poniedziałek, 12 czerwca 2017

Szlakiem rowerowym wokół Tatr

Od jakiegoś już czasu miałam chrapkę na wycieczkę rowerową szlakiem rowerowym wokół Tatr, a dokładniej chodziło mi o odcinek między Nowym Targiem a Trsteną na Słowacji. W jedną stronę to ok. 35 km, więc wycieczka z Nowego Targu do Trsteny i z powrotem zajęłaby ok 70 km. W końcu wczoraj udało mi się wyciągnąć rodzinkę (czytaj męża i syna) na tą wycieczkę. Pojechaliśmy do Nowego Targu z rowerami na dachu. Tam zostawiliśmy samochód na parkingu przy ulicy Składowej i wyruszyliśmy szlakiem w stronę Słowacji. Nawet w najśmielszych marzeniach nie pozwoliłam sobie marzyć, że przejedziemy całą trasę, bo znając moich mężczyzn to albo coś jednego zaboli, albo drugi będzie zmęczony, albo to czy tamto. I tutaj bardziej myślałam o młodym, który w jednej pozycji przed kompem potrafi siedzieć noc i dzień i zasuwać łapą z myszką w garści cały czas, to już jakakolwiek aktywność fizyczna jest ojęczana przez niego, omarudzona i generalnie nie wierzyłam, że przejedzie te 70 km. Stwierdziłam, że dokąd dojedziemy to dojedziemy i tyle. Nie wiem jak to się stało, że bez zrzędzenia dojechał do Trsteny. Podejrzewam, że to dlatego, że zajęłam go pytaniami o grę Wiedźmin, którą on bardzo chciał mieć, a my rodzice byliśmy przeciwko, bo tam się zabijają, krew leci i w ogóle. Tak się zagadał opowieściami o tej grze, że nawet się nie spostrzegł,a byliśmy na Słowacji. Droga powrotna była gorsza, bo już zaczęło się marudzenie, że boli go to czy tamto, ale wiedział, że wrócić musi i jakoś dojechaliśmy z powrotem.




 Ścieżka rowerowa rewelacyjna, widokowa, piękna. Szkoda, że Tatry były częściowo za chmurami, bo widok byłby rewelacyjny, ale rekompensowały nam ten brak widoku na Taterki kolorowe łąki wokół pełne przeróżnych polnych kwiatów.  Najpiękniejsza część szlaku rowerowego jest od Czarnego Dunajca do granicy państwa i potem przez Słowację. W Polsce jedzie się pośrodku łąk, a na Słowacji co chwilę są mostki pod którymi płyną strumyki, co chwilę wjeżdża się w kolejne lasy po drodze. I te kwiaty polne wszędzie. Pięknie jest. Na części słowackiej co kawałek są wiaty, gdzie można usiąść i odpocząć. Na stronie polskiej również są, ale nie tak często jak u naszych sąsiadów. Warto też wspomnieć, że szlak został zrobiony po nieczynnym nasypie kolejowym.
Ja osobiście jestem zachwycona tą ścieżką, na pewno kiedyś tam jeszcze wrócę i każdemu polecam.
Poniżej link do strony z opisami, zdjęciami, mapami:
http://www.szlakwokoltatr.eu/
I kilka moich fotek, któe zrobiłam telefonem jadąc cały czas rowerem, więc jakość tych zdjęć jest jaka jest.

gdzieś na początku szlaku w Nowym Targu

polska część szlaku prowadzi wśród łąk pełnych kolorowych kwiatów z widokiem na Tatry (przy dobrej pogodzie ;) )

płynnym krokiem rowerowym wjeżdżamy na Słowację

chwila odpoczynku i te kwiaty wszędzie wokoło

W miejscowości Liesek na Słowacji jest tablica przy szlaku z panoramą Tatr. Przy dobrej widoczności można podziwiać i od razu poczytać na jaki szczyt patrzymy. My widzieliśmy tylko niektóre szczyty wśród chmur.


jeden z wielu mostków na słowackiej części szlaku

Słowacja  - jedziemy wśród łąk i lasów

i wracając już z powrotem wjeżdżamy znowu do Polski

i to jest Polska właśnie <3 











poniedziałek, 5 czerwca 2017

Raz kozie bieg ...

