Wczoraj w teleturnieju Milionerzy, co to leci na TVN-nie kobieta wygrała milion złotych. Pewnie bym o tym nie wiedziała, gdyby młody nie darł się na cały dom, że on powinien być milionerem, bo zna odpowiedź. Dlatego bardziej mnie ten temat zainteresował i rzeczywiście równe 2 minuty zajęło mi policzenie w pamięci ile to jest 1111 x 1111.
Ten temat przerabiają na matmie w szóstej klasie szkoły podstawowej. Wiem, bo młody przez to też przechodził i ja jako matka żandarm wiecznie sprawdzająca i kontrolująca zadania domowe młodego leniucha, chcąc nie chcąc byłam na bieżąco w temacie.
Wczoraj zatem młody piał jak kogut dumnie unosząc pierś, że zna odpowiedź na pytanie za milion,a dzisiaj rano rozwinął to swoje myślenie na ten temat do tego, że sobie wydedukował, że jak on znał odpowiedź, to on w ogóle już do szkoły nie musi chodzić, bo i po co skoro już pewnie wszystko wie i niczego nowego się nie nauczy. Ot takie mądre nastoletnie myślenie, które dzisiaj wczesnym rankiem próbowałam naprowadzić na właściwe tory delikatnie dając coraz to nowe przykłady, argumenty, że to jego myślenie nie do końca jest zgodne z rzeczywistością. Jednak gdy ja swoje, a on swoje, a czas płynął i trzeba było iść do szkoły, żeby się nie spóźnić to moje delikatne tłumaczenie poszło się paść, warknęłam, fuknęłam i wystawiłam młodego za drzwi z nakazem pójścia do szkoły. Coś jednak czuję, że ta psychologiczna wojna nie została jeszcze wygrana i dzisiaj po południu czeka mnie kolejna słowna potyczka. Ech. Dziękuję Ci TVN.
W moim biegu przez życie wciąż rodzą się nowe pasje, stare się przedawniają, czasami odchodzą, czasami spychane są na pogranicze mojego czasu, czasami trwają i walczą o zainteresowanie.
czwartek, 22 marca 2018
sobota, 17 marca 2018
na nartach biegowych
Już była wiosna i znowu mamy zimę i to taką z minus sześcioma stopniami i prószącym śniegiem. I pomyśleć, że byłam zła na tą wiosnę co to przyszła w tamten weekend, że przyszła. Tak sobie właśnie wymyśliłam w marcu, więc na końcówce zimy, że jak biegać nie mogę (przez złamanie zmęczeniowe strzałki) to może spróbowałabym poszurać nogami na nartach biegowych. Dodam, że nigdy w życiu nie jeździłam na biegówkach. Generalnie nart nie lubię, bo ograniczają. Wiecie, takie dwie kłody u nóg i do tego teren gdzie się jeździ to wyciąg - zjazd, wyciąg - zjazd i tak w kółko, jak chomik w kołowrotku. I zimno i mroźno, no nieciekawie według mnie. Ale biegówki ... hm, pomyślałam, to zupełnie inna bajka. Całkiem niedaleko od Krakowa w Beskidzie Wyspowym, wokół królowej tegoż beskidu, Mogielicy wyznaczone są trasy biegowe. W kilku punktach można również wypożyczyć komplet nart do narciarstwa biegowego i to za darmo. Stwierdziłam zatem, że chcę spróbować. Codziennie sprawdzałam na necie jakość tras (jest tam kilka, ośla łączka, lajtowa 5km, taka 2km pod samą Mogielicą i 21km na około góry), bo przyszła wiosna i warunki pogarszały się w zastraszającym tempie, śnieg topniał, pojawiały się wystające kamienie i przetarcia. http://trasymogielica.pl/ codziennie podają aktualne warunki na trasach biegowych.
Przyszła sobota, piękne wiosenne słońce, prawie 16 stopni ciepła i warunki na trasie takie sobie, ale że ja uparta jestem i jak sobie coś wymyślę to nie ma uproś, więc pojechałam do miejscowości Słopnice, gdzie w Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego przy LKS Zalesianka wypożyczyłam narty i podjechałam na parking "Wyrebiska", żeby tam rozpocząć moją przygodę z narciarstwem biegowym.
Pokonałam na nartach 11 km i bardzo mi się podobało, pomimo tego, że najpierw miałam problem jak połączyć buty z nartami, bo ten niby klik przy naciśnięciu to strasznie ciężko działał i pomimo tego, że w jednym miejscu po prostu ściągnęłam narty i zeszłam z górki z nartami pod pachą, bo z hamowaniem miałam problem. Jak się rozpędziłam to pozostało mi tylko zdrowaśki odmawiać w duchu i trzymać się za wszelką cenę wyznaczonego toru, co by nie zaliczyć gleby, bo pewnie by bolało, gdy śnieg już taki zlodowaciały był.
