Dzisiejsze przedpołudnie spędziłam w Puszczy Niepołomickiej, gdzie jak co roku od 5 lat, odbywał się trening opłatkowy dla biegaczy z Krakowa i okolic organizowany przez KKB Dystans i grupę Niepołomice Biegają. Trening ten wygląda tak, że wszyscy zbierają się na parkingu w puszczy. Stamtąd biegnie się do Czarnego Stawu w głąb puszczy (do wyboru dwie trasy, krótsza 6km i dłuższa - chyba koło 11 km). Tam nad Czarnym Stawem wszyscy łamią się opłatkiem i składają sobie życzenia. Po czym wraca się tą samą trasą na parking, gdzie czekają ciasteczka, herbatka i izotoniki przygotowane przez organizatorów.
Niesamowita atmosfera, wspaniali, uśmiechnięci ludzie, cudowne otoczenie przyrody i ta serdeczność bijąca od wszystkich. Uwielbiam te coroczne spotkania. Był to mój drugi udział w opłatku biegowym, bo w tamtym roku też byłam i też tak jak teraz czuło się zbliżające święta.
Przebiegłam do Czarnego Stawu te 6 km 400 m czując lekki ból pasa biodrowo-piszczelowego, dlatego chuchając na zimne z powrotem na parking wróciłam transportem zorganizowanym dla niebiegających, kontuzjowanych, dzieci i zwierząt (organizatorzy jak zwykle pomyśleli o wszystkich).
Pomimo tych drobnych niedogodności w postaci pobolewającego kopytka spędziłam wspaniałe niedzielne przedpołudnie w świetnym towarzystwie i nawet tak bardzo nie zmarzłam chociaż pogoda do najprzyjemniejszych nie należała. Nawet bardzo mroźno nie było, ale ta wilgotność powietrza, brrr.
W moim biegu przez życie wciąż rodzą się nowe pasje, stare się przedawniają, czasami odchodzą, czasami spychane są na pogranicze mojego czasu, czasami trwają i walczą o zainteresowanie.
niedziela, 18 grudnia 2016
niedziela, 11 grudnia 2016
pierwsze zawody biegowe z moją psą reniferką
Ha!!! Mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że V Krakowski Nocny Bieg Św.Mikołajów i śnieżynek mamy zaliczony. My, bo biegłam z moją psą ubraną w rogi renifera. To były jej pierwsze zawody biegowe i spisała się rewelacyjnie. Trochę ciągnęła jak zobaczyła innego psa, ale była do opanowania, nie wlekła mnie za sobą, nie zważając na nic, tylko usłuchała, że ciągnąć Pani nie wolno. Do tego została wygłaskana przez wszystkich tych, którzy się akurat napatoczyli, bo jak się widzi taką kupkę radości z jęzorem dyndającym z pyska ze szczęścia to aż same ręce pchają się do głaskania. Przetruchtałyśmy powolutku jedno okrążenie Błoń, czyli ok 3 km. Nie chciałam biegać całości, czyli 10 km, bo po pierwsze moja noga nie jest do końca sprawna a po drugie tak młody pies, któremu jeszcze kształtują się mięśnie, ścięgna, stawy, nie powinien się bardzo forsować.
Najważniejsze, że medal dostałam i to bardzo ładny, bo przecież ja biegam dla medali. Nie dla wyników, rekordów czy podium, tylko dla medali, które dostają wszyscy którzy ukończą bieg i dopełzną do mety.
Piszę o tym dopiero dzisiaj, bo niestety na bieg wybrałam się za wcześnie, długo musiałam czekać, zmarzłam okrutnie i lekkie przeziębienie mnie męczyło przez te kolejne dni. Dzisiaj jest już lepiej, katar odpuścił i spokojnie mogę napisać kilka słów o tym koleżeńskim, charytatywnym biegu, w którym wzięło udział ponad 80 osób.