Umęczona jestem, obolała jak po maratonie ... ale w jakiś sposób szczęśliwa. I to nic, że moja prawie zaleczona noga bardziej boli niż zwykle, że jak dopadnę łóżko to zasnę w kilka sekund bo ostatnio sypiałam po maksymalnie 4-5 godzin. To wszystko nic, bo to czego się podjęłam udało się rewelacyjnie.... w oczach ludzi, nie moich, ale o tym za chwilę.
O czym piszę i dlaczego przez ostatni prawie miesiąc nie napisałam tutaj nic? Nie napisałam, to prawda, bo byłam tak pochłonięta organizacją mini festiwalu biegowego, że każdą wolną chwilę poświęcałam właśnie na to przedsięwzięcie.
Odbył się on wczoraj w małym miasteczku nieopodal Krakowa Dobczycach. Mini Festiwal Biegowy o złotą Kózkę skierowany był do całych rodzin. Chcieliśmy ruszyć z kanapy, oderwać od telewizora czy komputera wszystkich od małych berbeci po staruszków,  dlatego zorganizowaliśmy kilka biegów wchodzących w skład mini festiwalu rodzinnego. Były biegi dla dzieci (5 dystansów od 100-800 m), Bieg Główny dla wszystkich tych, którzy byli w stanie przebiec 5 km oraz Nordic Walking po trasie Biegu Głównego dla tych, którzy wolą iść niż biec. Trasa płaska po centrum tego urokliwego miasteczka zachęcała do udziału. Pogoda również dopisała i w naszych biegach wzięło udział w sumie 520 osób.
Piszę MY, nie JA, bo sama tego nie dokonałam. Byłam cząstką zgranej grupy 30-paru osób, która zajmowała się organizacją, osób którzy przez ten ostatni czas współpracowali, sprzeczali się o pierdoły, wspierali nawzajem, ratowali w kryzysowych sytuacjach, obiecywali sobie po sto razy dziennie, że nigdy k*rwa więcej, by za chwilę zapomnieć rzucając się w wir pracy, pomagali sobie wzajemnie by wszystko było idealne. Po komentarzach na facebooku można stwierdzić, że impreza się udała i ludzie są zachwyceni. A jak wyglądało to od środka?
Były wpadki, oczywiście, że były i to takie które potrafiły zjeżyć włos na głowie. Dzisiaj jak o tym myślę, to śmiać mi się chce ale ta panika w oczach wielu z nas gdy wychodziło jedno czy drugie niedociągnięcie zostanie w mojej pamięci jeszcze na długo.


