Dzisiaj będzie o tym co spotkało mnie 5 tygodni temu. Drugi raz w moim życiu po 2.5 roku moja kość strzałkowa ponownie się złamała. Strasznie ciężko mi było się zabrać do napisania tego postu, bo myśleć o tym nie mogę, a co dopiero pisać. Ale wiem, że to ważne dla mnie, bo gdy przytrafiło mi się to kolejny raz szukałam w starych postach jakiegoś dokładniejszego opisu odnośnie tamtego złamania. Odczucia, opisu bólu, miejsca złamania, kroki postępowania ... czegokolwiek i niestety nigdzie nie znalazłam dokładnego opisu, dlatego teraz napiszę wszystko jak na spowiedzi i mam nadzieję, że mi się to już nigdy w życiu nie przytrafi i nie będę za jakiś czas szukała tego postu, żeby sobie przypomnieć co to się dokładnie działo przy takim złamaniu.
Moją opowieść zacznę od tego, że ta kość nie miała prawa się złamać. Nie było żadnego przeciążenia, żadnego bólu. Jakiekolwiek kontuzje większe czy mniejsze, czyli ból kolana, problem z czworogłowym, ból golenia, pasmo biodrowo-piszczelowe dotyczyło drugiej nogi, czyli lewej. Prawa noga, czyli ta, która doznała kiedyś (i teraz) złamania zmęczeniowego kości strzałkowej hulała bez problemu i bez jakichkolwiek bóli. Bardzo na siebie uważałam. Gdy łapała mnie jakaś kontuzja od razu przestawałam biegać, skupiałam się na ćwiczeniach, rolowaniu, rozciąganiu. Wsłuchiwałam się we własny organizm. Pewnie dlatego te dwa lata były takie marne pod względem biegowym.
Na początku stycznia zaczęłam przygotowywać się do maratonu, który planowałam przebiec w Krakowie 30 kwietnia. Biegałam więcej, częściej ale uważnie i rozsądnie.
Złamanie nastąpiło 6 marca w poniedziałek po wykonaniu 2 minut ćwiczenia o nazwie "plank". Tak, tak, nogę złamała mi zwykła deska, którą z koleżankami z pracy robiłyśmy od kilku tygodni raz dziennie zwiększając długość ćwiczenia.
Ale wcześniej ...
W piątek 3 marca przeszłam po lesie z moją psą 6 km.
W sobotę 4 marca pojechaliśmy z grupą znajomych do Puszczy Niepołomickiej gdzie po miękkim podłożu (bo leśnych ścieżkach, duktach i drogach żwirowych) przebiegliśmy 20 km.
W niedzielę 5 marca pojechaliśmy z rodzinką w Tatry gdzie przeszliśmy do Morskiego Oka i Schroniska w Starej Roztoce około 20 km.
I w poniedziałek kość strzałkowa się złamała.
Muszę dodać, że przez te dni nie było żadnego bólu, żadnego sygnału, że coś się tam może dziać. Owszem, czułam ogólne zmęczenie nóg, ale nic mnie nie bolało.
Gdy wstałam z podłogi po zrobieniu planka poczułam ból z zewnętrznej strony nogi, nad kostką. Od razu sobie przypomniałam, że znam ten ból. Tak samo bolało gdy 2.5 roku temu doszło do złamania. Było to takie pieczenie i lekkie swędzenie, tam gdzieś w środku nogi. Nie był to ból mięśniowy. To tak jakby polewać spirytusem otwartą ranę. Od razu zaczęłam odciążać nogę. Zrobiłam też serię zabiegów fizykoterapeutycznych (laser, krioterapia, elektroterapia). Staram się chodzić o kuli, ale jednak delikatnie naciskam na tą nogę przy stawaniu. Nie dam rady całkiem jej odciążyć, bo muszę jakoś funkcjonować. Badania wykazały "złamanie zmęczeniowe". Dwóch niezależnych lekarzy, u których byłam zaleciło mi jazdę na rowerze i pływanie. Z pływaniem u mnie słabo, niby utrzymam się na wodzie, żabką popływam ale nie przepadam za wodą, dlatego postawiłam na rower i staram się dużo jeździć. Ponoć wtedy jest lepsze krążenie i to ma pomagać przy naprawie tej nogi.