Najważniejsze, że medal dostałam i to bardzo ładny, bo przecież ja biegam dla medali. Nie dla wyników, rekordów czy podium, tylko dla medali, które dostają wszyscy którzy ukończą bieg i dopełzną do mety.
Piszę o tym dopiero dzisiaj, bo niestety na bieg wybrałam się za wcześnie, długo musiałam czekać, zmarzłam okrutnie i lekkie przeziębienie mnie męczyło przez te kolejne dni. Dzisiaj jest już lepiej, katar odpuścił i spokojnie mogę napisać kilka słów o tym koleżeńskim, charytatywnym biegu, w którym wzięło udział ponad 80 osób.
piątek, 2 grudnia 2016
strach przed bieganiem
To wszystko jest takie popaprane. Od miesiąca nie biegam, bo po Biegu Niepodległościowym odnowiła mi się kontuzja. Pasmo biodrowo-piszczelowe na każdym kroku, a raczej przy każdym kroku i to nie tylko tym biegowym ale i spacerowym dawało mi znać, że jest i ma się całkiem niedobrze, czyli w skrócie bolało jak chol.......a. Już nie boli. Przy pomocy rehabilitanta, fali uderzeniowej, odpoczynku, ćwiczeń rozciągających, rolowania itp. itd. udało się je (to pasmo) jakoś doprowadzić do stanu prawie prawidłowego. Prawie, bo czuję jeszcze, że mięśnie w tej zepsutej nodze są trochę słabsze, ale już nie boli i niby mogłabym spróbować pobiegać ale .......
No właśnie. Ale się boję. Normalnie się boję, że pobiegam trochę i znowu będzie to samo, znowu będzie bolało i znowu kolejne tygodnie, miesiące będę miała wyłączone z aktywności. Ech.
Za kilka dni 6 grudnia w Krakowie ma odbyć się Bieg Św. Mikołajów i Śnieżynek. Taki koleżeński bieg organizowany przez Krakowski Klub Biegowy Dystans co roku od 5 lat z okazji Mikołaja. Ma on formę charytatywną i to mi się w nim bardzo podoba. Zresztą ma on swój klimat, piękny i niepowtarzalny. Krótko mówiąc zgraja Mikołajów, Mikołajek i Śnieżynek biegnie naokoło Błoni, bo w regulaminie jest zapis, że zaleca się start w biegu w stroju lub elemencie stroju Świętego Mikołaja lub Śnieżynki. Dystans to 10 km czyli 3 okrążenia wokół Krakowskich Błoni, ale można skończyć po jednym okrążeniu i również otrzyma się symboliczny medal.
Tak sobie wymyśliłam, że wzięłabym ze sobą moją psę ubraną w rogi renifera, bo takowe psie rogi renifera posiadam. Ja oczywiście wystąpiłabym w moim stroju Mikołajki i przetruchtałybyśmy to jedno okrążenie więc około 3.5 km. Plan świetny. Moja psa byłaby przeszczęśliwa mogąc pobiegać sobie w takim tłumie ludzi, bo to pies towarzyski jest i lubi gdy wokół coś się dzieje. Ja pewnie jeszcze bardziej byłabym zadowolona niż psa, bo spędziłabym czas aktywnie wśród wielu znajomych twarzy tylko jest jeden mały problem. .. ja się boję biegać :(
Po tylu przejściach, bólach, nawracających kontuzjach boję się biegać. Pewnie to dlatego, że nie czuję się jeszcze do końca sprawna i jak sobie pomyślę, że znowu będzie bolało to aż mi się nie chce. Nie wiem co zrobię, bo chciałabym, a się się boję i dlatego to popaprane takie wszystko jest.
No właśnie. Ale się boję. Normalnie się boję, że pobiegam trochę i znowu będzie to samo, znowu będzie bolało i znowu kolejne tygodnie, miesiące będę miała wyłączone z aktywności. Ech.