Zacznę od medali. Mieliśmy limit 650 osób i tyle medali ponoć przyjechało w przeddzień biegu późnym wieczorem. Koledzy wczesnym rankiem w dniu biegu przeliczyli medale i okazało się, że brakuje  ok 20 sztuk. Wiedząc, że mamy dużo chętnych i ludzie ciągle dzwonią i piszą z pytaniem o wolne miejsca to przyznam się, że ta wiadomość mnie trochę dobiła. Od razu zostało postanowione, że jak limity się wyczerpią to po pierwsze zmniejszamy limit z 650 do 640, a po drugie wszyscy Ci z naszej grupy biegowej, którzy wpadną na metę medalu nie dostaną, dorobi im się w późniejszym czasie. Na szczęście okazało się, że po pierwsze miejsc nam trochę zostało, a po drugie kilkanaście osób będących na liście startowej czyli zapisanych i opłaconych się nie pojawiło i problem zniknął.
Kolejnym problemem okazały się puchary. Po rozłożeniu na stoliku wyszło, że po pierwsze 3 są pokrzywione i trzeba szybko jechać i kupić nowe, a po drugie zostały źle wygrawerowane tabliczki dla miejsc w kategoriach wiekowych, a mianowicie nie zostało wygrawerowana kategoria czyli nie było ani K20, ani M50 itp tylko wszędzie 1, 2, 3 miejsce i tyle. Osłabiło mnie to, ale niestety nic z tym nie dało się już zrobić, takie poszły do ludzi. Na szczęście nikt się o to nie burzył więc albo stwierdzili, że tak ma być, albo nie zauważyli.
Następna wpadka to wata cukrowa. Dzieci miały dostać watę cukrową. Jak wiadomo wata cukrowa dla dziecka to ważna sprawa i gdy już ustawiła się dosyć długa kolejka po to słodkie cudo, to po zrobieniu kilkunastu wat maszyna zdechła i to tak na śmierć. Nie ukrywam, że kilka małych istot popłakało się z tego powodu. Na szczęście wparowaliśmy wtedy z drożdżówkami, których zamiast 400 zamówiliśmy, też przez pomyłkę 600, a zrobili 700 więc udobruchaliśmy małe krasnale drożdżówkami.
Kolejnym problemem okazała się dmuchana brama tzw start dla dzieci. I jak bramę mety, która również robiła za start dla biegu głównego mieliśmy od zaprzyjaźnionego klubu biegowego, porządną, dobrze zamocowaną i nic nie było w stanie ją ruszyć to bramę startową dla dzieci mieliśmy trochę mniej stabilną i wiatr robił z nią co chciał do tego stopnia, że trzeba było ją złożyć i nie było bramy startowej dla dzieci. Niby nic się nie stało bo ustawiało się dzieciaki w jednej linii ale zawsze byłoby to bardziej efektowne.
Nie wspomnę już o tym, że do strefy dzieci, takiego małego miasteczka gdzie odbywały się różne zabawy i konkursy dla dzieci i gdzie na czas biegu głównego zorganizowane było przedszkole dla dzieci nie przyszło kilkunastu wolontariuszy, którzy obiecali, że będą do pomocy i trzeba było się mobilizować wśród nas, naszych rodzin i znajomych.
To takie nasze małe, a może i duże wpadki i problemy, które nas dopadły w czasie trwania naszego festiwalu biegowego. My je bardzo przeżyliśmy, biegacze i kibice na szczęście chyba nie. Najważniejsze jest, że niebo pomimo zapowiedzi synoptyków wytrzymało i burze oraz deszcz zaserwowało nam dopiero po skończonej imprezie. Owszem było upalnie i słonecznie, ale nie lało.


niedziela, 7 maja 2017

chorobowa majówka

Majówka w tym roku wypadła w poniedziałek i środę. Wtorek w mojej pracy również był dniem wolnym za jakieś tam święto wypadające w sobotę. Wymyśliłam sobie zatem, że jeśli wezmę w czwartek i piątek urlop to będę miała cały tydzień wolnego. Plan był taki, że młody pójdzie do szkoły w czwartek i piątek a ja będę leżeć sobie cały dzień, odpoczywać, czytać książki, oglądać zaległe filmy i seriale. Ja odpocznę, a moja zepsuta noga będzie miała świetną regenerację. Same plusy.
Niestety nigdy nie jest tak jak sobie człowiek wymyśli. We wtorek dopadło mnie lekkie przeziębienie, takie z cyklu kapanie z nosa i pobolewanie gardła. Szczerze mówiąc olałam to totalnie, bo kto by się przejmował takimi pierdołami. W środę było coraz gorzej, a w ten mój niby wyczekany wyplanowany dwudniowy urlop to już w ogóle była chorobowa masakra. Poszło to dziadostwo na zatoki, więc łeb mi pękał, słabość ogarnęła, gardło zepsuło się do końca, a z nosa lało się tak, że w pewnym momencie bałam się, że się mogę odwodnić. Do tego się okazało, że młody również ma wolne w szkole i te dwa dni spędzi w domu. Szlag trafił moje plany, bo nie dość że czułam się jakby mnie coś zeżarło i wypluło, tak samo oczywiście wyglądałam to jeszcze musiałam robić za mamę na pełnym etacie czyli śniadanka, obiady, czy wrzasnąć kiedy młody dawał w kość, co nie było prostą sprawą, bo ja ledwo mówiłam, a o krzyczeniu to już mowy nie było.
Pogoda też nie wpasowała się w moje urlopowe plany, bo albo lało, albo właśnie miało lać, albo deszcz właśnie ustał. Ot, taki pogodowy miks ze słońcem i deszczem na przemian. Jedno mi się tylko udało. Wyspałam się porządnie. Trochę się tylko boję jak uda mi się jutro zwlec z łóżka o 5:00 do pracy, gdy przez tydzień wstawałam koło 9:00. Może być ciężko, szczególnie że choróbsko nadal mnie trochę trzyma i jakaś taka skapciała jestem.