Jest mi ciężko. Wszystkie moje plany i marzenia biegowe w jednej chwili zostały pogrzebane. Psychicznie bardzo to przeżyłam. Teraz już jest lepiej, bo jakoś oswoiłam się z tą sytuacją i pogodziłam, chociaż nie ukrywam, że czasami mam gorsze dni. Fizycznie też nie jest różowo, bo niestety ta noga prawie cały czas mnie boli i po takim całym dniu bólu mam już wszystkiego dosyć. Ostatnio zdarza się więcej chwil bez bólu, szczególnie gdy jeżdżę na rowerze, wtedy nie boli wcale. Kość się zrasta, ale niestety bardzo powoli, więc o standardowych 6 tygodniach zrostu kości nie ma tu mowy. Lekarz nie potrafi powiedzieć ile to potrwa. Na razie idzie to bardzo mozolnie i ortopeda przepowiadał coś ostatnio o 12 tygodniach, ale też głowy sobie obciąć nie da, że po tym czasie będę mogła już biegać. Na razie wprowadziłam do jadłospisu dużo wapnia, białka. Objadam się też witaminą D3+K i czekam. Kiedyś się zrośnie, musi. Tylko co dalej. Nie wiem, nie mam siły na razie o tym myśleć, to dla mnie za dużo. Jedno wiem. Ona nie miała prawa się złamać i wcześniej czy później będę musiała znaleźć przyczynę.
W moim biegu przez życie wciąż rodzą się nowe pasje, stare się przedawniają, czasami odchodzą, czasami spychane są na pogranicze mojego czasu, czasami trwają i walczą o zainteresowanie.
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
rowerowe krokusowanie
Przyszła wiosna. Zrobiło się ciepło, słonecznie i cała przyroda ruszyła z kopyta. Już od jakiegoś czasu mieliśmy chrapkę na górską wycieczkę tam gdzie łąki fioletowe od krokusów. Nagły zryw przyrody i nienaturalnie słoneczny i ciepły weekend zmotywowały nas do odwiedzenia najpiękniejszej doliny krokusowej w Polsce, a mianowicie Doliny Chochołowskiej. Wiem, wiem, wszyscy przestrzegali, że w tej dolince tłumy jak na jarmarku bożonarodzeniowym, że ludzie idą jak w procesji jeden przy drugim. Jednak ja, że niechodząca, a dolina Chochołowska to jedyna dolina w Tatrach Polskich gdzie można na rowerze to za bardzo wyjścia nie miałam.
Zebraliśmy chętną grupę znajomych i w cztery auta z kilkoma rowerami na dachu (bo nie wszyscy chcieli na rowerach, woleli nogami), bladym świtem pojechaliśmy na Zakopane. Przed samą dolinką stanęliśmy w małym korku, bo przypchało się przy wjeździe na parking. Mnie oczywiście jak to mam w zwyczaju po wypiciu hektolitrów moczopędnej kawy, którą raczyłam się całą drogą, żeby się jakoś dobudzić zachciało się tej kawy nagle pozbyć z organizmu, więc chcąc nie chcąc wypadłam na jednej zdrowej nodze, drugą chorą lekko za sobą pociągając z auta i pognałam (albo raczej pokuśtykałam) w poszukiwaniu przybytku zwanego Toi Toi'em. Gdy już go wypatrzyłam w oddali i przy okazji ten sznureczek przebierającymi nogami ludzi do niego, to skręciłam w najbliższy lasek wiedząc, że mój pęcherz nie wytrzyma takiej próby czasu. Po nawodnieniu okolicznych krzaczków nie chcąc się wracać na parking w poszukiwaniu auta, stanęłam grzecznie w kolejce do kasy informując ludzi ustawiających się za mną, że nas tu będzie więcej tylko się wygrzebują z aut. W rezultacie prawie doszłam do kas, gdy zjawiła się reszta, więc oprócz mnie nikt z naszej grupki nie stał w kolejce.