Za kilka dni 6 grudnia w Krakowie ma odbyć się Bieg Św. Mikołajów i Śnieżynek. Taki koleżeński bieg organizowany przez Krakowski Klub Biegowy Dystans co roku od 5 lat z okazji Mikołaja. Ma on formę charytatywną i to mi się w nim bardzo podoba. Zresztą ma on swój klimat, piękny i niepowtarzalny. Krótko mówiąc zgraja Mikołajów, Mikołajek i Śnieżynek biegnie naokoło Błoni, bo w regulaminie jest zapis, że zaleca się start w biegu w stroju lub elemencie stroju Świętego Mikołaja lub Śnieżynki. Dystans to 10 km czyli 3 okrążenia wokół Krakowskich Błoni, ale można skończyć po jednym okrążeniu i również otrzyma się symboliczny medal.
Tak sobie wymyśliłam, że wzięłabym ze sobą moją psę ubraną w rogi renifera, bo takowe psie rogi renifera posiadam. Ja oczywiście wystąpiłabym w moim stroju Mikołajki i przetruchtałybyśmy to jedno okrążenie więc około 3.5 km. Plan świetny. Moja psa byłaby przeszczęśliwa mogąc pobiegać sobie w takim tłumie ludzi, bo to pies towarzyski jest i lubi gdy wokół coś się dzieje. Ja pewnie jeszcze bardziej byłabym zadowolona niż psa, bo spędziłabym czas aktywnie wśród wielu znajomych twarzy tylko jest jeden mały problem. .. ja się boję biegać :(
Po tylu przejściach, bólach, nawracających kontuzjach boję się biegać. Pewnie to dlatego, że nie czuję się jeszcze do końca sprawna i jak sobie pomyślę, że znowu będzie bolało to aż mi się nie chce. Nie wiem co zrobię, bo chciałabym, a się się boję i dlatego to popaprane takie wszystko jest.
środa, 30 listopada 2016
wycieczkowe plany górskie 2017
Wstrętny, paskudny listopad. W moim odczuciu najbardziej depresyjny miesiąc w roku. Nie ma już zieleni, a jeszcze nie jest biało. Jest nijako i do tego ciemno. Rano gdy wstaję jeszcze jest noc, a gdy wychodzę z pracy to już prawie jest ciemno.
Co roku właśnie w tym czasie planuję wycieczki górskie na 2017 rok. To tak samo z siebie wychodzi, że akurat listopad jest u mnie taki planujący. Pewnie moja podświadomość próbuje oprzeć się jesiennej depresji.
To całe planowanie wypraw górskich to nie tylko takie luźne spisanie na jakiejś kartuszce gdzie, w które góry chciałabym pójść, ale dokładnie przygotowany w arkuszu kalkulacyjnym plan trasy, czas przejścia, suma przewyższeń i oczywiście link do mapy na stronie www.mapa-turystyczna.pl
W tym roku jednak oprócz jakiś ekstremalnych wysokogórskich wycieczek planuję też takie niskogórskie - beskidzkie szczyty, co by psę ze sobą można było zabrać, a wiadomo w Tatry z nią nie pójdę, bo po pierwsze za stromo, a po drugie do Parku Narodowego psów wprowadzać nie wolno. Z tego też powodu odpadają Pieniny i Bieszczady gdzie również obowiązuje zakaz wędrówek z psami. Dlatego skupiłam się na Beskidach i jak Beskid Wyspowy i Makowski mam dosyć dobrze obłażony to Beskid Śląski już mniej.
Natknęłam się w necie na świetną stronkę przedstawiającą wybrane trasy, opis wycieczek, szczytów i dolinek w Beskidzie Śląskim, a to wszystko okraszone pięknymi zdjęciami.
najpiękniejsze miejsca w beskidzie śląskim
relacje z wypraw
No tak mnie zachwyciły relacje z poszczególnych wypraw po tym Beskidzie, że już teraz, natychmiast bym tam pojechała. Taka strona to perełka, więc koniecznie musiałam ją tu zalinkować, żeby mi gdzieś nie zaginęła, bo czuję, że często będę do niej wracać. Zresztą bardzo mi pomogła w moim wycieczkowym planowaniu na 2017 rok i już się boję, że braknie mi weekendów, bo niestety tylko sobota lub niedziela nadają się u mnie do wędrowania. Do tego muszę mieć ładną pogodę, bo nie chodzę po górach by zdobywać i odhaczać szczyty tylko by podziwiać piękne widoki, a do takiego napawania się przyrodą potrzebuję w miarę dobrą pogodę.