wtorek, 2 maja 2017

o rowerze, psach i dziurach

Mija 9-ty tydzień bólu. Tak, noga ta złamana, jak bolała tak boli. Nie boli tylko chwilę po przebudzeniu i gdy jeżdżę na rowerze. Niesamowite, prawda? No nic, tak jest, trudno, nic nie zrobię, pozostaje mi tylko czekać. Kiedyś się zrośnie ... musi. Póki co jeżdżę na rowerze, bo jak pisałam wyżej, jest to chwila wytchnienia od ciągłego bólu, a poza tym mogę wtedy spokojnie pomyśleć, odprężyć się. To czas dla mnie. Jeżdżę sobie zatem gdy pozwala na to pogoda i czas. Pomykam na rowerku po bliższej i dalszej okolicy i obserwuję sobie wszystko wokół. I jak na początku skupiałam się na domkach, ogrodach, bo niektóre aranżacje warte były podpatrzenia, to teraz skupiam się na przydomowych zwierzętach. Przede wszystkim psach. Na początku ta psia obserwacja podyktowana była własnym bezpieczeństwem. Byłam w pełnej gotowości, żeby przycisnąć mocniej pedała jakby mi jakiś "Kajtek" wyskoczył z zamiarem wszczepienia się zębami w nogawkę. Teraz nabywszy już jakiego takiego doświadczenia psich zachowań wiem, że w 90% takie ujadacze nie wybiegają poza swoją posesję. Wypatruję jednak nadal wszystkich szczekaczy i przyłapałam się na tym, że analizuję ich warunki bytowe. I powiem Wam, że w niby tak cywilizowanym świecie jak nasz bardzo dużo takich psiaków jest jeszcze na krótkich łańcuchach uwiązanych przy budach. Najbardziej mnie boli, gdy posesja ogrodzona, bramy na piloty, kamery pomontowane, fury za pierdylion złotych stoją majestatycznie na podjeździe, a z boku ogrodu maleńka buda i na 2-3 metrowym łańcuchu pogodzony ze swoim losem piesek. Serce się kraje. Wszędzie można wprowadzić lepsze rozwiązania niż 2-metrowe łańcuchy, nawet tam gdzie nie ma ogrodzenia. Można taki łańcuch powiesić na linie uwieszonej pomiędzy budynkami, żeby taka psia bida miała trochę ruchu i możliwości w przemieszczaniu się, a nie czekała bezradnie przy tej swojej budzinie na jakieś zainteresowanie pana, który ma ją w wielkim poważaniu. A ta psina czeka, czeka i mimo wszystko kocha tego swojego oprawcę. Wrrr. To są te momenty kiedy włącza mi się ta moja wredna i złośliwa JA i mam olbrzymią ochotę uwiązać zamiast takiego psa jego właściciela na kilka dni na takim 2-metrowym łańcuchu przy budzie, a niech sobie posiedzi. I wracam do domu taka podminowana i wita mnie ta moja kupa futra, która nie wie jaka jest szczęśliwa, bo robi co chce z moim ogrodem, a raczej już z jej ogrodem, bo przekopała mi ogródek według własnego jakiegoś tam wyobrażenia i cieszy się bardzo jak mnie widzi, bo może pokazać mi swoje nowe arcydzieło, które wykopała na samym środku staranie wypielęgnowanego niegdyś trawnika - dziurę, wielką, głęboką dziurę. I gdy patrzę w ten uradowany, szczęśliwy pysk to już nawet nie mam siły się na nią gniewać i tylko widzę oczami wyobraźni męża, który mimo wszystko się jeszcze nie poddaje i zapewne za chwilę przybiegnie z grabkami, żeby zasypać to psie arcydzieło, a moja psa będzie grzecznie siedzieć z boku i czekać aż skończy i sobie pójdzie, aby od nowa zacząć swoje wykopaliska..... i tak już od miesiąca. Jedno zagrzebuje, drugie odkopuje i tak sobie myślę, że w sumie to powinnam się cieszyć, że to w jednym miejscu jest ta "walka o dominację", a poza tym moja psa jest szczęśliwa i to chyba najważniejsze.


