raczej niedzieli.
Zapowiadali piękną pogodę na weekend więc umówiłam się z koleżanką, że pojedziemy w Tatry. Omówiłyśmy trasę i wyszło nam jakieś 13 godzin marszu. Wpadłyśmy więc na genialny pomysł, żeby z domu ode mnie (okolice Krakowa) wyjechać o 3:00 w nocy. Im wcześniej tym lepiej, szczególnie, że w góry wybierała się cała chmara ludzi, więc wiedziałyśmy, że najpierw korki na Zakopiance, potem korki do kasy TPN, i korki na szlakach i w ogóle korki. Zaopatrzyłyśmy się w czołówki,bo wędrówkę naszą musiałyśmy zacząć w ciemnościach, zanim wzejdzie słońce, ale że ruszałyśmy z parkingu na Palenicy Białczańskiej (to tam, gdzie się do Morskiego Oka idzie - info dla niezorientowanych w nazwach) gdzie godzina marszu była drogą asfaltową w stronę Morskiego Oka to nie bałyśmy się, że się zgubimy.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy dojechałyśmy na parking na Palenicy a tam już z 1/3 parkingu zajęta. Okazało się (i bardzo dobrze), że na ten sam pomysł wczesnej wędrówki wpadło więcej osób. Przynajmniej nie musiałyśmy iść same w ciemnościach i było jakoś tak raźniej.
Zrobiłyśmy Orlą Perć od Koziego Wierchu do Krzyżnego, a potem nie chcąc wracać tą samą drogą do auta, czyli doliną Roztoki to poszłyśmy przez Rówień Waksmundzką, Gęsią Szyję i Rusinową Polanę. Wędrówka bardzo męcząca, szczególnie, że Orla Perć do zbyt bezpiecznych i łatwych szlaków nie należy i te łańcuchy potrafiły wykończyć, ale dla tych widoków warto było się wyeksploatować.
Zapowiadali piękną pogodę na weekend więc umówiłam się z koleżanką, że pojedziemy w Tatry. Omówiłyśmy trasę i wyszło nam jakieś 13 godzin marszu. Wpadłyśmy więc na genialny pomysł, żeby z domu ode mnie (okolice Krakowa) wyjechać o 3:00 w nocy. Im wcześniej tym lepiej, szczególnie, że w góry wybierała się cała chmara ludzi, więc wiedziałyśmy, że najpierw korki na Zakopiance, potem korki do kasy TPN, i korki na szlakach i w ogóle korki. Zaopatrzyłyśmy się w czołówki,bo wędrówkę naszą musiałyśmy zacząć w ciemnościach, zanim wzejdzie słońce, ale że ruszałyśmy z parkingu na Palenicy Białczańskiej (to tam, gdzie się do Morskiego Oka idzie - info dla niezorientowanych w nazwach) gdzie godzina marszu była drogą asfaltową w stronę Morskiego Oka to nie bałyśmy się, że się zgubimy.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy dojechałyśmy na parking na Palenicy a tam już z 1/3 parkingu zajęta. Okazało się (i bardzo dobrze), że na ten sam pomysł wczesnej wędrówki wpadło więcej osób. Przynajmniej nie musiałyśmy iść same w ciemnościach i było jakoś tak raźniej.
Zrobiłyśmy Orlą Perć od Koziego Wierchu do Krzyżnego, a potem nie chcąc wracać tą samą drogą do auta, czyli doliną Roztoki to poszłyśmy przez Rówień Waksmundzką, Gęsią Szyję i Rusinową Polanę. Wędrówka bardzo męcząca, szczególnie, że Orla Perć do zbyt bezpiecznych i łatwych szlaków nie należy i te łańcuchy potrafiły wykończyć, ale dla tych widoków warto było się wyeksploatować.
sobota, 27 sierpnia 2016
takie tam moje żale biegowe
W necie właśnie pojawiła się informacja o zapisach na bieg "Tarnowska Dyszka", który odbędzie się w listopadzie. To już druga edycja tego biegu, w 2015 r. odbyła się pierwsza. To właśnie od tego biegu w tamtym roku zaczęło się pasmo moich kontuzji, które trwa do teraz. Najpierw przeciążenie łydki, potem achilles, następnie kolano, czworogłowy uda, pasmo biodrowo-piszczelowe, potem znowu łydka i znowu udo wrrrrr .... i tak to trwa do dzisiaj. Musiałam zrezygnować z maratonu w Krakowie na wiosnę, ostatnio wiedziona rozsądkiem ale z wielkim bólem serca przepisałam się z maratonu w Koszycach, który będzie na początku października na półmaraton (chociaż nie wiadomo czy dam rady go pobiec). Można powiedzieć, że nie biegam wcale, bo takie truchtanie po 4-5 km raz na jakiś czas z prędkością 6.30 min/km to nie jest bieganie. Niewiarygodne jest to, że mogę spacerować, jeździć na rowerze, pływać, chodzić po górach i nic mnie nie boli, a jak tylko zacznę biec to od razu moje nogi wszczynają alarm bólowy. Po takim alarmie przestaję biegać na jakiś czas, startuję w zawodach biegowych lub idę na dłuższy czy mocniejszy trening biegowy i następuje powtórka z rozrywki, czyli bóle wracają i tak koło się zamyka. W ostatnią niedzielę wzięłam udział w Biegu na Zakrzówek w Krakowie. Bieg główny był na dystansie 10 km, ale był też bieg na 3 km i w tym właśnie biegu wzięłam udział. Tylko 3 km, malowniczą trasą w okolicy krakowskiego Zakrzówka. Biegłam lekko, spokojnie, bez szaleństwa, a pomimo to do mety dobiegłam z bólem. I znowu przerwa i masaże i prądy i tak naprawdę to nie wiem co mam dalej z tą nogą robić, bo roluję ją, rozciągam, ćwiczę z taśmami i nic to nie daje... a tu jesienny sezon biegowy się zbliża.