Taki rodzaj narciarstwa spodobał mi się do tego stopnia, że na następną zimę kupuję narty biegowe i będę sobie zwiedzać pobliskie góry i lasy na nartach. Wcześniej tylko przyswoję trochę wiedzy teoretycznej na ten temat, przede wszystkim jak hamować, żeby zahamować. Ale na to mam całe lato.
Przyszła sobota, piękne wiosenne słońce, prawie 16 stopni ciepła i warunki na trasie takie sobie, ale że ja uparta jestem i jak sobie coś wymyślę to nie ma uproś, więc pojechałam do miejscowości Słopnice, gdzie w Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego przy LKS Zalesianka wypożyczyłam narty i podjechałam na parking "Wyrebiska", żeby tam rozpocząć moją przygodę z narciarstwem biegowym.
Pokonałam na nartach 11 km i bardzo mi się podobało, pomimo tego, że najpierw miałam problem jak połączyć buty z nartami, bo ten niby klik przy naciśnięciu to strasznie ciężko działał i pomimo tego, że w jednym miejscu po prostu ściągnęłam narty i zeszłam z górki z nartami pod pachą, bo z hamowaniem miałam problem. Jak się rozpędziłam to pozostało mi tylko zdrowaśki odmawiać w duchu i trzymać się za wszelką cenę wyznaczonego toru, co by nie zaliczyć gleby, bo pewnie by bolało, gdy śnieg już taki zlodowaciały był.
W miejscu wypożyczania nart można sobie wziąć mapę z zaznaczoną trudnością tras. Kolor niebieski-łatwa, kolor czerwony - średnio trudna, a czarny - trudna.
Taki rodzaj narciarstwa spodobał mi się do tego stopnia, że na następną zimę kupuję narty biegowe i będę sobie zwiedzać pobliskie góry i lasy na nartach. Wcześniej tylko przyswoję trochę wiedzy teoretycznej na ten temat, przede wszystkim jak hamować, żeby zahamować. Ale na to mam całe lato.
czwartek, 22 lutego 2018
ferie w górach
Jako, że na nartach nie jeżdżę, za śniegiem i zimą nie przepadam, to od kilku lat ferie spędzam nad morzem. W tym roku jednak na skutek różnych zdarzeń i wypadków nie tylko moich ale i reszty ekipy wyjazdowej ferie spędziłam w stolicy Tatr, a mianowicie Zakopanem. Nie mogę powiedzieć, że był to bardzo aktywny wyjazd, ale zważywszy na moją zepsutą nogę bardzo mi ten rodzaj wypoczynku odpowiadał. Ferie w tym roku były zatem spacerowo - imprezowe i to słowo "spacerowe" to powinnam chyba wziąć w cudzysłów, bo nigdzie nie ruszałam się bez moich sanek, takiej lekkiej, plastikowej rynienki i gdy noga pobolewała bardziej to rozsiadałam się w tej rynience jak Królowa Śniegu w swoich saniach i moja męska część rodziny robiła za konie ciągnąc zdechlaka za sobą. Na szczęście było dużo śniegu, więc można było saneczkować w mieście jak i w tatrzańskich dolinkach. Przez taką małą ruchliwość przywiozłam sobie do domu kilka nadprogramowych kilogramów, ale do wiosny jeszcze daleko i póki co mogę je ukryć pod tymi tonami ciuchów, a co przybyło to i odejdzie ... kiedyś.
Poniżej kilka zimowych fotek.
Poniżej kilka zimowych fotek.
Krupówki - bo jakże tak być w Zakopanem i nie przedreptać się po najsłynniejszej ulicy w Polsce
na Wielką Krokiew można wyjechać kolejką krzesełkową - idealne rozwiązanie dla takiej kaleki jak ja
Ścieżka pod Reglami. Spacer od Wielkiej Krokwi do parkingu przy wejściu do Doliny Małej Łąki. Aż wstyd się przyznać, ale szłam (saneczkowałam) tym szlakiem pierwszy raz w życiu.
Faceci to takie duże dzieci. Wymyślili sobie zabawę w otrzepywaniu choinek ze śniegu na siebie i innych akurat przechodzących ... tak, tak, o sobie piszę ... a ile przy tym mieli frajdy.
Żadnej górce nie przepuścili - oczywiście na moich sankach!! A potem się zastanawiali, czemu odcinek 5 km szliśmy pół dnia.