Najważniejsze jednak teraz jest to, że plan wycieczkowy mam gotowy, a co nie uda się zaliczyć w 2017 roku to przejdzie na rok kolejny. Będzie pięknie i ta myśl pozwala mi przetrwać jakoś ten paskudny późno jesienny okres w roku.
poniżej zdjęcia ze strony: http://www.wiecznatulaczka.pl/
Co roku właśnie w tym czasie planuję wycieczki górskie na 2017 rok. To tak samo z siebie wychodzi, że akurat listopad jest u mnie taki planujący. Pewnie moja podświadomość próbuje oprzeć się jesiennej depresji.
To całe planowanie wypraw górskich to nie tylko takie luźne spisanie na jakiejś kartuszce gdzie, w które góry chciałabym pójść, ale dokładnie przygotowany w arkuszu kalkulacyjnym plan trasy, czas przejścia, suma przewyższeń i oczywiście link do mapy na stronie www.mapa-turystyczna.pl
W tym roku jednak oprócz jakiś ekstremalnych wysokogórskich wycieczek planuję też takie niskogórskie - beskidzkie szczyty, co by psę ze sobą można było zabrać, a wiadomo w Tatry z nią nie pójdę, bo po pierwsze za stromo, a po drugie do Parku Narodowego psów wprowadzać nie wolno. Z tego też powodu odpadają Pieniny i Bieszczady gdzie również obowiązuje zakaz wędrówek z psami. Dlatego skupiłam się na Beskidach i jak Beskid Wyspowy i Makowski mam dosyć dobrze obłażony to Beskid Śląski już mniej.
Natknęłam się w necie na świetną stronkę przedstawiającą wybrane trasy, opis wycieczek, szczytów i dolinek w Beskidzie Śląskim, a to wszystko okraszone pięknymi zdjęciami.
najpiękniejsze miejsca w beskidzie śląskim
relacje z wypraw
No tak mnie zachwyciły relacje z poszczególnych wypraw po tym Beskidzie, że już teraz, natychmiast bym tam pojechała. Taka strona to perełka, więc koniecznie musiałam ją tu zalinkować, żeby mi gdzieś nie zaginęła, bo czuję, że często będę do niej wracać. Zresztą bardzo mi pomogła w moim wycieczkowym planowaniu na 2017 rok i już się boję, że braknie mi weekendów, bo niestety tylko sobota lub niedziela nadają się u mnie do wędrowania. Do tego muszę mieć ładną pogodę, bo nie chodzę po górach by zdobywać i odhaczać szczyty tylko by podziwiać piękne widoki, a do takiego napawania się przyrodą potrzebuję w miarę dobrą pogodę.
Najważniejsze jednak teraz jest to, że plan wycieczkowy mam gotowy, a co nie uda się zaliczyć w 2017 roku to przejdzie na rok kolejny. Będzie pięknie i ta myśl pozwala mi przetrwać jakoś ten paskudny późno jesienny okres w roku.
poniżej zdjęcia ze strony: http://www.wiecznatulaczka.pl/
piątek, 18 listopada 2016
Husky - pies wszystko zjadający
Moja psa rasy husky o imieniu Luna ma już prawie pół roku. 3 miesiące jest z nami i trochę mogę powiedzieć już o tej rasie. Hm, albo o rasie albo o tej właśnie psie, bo może inne husky są zupełnie inne, a tylko ta moja to diabeł wcielony.
Dużo ją wybiegujemy, wychadzamy. Dbamy o jej aktywność fizyczną, żeby się nie nudziła, bo ponoć husky które się nudzą to niszczą co popadnie.