wtorek, 18 kwietnia 2017

wróciła zima

Pogoda oszalała. W Święta Wielkanocne (czyli wczoraj i przedwczoraj) był istny kalejdoskop pogodowy. Raz świeciło słońce, a za chwilę wiał olbrzymi wiatr, padał deszcz, grad i znowu słońce. Do tego temperatury wcale nie rozpieszczały, bo średnio było od 5 do 10 stopni. Dzisiaj, dzień po świętach wzięłam sobie jeszcze dzień urlopu w pracy, bo po pierwsze młody ma wolne od szkoły, a po drugie miałam na dzisiaj wiele planów porządkowych. Ogarnięcie ogrodu i takie tam różne domowe i przydomowe porządki, które wypada robić chociaż dwa razy w roku, a z którymi nie zdążyłam przed świętami. Zapowiadali pogorszenie pogody i olbrzymie ulewy, co mnie troszkę martwiło, bo grzebać w trakcie deszczu w ogrodzie nie miałam zamiaru, ale że prognozy zazwyczaj się nie sprawdzają to miałam nadzieję, że i tym razem się nie sprawdzą. Niestety już wieczorem lunęło. Tak, to nie był zwyczajny wiosenny deszczyk tylko olbrzymia ulewa, taka przy której uwielbiam spać, bo takie walenie deszczu o dach, rynny, parapety bardzo mnie uspokaja i usypia. Dzisiaj rano otworzyłam oczy i nie słyszałam deszczu, nic nie dudniło, nawet delikatnego stukotu nie było słychać. Taaaaa, zaśmiałam się w duchu z jeszcze na pół zamkniętymi oczami, miało ponoć padać cały dzień, znowu im się prognozy nie sprawdziły. Oczywiście zwlekając się z łóżka już planowałam, gdzie w ogrodzie trzeba wygrabić pozostałe po jesieni liście, gdzie powyrywać chwasty, gdzie przyciąć iglaki i takie tam ogrodnicze myśli plątały mi się po głowie dopóki nie odsłoniłam rolet i nie wyjrzałam na zewnątrz. Normalnie mnie zatkało. Było biało, wszędzie biało, a do tego sypał gęsty śnieg. Teraz już wiem, czemu nie obudził mnie rano dudniący deszcz. Teraz mamy prawie południe, a śnieg jak sypał tak nadal sypie. Moje plany ogrodowe poszły się paść, ale może to i lepiej. Posiedzę, poczytam książkę, dam odpocząć tej mojej złamanej nodze, nie będę jej nadwyrężać, a prace w ogrodzie, nie zając, nie uciekną.