Doliną szło bardzo dużo ludzi, jednak nam to wcale nie przeszkadzało, bo przecież polany pełne krokusów były po dwóch stronach, nikt ich nie deptał, nikt na te łąki nie wchodził, a jeśli ktoś nawet się odważył to od razu był upominany przez pilnujących strażników tatrzańskich i innych ludzi.
Widoki piękne, fioletowe połacie i w oddali ośnieżone szczyty. Pogoda śliczna, fajna, zgrana grupa, super spędzony czas i wspaniałe wspomnienia.
Polecam Dolinę Chochołowską w czasie kwitnienia krokusów. To magiczne miejsce i te tłumy ludzi wcale nie przeszkadzają, naprawdę.
sobota, 25 marca 2017
Złote gacie tym razem nie dla mnie
Bieg o Złote Gacie. Świetna nazwa, nietuzinkowy medal.
Limit 700 osób został bardzo szybko osiągnięty. Zmieściłam się w nim i ja i zostałam dumną posiadaczką pakietu startowego na ten ciekawy bieg.
Bieg na dystansie 10 km, w miasteczku Brzeszcze koło Oświęcimia. Piękna trasa, pośród stawów Brzeszczańskich. Płasko jak po stole. Rewelacja. Niestety pakiet musiałam odsprzedać, gdy się okazało, że moje kopytko to nie zwykła jakaś tam kontuzja tylko poważniejsza sprawa.
Było mi bardzo, bardzo żal. Dlatego uprosiłam męża, żebyśmy jednak pojechali na ten bieg, nie żeby biegać, ale kibicować osobom z mojej grupy biegowej. Ja jako, że chodzić za bardzo nie mogę, za to wskazane jest jeżdżenie na rowerze, wymyśliłam, że w sumie to możemy zrobić sobie rodzinną wycieczkę rowerową pośród tych stawów, przy okazji pokibicować, porobić fotki biegaczom i spędzić miłe przedpołudnie.
Tak też zrobiliśmy. Trochę pojeździliśmy, trochę pokibicowaliśmy, porobiliśmy zdjęcia nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami i wróciliśmy do domu. Było zimno, ale słońce przebijające się przez chmury rekompensowało tę niedogodność.
Było miło ... więc dlaczego odczuwam taaaki jakiś niedosyt ... hm. Bo to chyba jednak nie było to. Tak stać z boku i obserwować to wszystko, to nie to samo co brać udział w biegu, być nasiąknięty tymi wszystkimi emocjami. Tak mi trochę żal, że mnie to ominęło. Wrócę tam ... kiedyś ... może za rok. Tylko tym razem jako biegacz, nie kibic.
Limit 700 osób został bardzo szybko osiągnięty. Zmieściłam się w nim i ja i zostałam dumną posiadaczką pakietu startowego na ten ciekawy bieg.
Bieg na dystansie 10 km, w miasteczku Brzeszcze koło Oświęcimia. Piękna trasa, pośród stawów Brzeszczańskich. Płasko jak po stole. Rewelacja. Niestety pakiet musiałam odsprzedać, gdy się okazało, że moje kopytko to nie zwykła jakaś tam kontuzja tylko poważniejsza sprawa.
Było mi bardzo, bardzo żal. Dlatego uprosiłam męża, żebyśmy jednak pojechali na ten bieg, nie żeby biegać, ale kibicować osobom z mojej grupy biegowej. Ja jako, że chodzić za bardzo nie mogę, za to wskazane jest jeżdżenie na rowerze, wymyśliłam, że w sumie to możemy zrobić sobie rodzinną wycieczkę rowerową pośród tych stawów, przy okazji pokibicować, porobić fotki biegaczom i spędzić miłe przedpołudnie.