Mogę teraz powiedzieć jedno, nic to nie daje. Ten pies jest tak niesamowicie inteligentny, tak sprytny, tak uparty, tak wszystko wiedzący najlepiej, że zupełnie jak ja :D. (no może pomijając to "inteligentny" ).
Zjadła nam oparcia z krzeseł ogrodowych. Krzesła są metalowe, oparcia miały drewniane, już nie mają. Hm, pewnie stwierdziła, że tak ładniej. Niech jej będzie. Ogrodzenie mam tak zabezpieczone dodatkową siatką, że mysz się nie prześlizgnie, bo moja psa wybierała się na wycieczki krajoznawcze i trzeba było ją gonić, bo wracać nie chciała. Wracając do zjadania czego się da, to obgryzła huśtawkę ogrodową czy płotki drewniane ograniczające klomby od trawnika (dowód zbrodni na filmiku poniżej).
I gdy człowiek jest już tak wnerwiony na nią, że chętnie by zamknął w kojcu i niech sobie tam siedzi i idzie do niej z takim zamiarem to wystarczy że spojrzy na te oczy i tą psią mordę i już cała złość się ulatnia, bo jak można się wkurzać na coś takiego, no jak. Taka moja kochana kupa futra.
Dużo ją wybiegujemy, wychadzamy. Dbamy o jej aktywność fizyczną, żeby się nie nudziła, bo ponoć husky które się nudzą to niszczą co popadnie.
Mogę teraz powiedzieć jedno, nic to nie daje. Ten pies jest tak niesamowicie inteligentny, tak sprytny, tak uparty, tak wszystko wiedzący najlepiej, że zupełnie jak ja :D. (no może pomijając to "inteligentny" ).
Zjadła nam oparcia z krzeseł ogrodowych. Krzesła są metalowe, oparcia miały drewniane, już nie mają. Hm, pewnie stwierdziła, że tak ładniej. Niech jej będzie. Ogrodzenie mam tak zabezpieczone dodatkową siatką, że mysz się nie prześlizgnie, bo moja psa wybierała się na wycieczki krajoznawcze i trzeba było ją gonić, bo wracać nie chciała. Wracając do zjadania czego się da, to obgryzła huśtawkę ogrodową czy płotki drewniane ograniczające klomby od trawnika (dowód zbrodni na filmiku poniżej).
I gdy człowiek jest już tak wnerwiony na nią, że chętnie by zamknął w kojcu i niech sobie tam siedzi i idzie do niej z takim zamiarem to wystarczy że spojrzy na te oczy i tą psią mordę i już cała złość się ulatnia, bo jak można się wkurzać na coś takiego, no jak. Taka moja kochana kupa futra.
Ostatnio mieliśmy wielki problem, bo spodobał jej się kabelek doprowadzający prąd do bramy wjazdowej i sobie go po prostu zjadła. Pewnego dnia wróciłam z pracy autem, wciskam przycisk na pilocie chcąc wjechać za ogrodzenie, a tu trzask i wywaliło cały prąd w domu i ogrodzie. I ja biedna nie nosząca kluczy do furki, bo i po co skoro mam pilota do bramy, musiałam przełazić przez ogrodzenie żeby się dostać do domu. Na szczęście zanim przycisnęłam przycisk bramy wjazdowej otworzyłam wcześniej (też przyciskiem) bramę garażową, więc do domu jakoś się dostałam, żeby włączyć bezpieczniki, które wywaliło.
Ile się mąż narobił z tym kabelkiem od bramy, bo jak włożył go w jakiegoś takiego niby węża ogrodowego, żeby osłonić to tego węża też zjadła. Zrezygnowała z dobierania się do kabelków dopiero wtedy, gdy mąż zakupił taką rurkę ochronną zbrojoną, i zamontował na tym kabelku.