W jeden feriowy dzień była piękna pogoda, taka z błękitnym niebem i bez opadów śniegu. Wykorzystaliśmy ją (to pogodę znaczy się) na spacer Doliną Kościeliską.
Dolina Kościeliska w zimie jest piękniejsza niż latem.
Na ten sam pomysł co my, by przejść Doliną Kościeliską wpadło dużo ludzi, na szczęście jakiś wielkich tłumów, jak w Dolinie Chochołowskiej gdy wysyp krokusów, to nie było.
Tutaj w Dol. Kościeliskiej konie wożą max 5 osób w saniach, nie to co na drodze do Morskiego Oka, ale i tak bym nie wsiadła na takie sanie, bo śmierdzą: konie, sanie i powietrze do kilku metrów od nich fuuuu. Ale konie piękne. Mogłam tak patrzeć i patrzeć, i patrzeć ... oczywiście w bezpiecznej odległości (tych pięciu metrów ;) )
Śnieg był prawdziwie biały, niebo prawdziwie niebieskie, takie bez smogu, kurzu, brudu.
Schronisko PTTK na Hali Ornak
Oczywiście górka w dolinie Kościeliskiej + moje sanki i pół godziny nie nasze, bo faceci musieli się wyjeździć.
sobota, 10 lutego 2018
biegowa przerwa
Chyba nic nie dzieje się na tym świecie bez przyczyny. Najpierw atmosfera w mojej grupie biegowej zrobiła się tak gęsta, że można ją było kroić nożem, a za chwilę moja noga się zepsuła.
Najpierw o grupie. Gdy się biega, to fajnie mieć kogoś z kim można umówić się na trening, pojechać razem na zawody czy zwyczajnie pogadać o wspólnej pasji. Tyle. Grupa biegowa to dodatek do mojego życia. Przynajmniej ja to tak widzę. Gdy więc ludzie zaczynają się spierać między sobą o pierdoły, gdy kilka osób zaczyna traktować grupę jak jakąś sektę zmuszając pozostałych do obowiązkowych treningów czy udzielania się bez względu na wszystko w grupie to już wtedy przestaje być miło i grupa przybiera twór, który nie do końca mi odpowiada. Przyznam, że ostatnio wiele stresów kosztowała mnie przynależność do tej grupy. Z jednej strony chciałam biegać, przygotowywać się do maratonu, więc i dodatkowo ćwiczyć, a z drugiej czułam się w obowiązku by jechać na trening biegowy w jeden odgórnie wyznaczony dzień w tygodniu. Jedno z drugim mi kolidowało, do tego praca, dom, inne sprawy i ja pośrodku tego wszystkiego, pośrodku wiecznych pretensji o wszystko. Męczyło mnie to okrutnie i tu nagle trach ... moja noga się skontuzjowała.
Identyczna sytuacja jak rok temu, czyli taka powtórka z rozrywki. Tylko tym razem przy mniejszej aktywności fizycznej, bo nie biegałam po 20 km na treningu tylko 6 do 10-ciu. Nie chodziłam po górach 25 km tylko jakieś 8 km z moją psą po okolicznych lasach. Według mnie złamanie zmęczeniowe, oczywiście tej samej nogi i miejsca co już dwukrotnie (czyli kość strzałkowa). To moje zdanie, lekarz twierdzi, że nie złamanie, bo mu rentgen go nie pokazał. Nie chciało mi się z nim spierać, że przecież obydwoje wiemy, że rtg nie pokaże pęknięć wewnątrz kości od razu, a dopiero gdy zacznie się stan naprawczy. Twierdzi, że nie złamanie, ale co to może być to nie wie. Kazał biegać, a jak będzie bolało to przyjść na zastrzyk z blokadą ortopedyczną. Taaaa. Póki co bardzo boli jak dłużej pochodzę, o bieganiu nawet nie wspominając. Ból jest taki sam jak przy złamaniu z tamtego roku, więc pieczenie, a czasami też kłucie.
Skończyłam zatem z bieganiem i przygotowaniem do maratonu, które tak naprawdę nie zdążyło się za bardzo rozkręcić. Trudno. Wylałam rzekę łez,a gdy nic to nie dało, to wzięłam się w garść i zaczęłam planować wycieczki rowerowe. Widzę też jedną dobrą stronę tej mojej maleńkiej tragedii. Problem z grupą biegową mi się rozwiązał. Nie biegam, wiec się nie udzielam, nie wtrącam, nie angażuję. Niech sobie robią co chcą.