Tak też zrobiliśmy. Trochę pojeździliśmy, trochę pokibicowaliśmy, porobiliśmy zdjęcia nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami i wróciliśmy do domu. Było zimno, ale słońce przebijające się przez chmury rekompensowało tę niedogodność.
Było miło ... więc dlaczego odczuwam taaaki jakiś niedosyt ... hm. Bo to chyba jednak nie było to. Tak stać z boku i obserwować to wszystko, to nie to samo co brać udział w biegu, być nasiąknięty tymi wszystkimi emocjami. Tak mi trochę żal, że mnie to ominęło. Wrócę tam ... kiedyś ... może za rok. Tylko tym razem jako biegacz, nie kibic.
poniedziałek, 20 marca 2017
o braku daty na marzannowym medalu
Wczoraj odbył się w Krakowie 14 Półmaraton Marzanny.
I tak oto przez moją zepsutą nogę, a może właśnie dzięki niej z biegaczki startującej w Półmaratonie Marzanny zamieniłam się w wolontariuszkę pracującą w biurze zawodów przy wydawaniu pakietów startowych. Czy było mi żal, że nie pobiegnę?
Prawda jest taka, że dopóki nie zobaczyłam medalu to było mi bardzo, ale to bardzo przykro, że muszę odpuścić ten bieg. Ale to było dopóki nie oglądnęłam medalu z Marzanny.
Medal jak medal, okrągły, z wkomponowaną Marzanną, nazwą biegu i niby wszystko ok, ale co dla mnie jest niedopuszczalne nie ma na nim daty. No nie ma. Oglądnęłam go z każdej strony. Niby organizator tłumaczył, że przecież każdy wie kiedy jest topienie Marzanny i data jest niepotrzebna, ale muszę się tutaj z nim nie zgodzić. Przecież ja za kilka lat nie będę pamiętała czy bieg był 19, 20 a może 21 marca. Ooo, co ja pisze, za jakie kilka lat, ja podejrzewam, że już w następnym roku nie będę pamiętała dokładnej daty biegu. Dla mnie wszelkie cyferki są bardzo ważne, ot, moje życie i rzeczywistość określam w liczbach i dlatego ostatecznie to się cieszę, że nie pobiegłam i nie mam tego medalu, bo byłabym bardzo, bardzo zła i pewnie spaskudziłabym go markerem wpisując odręcznie datę.
Sam bieg, trasa, organizacja dopracowane rewelacyjnie. Ponoć biegaczy przy Wiśle hamował, albo pchał do przodu (zależy na którym kilometrze biegu) olbrzymi wiatr. No ale na pogodę to organizatorzy biegu już niestety nie mieli wpływu. Wszystko super, świetnie, kapitalnie tylko ten nieszczęsny medal ... taki bez daty. Szukałam wśród komentarzy biegaczy na facebook'u na wydarzeniu biegu czy komuś też ten brak tak bardzo przeszkadzał jak mi i wygląda na to, że albo nie doczytałam, albo nie znalazłam albo tylko ja taka przewrażliwiona i zdziwaczała jestem, bo ani słowa o braku daty. No cóż. Bezdatowego medalu nie mam i bardzo dobrze.
I tak oto przez moją zepsutą nogę, a może właśnie dzięki niej z biegaczki startującej w Półmaratonie Marzanny zamieniłam się w wolontariuszkę pracującą w biurze zawodów przy wydawaniu pakietów startowych. Czy było mi żal, że nie pobiegnę?
Prawda jest taka, że dopóki nie zobaczyłam medalu to było mi bardzo, ale to bardzo przykro, że muszę odpuścić ten bieg. Ale to było dopóki nie oglądnęłam medalu z Marzanny.