Parę dni po incydencie z bramą młody do mnie dzwoni i mówi z przerażeniem w głosie, że Luna (nasz husky) podkopuje się pod schody z kostki brukowej i już wykopała bardzo dużą dziurę i jak tak dalej pójdzie to ona się do Chin dokopie. A ja, nauczona doświadczeniem, mówię mu, że niech sobie kopie, lepsze to niż gdyby znowu próbowała dobrać się do kabelka od otwierania bramy. Trudno, trzeba wybrać mniejsze zło. Najwyżej umieścimy znak przy schodach "Uwaga głębokie wykopy" żeby ktoś tam nieopatrznie nogi nie włożył, bo mógłby już tak tam z tą nogą zostać.
I tak się złoszczę na tą moją psę, że jest niegrzeczna, że nie słucha, że wszystko zjada. Złoszczę się dopóki jej nie widzę, bo jak tylko zobaczę i widzę tą futrzaną kupkę szczęścia i radości to macham ręką na to wszystko co zjadła i takie jakoś mało ważne mi się wydaje. Bo jak jej nie kochać jak taka jest cudna.
środa, 16 listopada 2016
Endomondo czy Garmin Connect
Jestem fanką aplikacji (programu) do rejestracji wszelkiej aktywności fizycznej, nie tylko do biegania. Od kiedy zaczęłam biegać używam endomondo. Nawet rejestrując trasę na zegarku z gps przerzucałam plik z zegarka właśnie do endomondo. Czy było to łażenie po górach, spacer z psem, fitness, czy bieganie, każdą moją aktywność notowałam w tej aplikacji.
Po co mi to? Ano po to, że potem mogę kliknąć w statystyki tygodniowe, miesięczne, roczne itp. itd. i wiem ile czasu poświęciłam na treningi (mogę przefiltrować i zostawić włączone statystyki np. tylko dla biegania lub oczywiście dla wszystkich aktywności), ile spaliłam kalorii, ile kilometrów przebiegłam, przeszłam itp. Mogę wejść np w kalendarz na 2015 r i zobaczyć jak aktywnie spędziłam wtedy listopad, ile biegałam, ile spacerowałam, a może chodziłam po górach czy na fitness lub jeździłam na rowerze.
Konto na ednomondo i ujawnione tam wszystkie aktywności mam już od 3 lat i do tej pory byłam bardzo zadowolona z tego programu. Niestety ostatnio pojawiały się na stronie ciągłe problemy. Albo stronka nie hulała, albo nie można było pobrać treningu z pliku (czyli z mojego zegarka).
Ciągle coś się działo, dlatego postanowiłam przenieść wszystkie swoje dane na inną aplikację, a mianowicie na Garmin Connect. Zajęło mi to bardzo dużo czasu, bo musiałam wchodzić na każdą aktywność osobno na endomondo i eksportować ją do pliku, a następnie wczytywać do programu Garmin Connect. Tam później musiałam wprowadzać od nowa kategorie (bieganie, chodzenie, wędrówki górskie itp.) bo po po eskortowaniu pliku i wczytaniu do Garmin Connect informacje te uciekały.
Urobiłam się przy tym jak dziki osioł i gdy prawie już skończyłam eksportowanie i zapisywanie plików z aktywnością, endomondo nagle ożyło.
W tej chwili więc korzystam z dwóch programów rejestrujących moją aktywność fizyczną. Endomondo i Garmin Connect. Wiem, że w końcu będę musiała wybrać jedną z nich, bo trochę to uciążliwe wrzucać swój trening i tu i tu, ale na razie nie wiem, którą zostawię. Póki co treningi na Garminie traktuję jako kopię zapasową.
Po co mi to? Ano po to, że potem mogę kliknąć w statystyki tygodniowe, miesięczne, roczne itp. itd. i wiem ile czasu poświęciłam na treningi (mogę przefiltrować i zostawić włączone statystyki np. tylko dla biegania lub oczywiście dla wszystkich aktywności), ile spaliłam kalorii, ile kilometrów przebiegłam, przeszłam itp. Mogę wejść np w kalendarz na 2015 r i zobaczyć jak aktywnie spędziłam wtedy listopad, ile biegałam, ile spacerowałam, a może chodziłam po górach czy na fitness lub jeździłam na rowerze.