Dzisiaj mija 1.5 tygodnia od kiedy zepsuła mi się noga. Jak bolała tak boli, póki co poprawy nie ma.Wiem, że powinnam ja odciążać, żeby się szybciej naprawiła, ale zbuntowałam się i nie będę chodzić o kulach. Nie będę i już. Pewnie przez to będzie się dłużej zrastać. Trudno. Do pracy jadę autem, pracę mam siedzącą, staram się za dużo nie chodzić. Jakoś to będzie. Za tydzień wyjeżdżam w góry na kilka dni na ferie. Biorę ze sobą sanki, w końcu mam dwóch mężczyzn w domu (mąż i młody) niech mnie wożą jak trzeba będzie gdzieś dalej iść. Na szczęście śniegu jest pod dostatkiem, więc dadzą radę. Jakoś to będzie.
Najpierw o grupie. Gdy się biega, to fajnie mieć kogoś z kim można umówić się na trening, pojechać razem na zawody czy zwyczajnie pogadać o wspólnej pasji. Tyle. Grupa biegowa to dodatek do mojego życia. Przynajmniej ja to tak widzę. Gdy więc ludzie zaczynają się spierać między sobą o pierdoły, gdy kilka osób zaczyna traktować grupę jak jakąś sektę zmuszając pozostałych do obowiązkowych treningów czy udzielania się bez względu na wszystko w grupie to już wtedy przestaje być miło i grupa przybiera twór, który nie do końca mi odpowiada. Przyznam, że ostatnio wiele stresów kosztowała mnie przynależność do tej grupy. Z jednej strony chciałam biegać, przygotowywać się do maratonu, więc i dodatkowo ćwiczyć, a z drugiej czułam się w obowiązku by jechać na trening biegowy w jeden odgórnie wyznaczony dzień w tygodniu. Jedno z drugim mi kolidowało, do tego praca, dom, inne sprawy i ja pośrodku tego wszystkiego, pośrodku wiecznych pretensji o wszystko. Męczyło mnie to okrutnie i tu nagle trach ... moja noga się skontuzjowała.
Identyczna sytuacja jak rok temu, czyli taka powtórka z rozrywki. Tylko tym razem przy mniejszej aktywności fizycznej, bo nie biegałam po 20 km na treningu tylko 6 do 10-ciu. Nie chodziłam po górach 25 km tylko jakieś 8 km z moją psą po okolicznych lasach. Według mnie złamanie zmęczeniowe, oczywiście tej samej nogi i miejsca co już dwukrotnie (czyli kość strzałkowa). To moje zdanie, lekarz twierdzi, że nie złamanie, bo mu rentgen go nie pokazał. Nie chciało mi się z nim spierać, że przecież obydwoje wiemy, że rtg nie pokaże pęknięć wewnątrz kości od razu, a dopiero gdy zacznie się stan naprawczy. Twierdzi, że nie złamanie, ale co to może być to nie wie. Kazał biegać, a jak będzie bolało to przyjść na zastrzyk z blokadą ortopedyczną. Taaaa. Póki co bardzo boli jak dłużej pochodzę, o bieganiu nawet nie wspominając. Ból jest taki sam jak przy złamaniu z tamtego roku, więc pieczenie, a czasami też kłucie.
Skończyłam zatem z bieganiem i przygotowaniem do maratonu, które tak naprawdę nie zdążyło się za bardzo rozkręcić. Trudno. Wylałam rzekę łez,a gdy nic to nie dało, to wzięłam się w garść i zaczęłam planować wycieczki rowerowe. Widzę też jedną dobrą stronę tej mojej maleńkiej tragedii. Problem z grupą biegową mi się rozwiązał. Nie biegam, wiec się nie udzielam, nie wtrącam, nie angażuję. Niech sobie robią co chcą.
Dzisiaj mija 1.5 tygodnia od kiedy zepsuła mi się noga. Jak bolała tak boli, póki co poprawy nie ma.Wiem, że powinnam ja odciążać, żeby się szybciej naprawiła, ale zbuntowałam się i nie będę chodzić o kulach. Nie będę i już. Pewnie przez to będzie się dłużej zrastać. Trudno. Do pracy jadę autem, pracę mam siedzącą, staram się za dużo nie chodzić. Jakoś to będzie. Za tydzień wyjeżdżam w góry na kilka dni na ferie. Biorę ze sobą sanki, w końcu mam dwóch mężczyzn w domu (mąż i młody) niech mnie wożą jak trzeba będzie gdzieś dalej iść. Na szczęście śniegu jest pod dostatkiem, więc dadzą radę. Jakoś to będzie.