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

o złamaniu zmęczeniowym

Dzisiaj będzie o tym co spotkało mnie 5 tygodni temu. Drugi raz w moim życiu po 2.5 roku moja kość strzałkowa ponownie się złamała. Strasznie ciężko mi było się zabrać do napisania tego postu, bo myśleć o tym nie mogę, a co dopiero pisać. Ale wiem, że to ważne dla mnie, bo gdy przytrafiło mi się to kolejny raz szukałam w starych postach jakiegoś dokładniejszego opisu odnośnie tamtego złamania. Odczucia, opisu bólu, miejsca złamania, kroki postępowania ... czegokolwiek i niestety nigdzie nie znalazłam dokładnego opisu, dlatego teraz napiszę wszystko jak na spowiedzi i mam nadzieję, że mi się to już nigdy w życiu nie przytrafi i nie będę za jakiś czas szukała tego postu, żeby sobie przypomnieć co to się dokładnie działo przy takim złamaniu.
Moją opowieść zacznę od tego, że ta kość nie miała prawa się złamać. Nie było żadnego przeciążenia, żadnego bólu. Jakiekolwiek kontuzje większe czy mniejsze, czyli ból kolana, problem z czworogłowym, ból golenia, pasmo biodrowo-piszczelowe dotyczyło drugiej nogi, czyli lewej. Prawa noga, czyli ta, która doznała kiedyś (i teraz) złamania zmęczeniowego kości strzałkowej hulała bez problemu i bez jakichkolwiek bóli. Bardzo na siebie uważałam. Gdy łapała mnie jakaś kontuzja od razu przestawałam biegać, skupiałam się na ćwiczeniach, rolowaniu, rozciąganiu. Wsłuchiwałam się we własny organizm. Pewnie dlatego te dwa lata były takie marne pod względem biegowym.
Na początku stycznia zaczęłam przygotowywać się do maratonu, który planowałam przebiec w Krakowie 30 kwietnia. Biegałam więcej, częściej ale uważnie i rozsądnie.
Złamanie nastąpiło 6 marca w poniedziałek po wykonaniu 2 minut ćwiczenia o nazwie "plank". Tak, tak, nogę złamała mi zwykła deska, którą z koleżankami z pracy robiłyśmy od kilku tygodni raz dziennie zwiększając długość ćwiczenia.
Ale wcześniej ...
W piątek 3 marca przeszłam po lesie z moją psą 6 km.
W sobotę 4 marca pojechaliśmy z grupą znajomych do Puszczy Niepołomickiej gdzie po miękkim podłożu (bo leśnych ścieżkach, duktach i drogach żwirowych) przebiegliśmy 20 km.
W niedzielę 5 marca pojechaliśmy z rodzinką w Tatry gdzie przeszliśmy do Morskiego Oka i Schroniska w Starej Roztoce około 20 km.
I w poniedziałek kość strzałkowa się złamała.
Muszę dodać, że przez te dni nie było żadnego bólu, żadnego sygnału, że coś się tam może dziać. Owszem, czułam ogólne zmęczenie nóg, ale nic mnie nie bolało.
Gdy wstałam z podłogi po zrobieniu planka poczułam ból z zewnętrznej strony nogi, nad kostką. Od razu sobie przypomniałam, że znam ten ból. Tak samo bolało gdy 2.5 roku temu doszło do złamania. Było to takie pieczenie i lekkie swędzenie, tam gdzieś w środku nogi. Nie był to ból mięśniowy. To tak jakby polewać spirytusem otwartą ranę. Od razu zaczęłam odciążać nogę. Zrobiłam też serię zabiegów fizykoterapeutycznych (laser, krioterapia, elektroterapia). Staram się chodzić o kuli, ale jednak delikatnie naciskam na tą nogę przy stawaniu. Nie dam rady całkiem jej odciążyć, bo muszę jakoś funkcjonować. Badania wykazały "złamanie zmęczeniowe". Dwóch niezależnych lekarzy, u których byłam zaleciło mi jazdę na rowerze i pływanie. Z pływaniem u mnie słabo, niby utrzymam się na wodzie, żabką popływam ale nie przepadam za wodą, dlatego postawiłam na rower i staram się dużo jeździć. Ponoć wtedy jest lepsze krążenie i to ma pomagać przy naprawie tej nogi.
Jest mi ciężko. Wszystkie moje plany i marzenia biegowe w jednej chwili zostały pogrzebane. Psychicznie bardzo to przeżyłam. Teraz już jest lepiej, bo jakoś oswoiłam się z tą sytuacją i pogodziłam, chociaż nie ukrywam, że czasami mam gorsze dni. Fizycznie też nie jest różowo, bo niestety ta noga prawie cały czas mnie boli i po takim całym dniu bólu mam już wszystkiego dosyć. Ostatnio zdarza się więcej chwil bez bólu, szczególnie gdy jeżdżę na rowerze, wtedy nie boli wcale. Kość się zrasta, ale niestety bardzo powoli, więc o standardowych 6 tygodniach zrostu kości nie ma tu mowy. Lekarz nie potrafi powiedzieć ile to potrwa. Na razie idzie to bardzo mozolnie i ortopeda przepowiadał coś ostatnio o 12 tygodniach, ale też głowy sobie obciąć nie da, że po tym czasie będę mogła już biegać. Na razie wprowadziłam do jadłospisu dużo wapnia, białka. Objadam się też witaminą D3+K i czekam. Kiedyś się zrośnie, musi. Tylko co dalej. Nie wiem, nie mam siły na razie o tym myśleć, to dla mnie za dużo. Jedno wiem. Ona nie miała prawa się złamać i wcześniej czy później będę musiała znaleźć przyczynę.