środa, 24 sierpnia 2016
Babia Góra o wschodzie
Prawie tydzień minął od nocnej wyprawy w Beskid Żywiecki na masyw górski Babia Góra. Tam, a dokładniej na szczycie Diablaka przywitaliśmy wschód słońca. Pogodę mieliśmy wymarzoną, bo było bezchmurne niebo. Jedyne czego się nie spodziewałam, to przenikliwe zimno na szczycie. Wiedziałam, że ciepło nie będzie, dlatego zaopatrzyłam się w czapkę, rękawiczki, kurtkę itp. Jednak jak się okazało to było za mało. Wiał lodowaty, zimny wiatr i dlatego zapewne przemarzliśmy do szpiku kości. Jednak warto było. Widoki niesamowite.
Na szczycie (czego się nie spodziewałam i co mnie zaskoczyło) było bardzo dużo ludzi, którzy tak jak my czekali na słoneczko.
Poniżej kilka zdjęć, które jednak nie oddają rzeczywistego obrazu, bo to trzeba zobaczyć na żywo, to powolne, leniwe wynurzanie się słońca z czerwonej poświaty, te wyłaniające się góry z mroku, Tatry w oddali i mgły nad jeziorem Orawskim.
Na szczycie (czego się nie spodziewałam i co mnie zaskoczyło) było bardzo dużo ludzi, którzy tak jak my czekali na słoneczko.
Poniżej kilka zdjęć, które jednak nie oddają rzeczywistego obrazu, bo to trzeba zobaczyć na żywo, to powolne, leniwe wynurzanie się słońca z czerwonej poświaty, te wyłaniające się góry z mroku, Tatry w oddali i mgły nad jeziorem Orawskim.
piątek, 19 sierpnia 2016
Luna
Gdy odeszła od nas nasza jamniczka to stwierdziliśmy, że nie chcemy więcej żadnego psa, bo jak potem zdechnie to za bardzo boli. I pewnie wytrwalibyśmy w naszym postanowieniu gdyby nie fakt, że chwilę po tym jak zabrakło psa to po ogrodzie zaczęły panoszyć się obce koty i atakować naszą kotę. Wiele razy w nocy budziły nas wrzaski gryzących się kotów i jak tylko otworzyłam drzwi to wpadał do środka trzęsący się ze strachu kłębek naszej koty. Zapadła więc decyzja, że wszyscy jednak potrzebujemy psa. Nasza kota do obrony, nasz młody jako przyjaciela, żeby nie siedział w domu sam gdy jesteśmy w pracy (kot się nie liczy, bo albo je, albo śpi, albo idzie w świat).
Wybór padł na rasę Husky, bo jest to przyjacielski pies, inteligentny, indywidualista, bardzo aktywny i zupełnie nie przypomina jamnika, ani z wyglądu, ani z charakteru. Nasza jamniczka jest niezastąpiona i nie chcieliśmy mieć psa do niej podobnego, żeby nie było porównań, stąd ta odmienność od jamnika była taka ważna przy wyborze rasy.
Od tygodnia zatem jest z nami Luna. 2.5 miesięczny husky (ur.28.05.2016), tak radosny, tak wesoły, tak energiczny, że aż miło patrzeć. Już się oswoił z nowym miejscem i szaleje po ogrodzie. Ot taki misiowaty tajfun, który w jednej chwili jest wszędzie. Jeszcze tylko musi dogadać się z naszą kotą i będzie pełnia szczęścia.
Wybór padł na rasę Husky, bo jest to przyjacielski pies, inteligentny, indywidualista, bardzo aktywny i zupełnie nie przypomina jamnika, ani z wyglądu, ani z charakteru. Nasza jamniczka jest niezastąpiona i nie chcieliśmy mieć psa do niej podobnego, żeby nie było porównań, stąd ta odmienność od jamnika była taka ważna przy wyborze rasy.
Od tygodnia zatem jest z nami Luna. 2.5 miesięczny husky (ur.28.05.2016), tak radosny, tak wesoły, tak energiczny, że aż miło patrzeć. Już się oswoił z nowym miejscem i szaleje po ogrodzie. Ot taki misiowaty tajfun, który w jednej chwili jest wszędzie. Jeszcze tylko musi dogadać się z naszą kotą i będzie pełnia szczęścia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