środa, 31 stycznia 2018
Pies Północy
Mam najwspanialszego psa na świecie. Jest w niej (bo to suczka) tyle miłości, co widać jak mnie wita i szaleńczo się cieszy gdy wracam do domu, tyle cierpliwości gdy rzucam się na nią by się poprzytulać to tej kupy futra, i wiem, że ta rasa psów nie lubi być obejmowana bo czuje się osaczona, to mimo wszystko moja psa dzielnie znosi te przytulaski.
Husky!!! - inteligentny, przyjazny indywidualista.
Dzisiaj przeczytałam piękny tekst o tych psach:
" Psy północy nie są dla wszystkich. Tak naprawdę są dla wariatów którzy kochają błysk w ich oczach po udanej psocie, którzy cierpliwie mierzą się z uporem, sprytem i inteligencją, którzy zrozumieją, że północniak kocha swoją rodzinę do ostatniego oddechu, ale w duszy zostało mu trochę z wilka i tę część jego natury też trzeba uszanować."
Jakie to prawdziwe ....
Czemu akurat piszę o moim psie?
Po kilku bardzo aktywnych dniach (rower, bieganie, fitness) postanowiłam dzisiaj dać odpocząć moim kopytkom, co by ich nie nadwyrężać, żeby się jakaś kontuzja (tfu, tfu) nie przyplątała. Taki miałam plan dopóki nie wróciłam do domu z pracy, bo gdy tylko wysiadłam z auta i przywitałam się z moją husky to zobaczyłam w jej oczach taką ogromną prośbę "weź mnie na spacer". Uwierzcie, prawie do mnie mówiła tymi swoimi proszącymi oczyskami. Jako, że pogoda ostatnio to bardziej jesienna lub wiosenna jest niż zimowa, bo z 8 stopni na plusie i słoneczka więcej niż chmur, to rzuciłam wszystko i polazłyśmy do lasu. Ja, jak to ja, czyli osoba, która potrafi się zgubić nawet na Rynku w Krakowie, oczywiście zamotałam się w lesie, który aż wstyd się przyznać, ale w miarę dobrze znam. Na swoją obronę mam tylko to, że te drzewa to takie same wszystkie się wydają. Na szczęście przy pomocy google map (gdy już się udało złapać zasięg w tym ciemnym, złym lesie) jakoś dotarłyśmy do cywilizacji i się okazało, że my w sąsiedniej miejscowości wylądowałyśmy. Jako, że już robiło się ciemno to wróciłyśmy do domu ulicą, a nie przez las i w ten sposób przedeptałyśmy 9 km. Powiecie, phi, co to 9 km. Niby niewiele, ale jak na dzień odpoczynku (czytaj" kanapa, nogi na suficie, co by krew lepiej krążyła i te sprawy) to taka odległość mała nie jest dla umęczonych nóg. Moich oczywiście, bo moja psa pewnie czuła niedosyt. Jednak dla tej psiej radości, gdy mogła obwąchać każde drzewo, wytaplać się w błotnistym strumyku, przeczołgać po zdechłej, rozkładającej się myszy (wszak to ponoć najlepsza psia perfuma na świecie) warto było umęczyć nogi. Nie wiem tylko co będzie jutro, bo w planach było bieganie, ale tym już się będę martwić rano, gdy będę próbowała wstać z łóżka.
Husky!!! - inteligentny, przyjazny indywidualista.
Dzisiaj przeczytałam piękny tekst o tych psach:
" Psy północy nie są dla wszystkich. Tak naprawdę są dla wariatów którzy kochają błysk w ich oczach po udanej psocie, którzy cierpliwie mierzą się z uporem, sprytem i inteligencją, którzy zrozumieją, że północniak kocha swoją rodzinę do ostatniego oddechu, ale w duszy zostało mu trochę z wilka i tę część jego natury też trzeba uszanować."
Jakie to prawdziwe ....
Czemu akurat piszę o moim psie?