Konto na ednomondo i ujawnione tam wszystkie aktywności mam już od 3 lat i do tej pory byłam bardzo zadowolona z tego programu. Niestety ostatnio pojawiały się na stronie ciągłe problemy. Albo stronka nie hulała, albo nie można było pobrać treningu z pliku (czyli z mojego zegarka).
Ciągle coś się działo, dlatego postanowiłam przenieść wszystkie swoje dane na inną aplikację, a mianowicie na Garmin Connect. Zajęło mi to bardzo dużo czasu, bo musiałam wchodzić na każdą aktywność osobno na endomondo i eksportować ją do pliku, a następnie wczytywać do programu Garmin Connect. Tam później musiałam wprowadzać od nowa kategorie (bieganie, chodzenie, wędrówki górskie itp.) bo po po eskortowaniu pliku i wczytaniu do Garmin Connect informacje te uciekały.
W tej chwili więc korzystam z dwóch programów rejestrujących moją aktywność fizyczną. Endomondo i Garmin Connect. Wiem, że w końcu będę musiała wybrać jedną z nich, bo trochę to uciążliwe wrzucać swój trening i tu i tu, ale na razie nie wiem, którą zostawię. Póki co treningi na Garminie traktuję jako kopię zapasową.
sobota, 12 listopada 2016
Ku Chwale Ojczyzny ... biegiem przez Kraków
W tamtym roku po przebiegnięciu II Górskiego Biegu Niepodległości ze Skawiny do Mogilan zrobiłam sobie założenie, że jeśli tylko będę mogła (czytaj: nie powalą mnie żadne kontuzje i inne przeciwności losu) to co roku 11 listopada w Narodowe Święto Niepodległości będę brała udział w zawodach biegowych. Będzie to takie moje upamiętnienie tego ważnego wydarzenia.
Jedni biorą udział w marszach, inni spotykają się na wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych, a ja postanowiłam, że będę biegać i to w każdym roku w zawodach w innym mieście.
Jak postanowiłam tak zrobiłam.
Wczoraj wzięłam udział w 3 Krakowskim Biegu Niepodległości na dystansie 11 km. I jestem z siebie dumna, że zdecydowałam się na start chociaż do ostatniej chwili mój rozum toczył walkę z sercem, bo od 3 tygodni (od Półmaratonu Królewskiego) jestem niebiegająca. Moja kondycja (jeśli to co zostało można jeszcze tak nazwać) leży i kwiczy, pasmo biodrowo-piszczelowe nadal pobolewa i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że powinnam odpuścić. Nie odpuściłam, pobiegłam, dobiegłam, medal za uczestnictwo dostałam i mogę spokojnie zakończyć ten sezon biegowy i czas do końca roku przeznaczyć na regenerację i ćwiczenia wzmacniające.
A jak było?
Zimno, trochę kropiło na trasie, dodam, że pięknej trasie, bo przez Stare Miasto, plantami, obok Wawelu, nad Wisłą. Mimo niesprzyjającej pogody i w niektórych miejscach wiatru smagającego po twarzy biegło się przyjemnie, bo teren był płaski. To przyjemnie to muszę zaznaczyć że było do ósmego kilometra, do Alei Waszyngtona biegnącej pod Kopiec Kościuszki, bo potem trzeba było na ten kopiec wbiec. Przyznam, że ten kilometr podbiegu mnie prawie zabił, musiałam momentami maszerować, bo myślałam, że wypluję płuca, a rzęziłam jak stara lokomotywa. Przy życiu trzymała mnie tylko myśl, że jak ja tak wdrapuję się na tą górę, to za chwilę będę musiała zbiec w dół i wtedy odpocznę. I tak było. Długi podbieg, potem stromy zbieg i Błonia, czyli to czego nie lubię na zawodach biegowych w Krakowie. Dwa kilometry do mety i ja tą metę cały czas widzę. Fatalne uczucie kiedy człowiek biegnie już na oparach wydobywając resztki energii skąd się da, spogląda cały czas na zegarek odmierzający przebiegnięty dystans, te metry jakoś tak pomału uciekają, a meta wciąż stoi i czeka i wydaje się, że drwi z mojej bezsilności, i niby blisko, ale cały czas daleko. Dopadłam ją w końcu z czarnymi mroczkami przed oczami i na słaniających się nogach.