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

rowerowe krokusowanie

Przyszła wiosna. Zrobiło się ciepło, słonecznie i cała przyroda ruszyła z kopyta. Już od jakiegoś czasu mieliśmy chrapkę na górską wycieczkę tam gdzie łąki fioletowe od krokusów. Nagły zryw przyrody i nienaturalnie słoneczny i ciepły weekend zmotywowały nas do odwiedzenia najpiękniejszej doliny krokusowej w Polsce, a mianowicie Doliny Chochołowskiej. Wiem, wiem, wszyscy przestrzegali, że w tej dolince tłumy jak na jarmarku bożonarodzeniowym, że ludzie idą jak w procesji jeden przy drugim. Jednak ja, że niechodząca, a dolina Chochołowska to jedyna dolina w Tatrach Polskich gdzie można na rowerze to za bardzo wyjścia nie miałam.
Zebraliśmy chętną grupę znajomych i w cztery auta z kilkoma rowerami na dachu (bo nie wszyscy chcieli na rowerach, woleli nogami), bladym świtem pojechaliśmy na Zakopane. Przed samą dolinką stanęliśmy w małym korku, bo przypchało się przy wjeździe na parking. Mnie oczywiście jak to mam w zwyczaju po wypiciu hektolitrów moczopędnej kawy, którą raczyłam się całą drogą, żeby się jakoś dobudzić zachciało się tej kawy nagle pozbyć z organizmu, więc chcąc nie chcąc wypadłam na jednej zdrowej nodze, drugą chorą lekko za sobą pociągając z auta i pognałam (albo raczej pokuśtykałam) w poszukiwaniu przybytku zwanego Toi Toi'em. Gdy już go wypatrzyłam w oddali i przy okazji ten sznureczek przebierającymi nogami ludzi do niego, to skręciłam w najbliższy lasek wiedząc, że mój pęcherz nie wytrzyma takiej próby czasu. Po nawodnieniu okolicznych krzaczków nie chcąc się wracać na parking w poszukiwaniu auta, stanęłam grzecznie w kolejce do kasy informując ludzi ustawiających się za mną, że nas tu będzie więcej tylko się wygrzebują z aut. W rezultacie prawie doszłam do kas, gdy zjawiła się reszta, więc oprócz mnie nikt z naszej grupki nie stał w kolejce.
Doliną szło bardzo dużo ludzi, jednak nam to wcale nie przeszkadzało, bo przecież polany pełne krokusów były po dwóch stronach, nikt ich nie deptał, nikt na te łąki nie wchodził, a jeśli ktoś nawet się odważył to od razu był upominany przez pilnujących strażników tatrzańskich i innych ludzi.
Widoki piękne, fioletowe połacie i w oddali ośnieżone szczyty. Pogoda śliczna, fajna, zgrana grupa, super spędzony czas i wspaniałe wspomnienia.
Polecam Dolinę Chochołowską w czasie kwitnienia krokusów. To magiczne miejsce i te tłumy ludzi wcale nie przeszkadzają, naprawdę.