Po kilku bardzo aktywnych dniach (rower, bieganie, fitness) postanowiłam dzisiaj dać odpocząć moim kopytkom, co by ich nie nadwyrężać, żeby się jakaś kontuzja (tfu, tfu) nie przyplątała. Taki miałam plan dopóki nie wróciłam do domu z pracy, bo gdy tylko wysiadłam z auta i przywitałam się z moją husky to zobaczyłam w jej oczach taką ogromną prośbę "weź mnie na spacer". Uwierzcie, prawie do mnie mówiła tymi swoimi proszącymi oczyskami. Jako, że pogoda ostatnio to bardziej jesienna lub wiosenna jest niż zimowa, bo z 8 stopni na plusie i słoneczka więcej niż chmur, to rzuciłam wszystko i polazłyśmy do lasu. Ja, jak to ja, czyli osoba, która potrafi się zgubić nawet na Rynku w Krakowie, oczywiście zamotałam się w lesie, który aż wstyd się przyznać, ale w miarę dobrze znam. Na swoją obronę mam tylko to, że te drzewa to takie same wszystkie się wydają. Na szczęście przy pomocy google map (gdy już się udało złapać zasięg w tym ciemnym, złym lesie) jakoś dotarłyśmy do cywilizacji i się okazało, że my w sąsiedniej miejscowości wylądowałyśmy. Jako, że już robiło się ciemno to wróciłyśmy do domu ulicą, a nie przez las i w ten sposób przedeptałyśmy 9 km. Powiecie, phi, co to 9 km. Niby niewiele, ale jak na dzień odpoczynku (czytaj" kanapa, nogi na suficie, co by krew lepiej krążyła i te sprawy) to taka odległość mała nie jest dla umęczonych nóg. Moich oczywiście, bo moja psa pewnie czuła niedosyt. Jednak dla tej psiej radości, gdy mogła obwąchać każde drzewo, wytaplać się w błotnistym strumyku, przeczołgać po zdechłej, rozkładającej się myszy (wszak to ponoć najlepsza psia perfuma na świecie) warto było umęczyć nogi. Nie wiem tylko co będzie jutro, bo w planach było bieganie, ale tym już się będę martwić rano, gdy będę próbowała wstać z łóżka.
poniedziałek, 15 stycznia 2018
O Biegu Wielkich Serc
Wczoraj wzięłam udział w 6 Biegu Wielkich Serc w Krakowie już po raz czwarty. Jest to bieg w ramach WOŚP.
Do ostatniej chwili właściwie wahałam się czy pobiec czy nie, bo przecież ja wciąż chora jestem. Jak mnie wzięło pod koniec grudnia tak trzyma nadal, a raczej przechodzę przez kolejne etapy. Mogłabym powiedzieć, że jestem teraz na poziomie choroby o nazwie ból gardła i katar plus osłabienie gratis, więc wesoło nie jest.
Bez względu na mój stan zdrowia miałam jechać na te zawody, bo obiecałam pomóc przy organizacji biegów dla dzieci, a ja jak się do czegoś zdeklaruję to choćby nie wiem co to słowa dotrzymam.Pojechałam zatem i tak do ostatniej chwili walczył mój rozum z sercem. Serce wygrało, pobiegłam. Przed biegiem sobie wmawiałam, że fajna pogoda, bo lekki mrozik, bez śniegu i lodu na trasie, słonecznie więc sobie delikatnie potruchtam. Oczywiście, ja jak to ja, teoria sobie, a w trakcie biegu gdy emocje wylewają się na zewnątrz i mózg się wyłącza pobiegłam ile sił w kopytkach. Na metę dobiegłam z czasem 27'.20'' pokonując dokładnie 5km i 150m, bo trasa liczyła trochę ponad piątkę, więc jak na moją marną kondycję i osłabiony chorobą organizm to wynik uważam za rewelacyjny. Bieg w 100% jest charytatywny, co oznacza, że całość z opłat startowych przeznaczona jest na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Patrząc na zerowy budżet imprezy to jest ona zorganizowana na wysokim poziomie. Dzięki sponsorom mieliśmy pomiar czasu, pakiety startowe i nawet medale na mecie były i to jakie piękne, a po biegu każdy uczestnik otrzymał poczęstunek w postaci pączka.
Kolejnym biegiem, na który jestem zapisana i opłacona jest Półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego - 18 marca. Mam nadzieję, że do tego czasu nie dopadnie mnie żadna kontuzja, bo tak naprawdę to marzy mi się Cracovia Maraton, który ma być 22 kwietnia. Jeszcze się na niego nie zapisałam, ale cały czas intensywnie o nim myślę i ten półmaraton w marcu to będzie takie zderzenie z rzeczywistością, które pokaże czy jest sens się masakrować na maratonie, czy może lepiej odpuścić.
Do ostatniej chwili właściwie wahałam się czy pobiec czy nie, bo przecież ja wciąż chora jestem. Jak mnie wzięło pod koniec grudnia tak trzyma nadal, a raczej przechodzę przez kolejne etapy. Mogłabym powiedzieć, że jestem teraz na poziomie choroby o nazwie ból gardła i katar plus osłabienie gratis, więc wesoło nie jest.