Medal jak medal, okrągły, z wkomponowaną Marzanną, nazwą biegu i niby wszystko ok, ale co dla mnie jest niedopuszczalne nie ma na nim daty. No nie ma. Oglądnęłam go z każdej strony. Niby organizator tłumaczył, że przecież każdy wie kiedy jest topienie Marzanny i data jest niepotrzebna, ale muszę się tutaj z nim nie zgodzić. Przecież ja za kilka lat nie będę pamiętała czy bieg był 19, 20 a może 21 marca. Ooo, co ja pisze, za jakie kilka lat, ja podejrzewam, że już w następnym roku nie będę pamiętała dokładnej daty biegu. Dla mnie wszelkie cyferki są bardzo ważne, ot, moje życie i rzeczywistość określam w liczbach i dlatego ostatecznie to się cieszę, że nie pobiegłam i nie mam tego medalu, bo byłabym bardzo, bardzo zła i pewnie spaskudziłabym go markerem wpisując odręcznie datę.
Sam bieg, trasa, organizacja dopracowane rewelacyjnie. Ponoć biegaczy przy Wiśle hamował, albo pchał do przodu (zależy na którym kilometrze biegu) olbrzymi wiatr. No ale na pogodę to organizatorzy biegu już niestety nie mieli wpływu. Wszystko super, świetnie, kapitalnie tylko ten nieszczęsny medal ... taki bez daty. Szukałam wśród komentarzy biegaczy na facebook'u na wydarzeniu biegu czy komuś też ten brak tak bardzo przeszkadzał jak mi i wygląda na to, że albo nie doczytałam, albo nie znalazłam albo tylko ja taka przewrażliwiona i zdziwaczała jestem, bo ani słowa o braku daty. No cóż. Bezdatowego medalu nie mam i bardzo dobrze.
poniedziałek, 6 marca 2017
Aktywny weekend i poniedziałkowe bolączki
No i plany i marzenia biegowe poszły się paść. Tak, wiem, panikuję, ale jak tu nie panikować kiedy noga boli i to w bardzo niebezpiecznym miejscu, bo tam gdzie 2 lata temu nastąpiło złamanie zmęczeniowe. Zaczęła boleć dopiero dzisiaj rano w pracy. Tak po prostu podczas siedzenia przy biurku, zaczęła boleć i boli nadal. Roztaczam zatem czarne wizje od wczesnego popołudnia i jestem coraz bardziej przerażona tym dziwnym bólem.
Za mną bardzo aktywny weekend, bo w sobotę pojechałam pobiegać do Puszczy Niepołomickiej gdzie natruchtałam 20 km i to tylko dlatego tak dużo, bo zgubiłam się przy ostatnim okrążeniu, a w niedzielę spokojnym spacerkiem w dolince tatrzańskiej zrobiłam kolejne 20 km.
Co do soboty to pojechaliśmy do puszczy w kilka osób, by pobiegać po leśnych ścieżkach, nie chodnikach czy asfalcie i oszczędzić w ten sposób umęczone bieganiem kopytka. Pierwsze kółko 6 km zrobiliśmy wszyscy razem, przy drugim rozdzieliliśmy się na szybkich i wolnych. Ja oczywiście ta powolna byłam. Trzecie kółko natomiast zrobiłam sama. Miało być takie samo jak te dwa wcześniejsze jeśli chodzi o trasę, ale że ścieżki wyglądają tak samo, drzewa takie same to mój zmysł orientacji w terenie i kobieca intuicja wyprowadziły mnie w bagna, bo tak mi się jakoś wydawało, że to trzeba było skręcić w prawo, a nie w lewo. Oj zdarza się. Najważniejsze, że dotarłam do reszty grupy i do samochodu i wcale tak długo nie musieli na mnie czekać.