Do domu przytargałam kolejny medal do kolekcji i niesamowite zadowolenie z siebie. Dzisiaj to samozadowolenie trochę oklapło kiedy próbowałam wstać z łóżka i moja lewa noga od razu mi przypomniała o wczorajszym bieganiu atakując wszystkie moje komórki nerwowe okropnym bólem.
Ale co tam, poboli i przestanie, jak zawsze :)
Jedni biorą udział w marszach, inni spotykają się na wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych, a ja postanowiłam, że będę biegać i to w każdym roku w zawodach w innym mieście.
Jak postanowiłam tak zrobiłam.
Wczoraj wzięłam udział w 3 Krakowskim Biegu Niepodległości na dystansie 11 km. I jestem z siebie dumna, że zdecydowałam się na start chociaż do ostatniej chwili mój rozum toczył walkę z sercem, bo od 3 tygodni (od Półmaratonu Królewskiego) jestem niebiegająca. Moja kondycja (jeśli to co zostało można jeszcze tak nazwać) leży i kwiczy, pasmo biodrowo-piszczelowe nadal pobolewa i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że powinnam odpuścić. Nie odpuściłam, pobiegłam, dobiegłam, medal za uczestnictwo dostałam i mogę spokojnie zakończyć ten sezon biegowy i czas do końca roku przeznaczyć na regenerację i ćwiczenia wzmacniające.
A jak było?
Zimno, trochę kropiło na trasie, dodam, że pięknej trasie, bo przez Stare Miasto, plantami, obok Wawelu, nad Wisłą. Mimo niesprzyjającej pogody i w niektórych miejscach wiatru smagającego po twarzy biegło się przyjemnie, bo teren był płaski. To przyjemnie to muszę zaznaczyć że było do ósmego kilometra, do Alei Waszyngtona biegnącej pod Kopiec Kościuszki, bo potem trzeba było na ten kopiec wbiec. Przyznam, że ten kilometr podbiegu mnie prawie zabił, musiałam momentami maszerować, bo myślałam, że wypluję płuca, a rzęziłam jak stara lokomotywa. Przy życiu trzymała mnie tylko myśl, że jak ja tak wdrapuję się na tą górę, to za chwilę będę musiała zbiec w dół i wtedy odpocznę. I tak było. Długi podbieg, potem stromy zbieg i Błonia, czyli to czego nie lubię na zawodach biegowych w Krakowie. Dwa kilometry do mety i ja tą metę cały czas widzę. Fatalne uczucie kiedy człowiek biegnie już na oparach wydobywając resztki energii skąd się da, spogląda cały czas na zegarek odmierzający przebiegnięty dystans, te metry jakoś tak pomału uciekają, a meta wciąż stoi i czeka i wydaje się, że drwi z mojej bezsilności, i niby blisko, ale cały czas daleko. Dopadłam ją w końcu z czarnymi mroczkami przed oczami i na słaniających się nogach.
Do domu przytargałam kolejny medal do kolekcji i niesamowite zadowolenie z siebie. Dzisiaj to samozadowolenie trochę oklapło kiedy próbowałam wstać z łóżka i moja lewa noga od razu mi przypomniała o wczorajszym bieganiu atakując wszystkie moje komórki nerwowe okropnym bólem.
Ale co tam, poboli i przestanie, jak zawsze :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)