Bez względu na mój stan zdrowia miałam jechać na te zawody, bo obiecałam pomóc przy organizacji biegów dla dzieci, a ja jak się do czegoś zdeklaruję to choćby nie wiem co to słowa dotrzymam.Pojechałam zatem i tak do ostatniej chwili walczył mój rozum z sercem. Serce wygrało, pobiegłam. Przed biegiem sobie wmawiałam, że fajna pogoda, bo lekki mrozik, bez śniegu i lodu na trasie, słonecznie więc sobie delikatnie potruchtam. Oczywiście, ja jak to ja, teoria sobie, a w trakcie biegu gdy emocje wylewają się na zewnątrz i mózg się wyłącza pobiegłam ile sił w kopytkach. Na metę dobiegłam z czasem 27'.20'' pokonując dokładnie 5km i 150m, bo trasa liczyła trochę ponad piątkę, więc jak na moją marną kondycję i osłabiony chorobą organizm to wynik uważam za rewelacyjny. Bieg w 100% jest charytatywny, co oznacza, że całość z opłat startowych przeznaczona jest na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Patrząc na zerowy budżet imprezy to jest ona zorganizowana na wysokim poziomie. Dzięki sponsorom mieliśmy pomiar czasu, pakiety startowe i nawet medale na mecie były i to jakie piękne, a po biegu każdy uczestnik otrzymał poczęstunek w postaci pączka.
Kolejnym biegiem, na który jestem zapisana i opłacona jest Półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego - 18 marca. Mam nadzieję, że do tego czasu nie dopadnie mnie żadna kontuzja, bo tak naprawdę to marzy mi się Cracovia Maraton, który ma być 22 kwietnia. Jeszcze się na niego nie zapisałam, ale cały czas intensywnie o nim myślę i ten półmaraton w marcu to będzie takie zderzenie z rzeczywistością, które pokaże czy jest sens się masakrować na maratonie, czy może lepiej odpuścić.
poniedziałek, 1 stycznia 2018
Rozbiegany Stadion na Biegu Sylwestrowym
No i zachorowałam na koniec roku. Nie wiem czy młody mnie załatwił czy to rower, czy może zwariowana pogoda - teraz jest jakieś 8 stopni ciepła i śniegu już nie ma. Zaczynam się gubić, bo mam wrażenie że za każdym razem jak spojrzę za okno to jest inaczej. Raz biało, raz szaro, raz nawet zielonkawo gdy przyświeci słońce. Tak jakby pory roku wjechały nam w krajobraz w ciągu paru dni, a nie miesięcy.
Ale nie o tym chciałam, tylko o 14 Krakowskim Biegu Sylwestrowym.
Dwa tygodnie po godzince, może dwie i ostatnie dwa dni prawie całe spędziłam na szyciu. Tak, ja która ma wstręt do igły i nitki i nawet jak trzeba dziecku guzika przyszyć to wysyłam do babci - szyłam.
A co szyłam? Ano piłkę nożną. Wiem, wiem brzmi absurdalnie, już tłumaczę.
Moja grupa biegowa, w bardzo okrojonym składzie w tym roku (wyjazdy sylwestrowe, kontuzje i różne inne niespodzianki, stanęły na drodze reszcie grupy) tradycyjnie już postanowiła wziąć udział w Krakowskim Biegu Sylwestrowym na dystansie 5 km. Są to bardzo specyficzne zawody, gdzie główną atrakcją są przebrania. W tym roku postanowiliśmy pobiec jako Stadion Sportowy. Ja, że o grze w piłkę mam blade pojęcie postanowiłam przebrać się za piłkę nożną, bo stwierdziłam, że jak piłka wygląda to wiem i jakoś to skomplikowane bardzo nie będzie. Ojej, jaka ja byłam naiwna i nieświadoma tej pochopnej decyzji, bo urobiłam się przy tym przebraniu jak koń, który ma zaorać kilkadziesiąt hektarów. Mój tata zespawał mi szkielet z drutu i pozostało mi powycinać sześciokąty i pięciokąty foremne w odpowiedniej wielkości, a następnie "tylko" zszyć je razem do kupy, oczywiście ręcznie, bo wymyśliłam sobie, że musi to być taki ścieg, żeby te białe sześciokąty odznaczały się od siebie. Piszę "tylko" i śmiać mi się chce, bo jedna ścianka takiego wielokąta to było od 10 do 15 minut szycia, a było tego bardzo dużo. Do tego żeby druciany szkielet stał się piłką, to trzeba było coś tam między druty a pozszywany materiał powpychać. Owlekłam więc szkielet piłki w prześcieradło frotowe, następnie poświęciłam starą letnią kołdrę i na wierzch jeszcze znalezioną gdzieś w piwnicy gąbkę. Wszystko starannie poprzyszywałam do siebie, co by w trakcie biegu się nie rozpadło i piłka była gotowa. Jak w nią weszłam to wydawała się w miarę lekka. W środku miałam zrobione uchwyty z drutu, żeby nie opierać jej cały czas na barkach i wydawało mi się, że będzie ok. Reszta grupy przebrała się za słupki narożne, które dźwigały płachtę boiska i trybun. Dzieci były piłkarzami, mieliśmy dwie "czirliderki" , jedną z pomponami, drugą taszczącą wielki puchar, był komentator, sędzia, oraz czerwona i żółta kartka. W takim składzie przetruchtaliśmy 5 km i tym sposobem zdobyliśmy 3 miejsce jako najlepiej przebrany zespół.