W niedzielę natomiast zgodnie z postanowieniem ze stycznia, że raz w miesiącu idziemy w Tatry (które zostało już złamane, bo w lutym nam się nie udało przez chorobę młodego) poszliśmy Doliną Białki do Morskiego Oka i w drodze powrotnej zahaczyliśmy o schronisko w Dolinie Roztoki. Pogoda nam dopisała, widoki były piękne, a do tego pierwszy raz widziałam staw - Morskie Oko zimą. Warto było pojechać. Przeszliśmy spokojnym marszem 20 km i nawet za bardzo się nie zmęczyliśmy, dlatego nie mogę pojąć skąd się dzisiaj wziął ten mój ból nogi. Dzisiaj odpuściłam Crossfit, na który chodzę w poniedziałki, a jutrzejsze bieganie planuję zamienić na rower. Może to jest delikatne przeciążenie i jak nagle się pojawiło tak może nagle zniknie. Mam taką nadzieję, bo mam, a raczej miałam wielkie plany biegowe (buuuuuuu).
Poniżej kilka zdjęć z wczorajszej wycieczki w Tatry nad Morskie Oko.
Morskie Oko
Schronisko w Dolinie Roztoki
wtorek, 28 lutego 2017
biegowy luty
Uwaga, czytajcie szeptem, bo boję się o tym mówić głośno, żeby nie zapeszyć. W lutym przebiegłam 131 km. Tak, tak, właśnie. Jak na mnie to bardzo dużo, jak na mnie to oznacza, że ... i teraz uwaga - szeptem: że wracam powoli do biegania.
Skąd tyle kilometrów?
Ano uzbierało się z treningów i biegów - bo wzięłam udział w lutym w całych dwóch zawodach biegowych: Biegu Walentynkowym w Krakowie i biegu charytatywnym "Biegaj Sercem" w Myślenicach.
Dystans tych biegów był maleńki, ale zawsze coś. Większość kilometrów nabiłam na treningach. Ot tak po prostu wychodziłam z domu i biegłam, prawie jak Forest Gump haha.
Czy coś mnie boli?
A owszem, bolało, boli i pewnie będzie boleć. Ale to takie niegroźne bolączki buntujących się kopytek, które nie ma co ukrywać, ostatnio przez długi czas przyzwyczajone były do lenistwa i braku ruchu.
Skąd wiem, że niegroźne te bóle?
Ano po pierwsze, bo poboli i przestaje po rozciąganiu i rolowaniu, a po drugie mogę się chyba zacząć nazywać specem od kontuzji, bo miałam większość tych opisywanych na stronach dla biegaczy i po prostu wiem, że to nic poważnego. Tu zakuje kolano, tam zaboli czworogłowy, innym razem łydki się zbuntują udając, że są z ołowiu. Obserwuję dokładnie swój organizm przed, w trakcie i po bieganiu. starając się wyłapać wszelkie odchylenia od normy. Na razie jest ok i żeby tak pozostało, bo mam na ten rok wieeeelkie plany biegowe, no może bardziej marzenia niż plany, ale jakiś cel (nawet taki mało realny) trzeba mieć.
Skąd tyle kilometrów?
Ano uzbierało się z treningów i biegów - bo wzięłam udział w lutym w całych dwóch zawodach biegowych: Biegu Walentynkowym w Krakowie i biegu charytatywnym "Biegaj Sercem" w Myślenicach.
Dystans tych biegów był maleńki, ale zawsze coś. Większość kilometrów nabiłam na treningach. Ot tak po prostu wychodziłam z domu i biegłam, prawie jak Forest Gump haha.
Czy coś mnie boli?
A owszem, bolało, boli i pewnie będzie boleć. Ale to takie niegroźne bolączki buntujących się kopytek, które nie ma co ukrywać, ostatnio przez długi czas przyzwyczajone były do lenistwa i braku ruchu.
Skąd wiem, że niegroźne te bóle?