Wspaniała zabawa, niesamowite emocje, fantastyczna atmosfera. Tak w skrócie można opisać 14 Krakowski Bieg Sylwestrowy. Pogoda również dopisała, bo momentami przez chmury przebijało się słoneczko i była temperatura dodatnia.
Warto było pomimo tego, że dzisiaj od rana odstawiam koncert kaszlowy, a barki pomimo tego, że starałam się używać uchwytów w piłce bardzo bolą.
Ale nie o tym chciałam, tylko o 14 Krakowskim Biegu Sylwestrowym.
Dwa tygodnie po godzince, może dwie i ostatnie dwa dni prawie całe spędziłam na szyciu. Tak, ja która ma wstręt do igły i nitki i nawet jak trzeba dziecku guzika przyszyć to wysyłam do babci - szyłam.
A co szyłam? Ano piłkę nożną. Wiem, wiem brzmi absurdalnie, już tłumaczę.
Moja grupa biegowa, w bardzo okrojonym składzie w tym roku (wyjazdy sylwestrowe, kontuzje i różne inne niespodzianki, stanęły na drodze reszcie grupy) tradycyjnie już postanowiła wziąć udział w Krakowskim Biegu Sylwestrowym na dystansie 5 km. Są to bardzo specyficzne zawody, gdzie główną atrakcją są przebrania. W tym roku postanowiliśmy pobiec jako Stadion Sportowy. Ja, że o grze w piłkę mam blade pojęcie postanowiłam przebrać się za piłkę nożną, bo stwierdziłam, że jak piłka wygląda to wiem i jakoś to skomplikowane bardzo nie będzie. Ojej, jaka ja byłam naiwna i nieświadoma tej pochopnej decyzji, bo urobiłam się przy tym przebraniu jak koń, który ma zaorać kilkadziesiąt hektarów. Mój tata zespawał mi szkielet z drutu i pozostało mi powycinać sześciokąty i pięciokąty foremne w odpowiedniej wielkości, a następnie "tylko" zszyć je razem do kupy, oczywiście ręcznie, bo wymyśliłam sobie, że musi to być taki ścieg, żeby te białe sześciokąty odznaczały się od siebie. Piszę "tylko" i śmiać mi się chce, bo jedna ścianka takiego wielokąta to było od 10 do 15 minut szycia, a było tego bardzo dużo. Do tego żeby druciany szkielet stał się piłką, to trzeba było coś tam między druty a pozszywany materiał powpychać. Owlekłam więc szkielet piłki w prześcieradło frotowe, następnie poświęciłam starą letnią kołdrę i na wierzch jeszcze znalezioną gdzieś w piwnicy gąbkę. Wszystko starannie poprzyszywałam do siebie, co by w trakcie biegu się nie rozpadło i piłka była gotowa. Jak w nią weszłam to wydawała się w miarę lekka. W środku miałam zrobione uchwyty z drutu, żeby nie opierać jej cały czas na barkach i wydawało mi się, że będzie ok. Reszta grupy przebrała się za słupki narożne, które dźwigały płachtę boiska i trybun. Dzieci były piłkarzami, mieliśmy dwie "czirliderki" , jedną z pomponami, drugą taszczącą wielki puchar, był komentator, sędzia, oraz czerwona i żółta kartka. W takim składzie przetruchtaliśmy 5 km i tym sposobem zdobyliśmy 3 miejsce jako najlepiej przebrany zespół.
Wspaniała zabawa, niesamowite emocje, fantastyczna atmosfera. Tak w skrócie można opisać 14 Krakowski Bieg Sylwestrowy. Pogoda również dopisała, bo momentami przez chmury przebijało się słoneczko i była temperatura dodatnia.
Warto było pomimo tego, że dzisiaj od rana odstawiam koncert kaszlowy, a barki pomimo tego, że starałam się używać uchwytów w piłce bardzo bolą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