Ano po pierwsze, bo poboli i przestaje po rozciąganiu i rolowaniu, a po drugie mogę się chyba zacząć nazywać specem od kontuzji, bo miałam większość tych opisywanych na stronach dla biegaczy i po prostu wiem, że to nic poważnego. Tu zakuje kolano, tam zaboli czworogłowy, innym razem łydki się zbuntują udając, że są z ołowiu. Obserwuję dokładnie swój organizm przed, w trakcie i po bieganiu. starając się wyłapać wszelkie odchylenia od normy. Na razie jest ok i żeby tak pozostało, bo mam na ten rok wieeeelkie plany biegowe, no może bardziej marzenia niż plany, ale jakiś cel (nawet taki mało realny) trzeba mieć.
czwartek, 16 lutego 2017
Bałtyk zimą, czyli parę słów o feriach
Jestem ...
Chciałam, naprawdę chciałam zamieścić kilka zdjęć zaraz po powrocie z ferii nad Bałtykiem co by stanowiły pamiątkę za te kilka lat kiedy już daty i wydarzenia zaczną mi się zacierać i zlewać w jedno, ale ten tydzień (wróciłam w sobotę) to jest bardzo intensywny i szalony tydzień i nagle, nie wiedzieć czemu zrobił się czwartek, a tu zdjęć jak nie było tak nie ma. Pora zatem to zmienić.
O Kołobrzegu gdzie spędziłam tydzień mogę powiedzieć tyle, że miasteczko ładne, takie małe, przyjemne, zadbane. Pełno alejek spacerowych, ścieżek rowerowych, więc było gdzie biegać. Plaża szeroka, wzdłuż ulokowane pełno knajpek i kawiarni gdzie o tej porze roku można się było napić pysznej gorącej czekolady z bitą śmietaną. Pewnie w lecie, kiedy to miasteczko zostaje nawiedzonę przez tłumy urlopowiczów nie jest już tak przyjemnie, ale o tej porze było super. Najodowałam się, nawdychałam czystego powietrza (mogliby u nas w Krakowie takie w butelkach sprzedawać - kupiłabym) , odpoczęłam.
Chciałam, naprawdę chciałam zamieścić kilka zdjęć zaraz po powrocie z ferii nad Bałtykiem co by stanowiły pamiątkę za te kilka lat kiedy już daty i wydarzenia zaczną mi się zacierać i zlewać w jedno, ale ten tydzień (wróciłam w sobotę) to jest bardzo intensywny i szalony tydzień i nagle, nie wiedzieć czemu zrobił się czwartek, a tu zdjęć jak nie było tak nie ma. Pora zatem to zmienić.
O Kołobrzegu gdzie spędziłam tydzień mogę powiedzieć tyle, że miasteczko ładne, takie małe, przyjemne, zadbane. Pełno alejek spacerowych, ścieżek rowerowych, więc było gdzie biegać. Plaża szeroka, wzdłuż ulokowane pełno knajpek i kawiarni gdzie o tej porze roku można się było napić pysznej gorącej czekolady z bitą śmietaną. Pewnie w lecie, kiedy to miasteczko zostaje nawiedzonę przez tłumy urlopowiczów nie jest już tak przyjemnie, ale o tej porze było super. Najodowałam się, nawdychałam czystego powietrza (mogliby u nas w Krakowie takie w butelkach sprzedawać - kupiłabym) , odpoczęłam.
tak jest prosić męża, żeby mi zrobił zdjęcie jak karmię łabędzia
ach, ech, było gdzie biegać
te fruwające piękności wcale się nie bały i chętnie pozowały do zdjęcia
pogoda była nieprzewidywalna, w jeden dzień chmury, wiatr, śnieg, a w następny piękne słońce i wiosenna pogoda
molo w Kołobrzegu
i kołobrzeska latarnia morska
jakby się tak zamyślić to można było dobiec tą ścieżką do Ustronia Morskiego, to tylko 12 km
Subskrybuj:
Posty (Atom)



