Bieg o Złote Gacie. Świetna nazwa, nietuzinkowy medal.
Limit 700 osób został bardzo szybko osiągnięty. Zmieściłam się w nim i ja i zostałam dumną posiadaczką pakietu startowego na ten ciekawy bieg.
Bieg na dystansie 10 km, w miasteczku Brzeszcze koło Oświęcimia. Piękna trasa, pośród stawów Brzeszczańskich. Płasko jak po stole. Rewelacja. Niestety pakiet musiałam odsprzedać, gdy się okazało, że moje kopytko to nie zwykła jakaś tam kontuzja tylko poważniejsza sprawa.
Było mi bardzo, bardzo żal. Dlatego uprosiłam męża, żebyśmy jednak pojechali na ten bieg, nie żeby biegać, ale kibicować osobom z mojej grupy biegowej. Ja jako, że chodzić za bardzo nie mogę, za to wskazane jest jeżdżenie na rowerze, wymyśliłam, że w sumie to możemy zrobić sobie rodzinną wycieczkę rowerową pośród tych stawów, przy okazji pokibicować, porobić fotki biegaczom i spędzić miłe przedpołudnie.
Tak też zrobiliśmy. Trochę pojeździliśmy, trochę pokibicowaliśmy, porobiliśmy zdjęcia nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami i wróciliśmy do domu. Było zimno, ale słońce przebijające się przez chmury rekompensowało tę niedogodność.
Było miło ... więc dlaczego odczuwam taaaki jakiś niedosyt ... hm. Bo to chyba jednak nie było to. Tak stać z boku i obserwować to wszystko, to nie to samo co brać udział w biegu, być nasiąknięty tymi wszystkimi emocjami. Tak mi trochę żal, że mnie to ominęło. Wrócę tam ... kiedyś ... może za rok. Tylko tym razem jako biegacz, nie kibic.
W moim biegu przez życie wciąż rodzą się nowe pasje, stare się przedawniają, czasami odchodzą, czasami spychane są na pogranicze mojego czasu, czasami trwają i walczą o zainteresowanie.
sobota, 25 marca 2017
poniedziałek, 20 marca 2017
o braku daty na marzannowym medalu
Wczoraj odbył się w Krakowie 14 Półmaraton Marzanny.
I tak oto przez moją zepsutą nogę, a może właśnie dzięki niej z biegaczki startującej w Półmaratonie Marzanny zamieniłam się w wolontariuszkę pracującą w biurze zawodów przy wydawaniu pakietów startowych. Czy było mi żal, że nie pobiegnę?
Prawda jest taka, że dopóki nie zobaczyłam medalu to było mi bardzo, ale to bardzo przykro, że muszę odpuścić ten bieg. Ale to było dopóki nie oglądnęłam medalu z Marzanny.
Medal jak medal, okrągły, z wkomponowaną Marzanną, nazwą biegu i niby wszystko ok, ale co dla mnie jest niedopuszczalne nie ma na nim daty. No nie ma. Oglądnęłam go z każdej strony. Niby organizator tłumaczył, że przecież każdy wie kiedy jest topienie Marzanny i data jest niepotrzebna, ale muszę się tutaj z nim nie zgodzić. Przecież ja za kilka lat nie będę pamiętała czy bieg był 19, 20 a może 21 marca. Ooo, co ja pisze, za jakie kilka lat, ja podejrzewam, że już w następnym roku nie będę pamiętała dokładnej daty biegu. Dla mnie wszelkie cyferki są bardzo ważne, ot, moje życie i rzeczywistość określam w liczbach i dlatego ostatecznie to się cieszę, że nie pobiegłam i nie mam tego medalu, bo byłabym bardzo, bardzo zła i pewnie spaskudziłabym go markerem wpisując odręcznie datę.
Sam bieg, trasa, organizacja dopracowane rewelacyjnie. Ponoć biegaczy przy Wiśle hamował, albo pchał do przodu (zależy na którym kilometrze biegu) olbrzymi wiatr. No ale na pogodę to organizatorzy biegu już niestety nie mieli wpływu. Wszystko super, świetnie, kapitalnie tylko ten nieszczęsny medal ... taki bez daty. Szukałam wśród komentarzy biegaczy na facebook'u na wydarzeniu biegu czy komuś też ten brak tak bardzo przeszkadzał jak mi i wygląda na to, że albo nie doczytałam, albo nie znalazłam albo tylko ja taka przewrażliwiona i zdziwaczała jestem, bo ani słowa o braku daty. No cóż. Bezdatowego medalu nie mam i bardzo dobrze.
I tak oto przez moją zepsutą nogę, a może właśnie dzięki niej z biegaczki startującej w Półmaratonie Marzanny zamieniłam się w wolontariuszkę pracującą w biurze zawodów przy wydawaniu pakietów startowych. Czy było mi żal, że nie pobiegnę?
Prawda jest taka, że dopóki nie zobaczyłam medalu to było mi bardzo, ale to bardzo przykro, że muszę odpuścić ten bieg. Ale to było dopóki nie oglądnęłam medalu z Marzanny.
Medal jak medal, okrągły, z wkomponowaną Marzanną, nazwą biegu i niby wszystko ok, ale co dla mnie jest niedopuszczalne nie ma na nim daty. No nie ma. Oglądnęłam go z każdej strony. Niby organizator tłumaczył, że przecież każdy wie kiedy jest topienie Marzanny i data jest niepotrzebna, ale muszę się tutaj z nim nie zgodzić. Przecież ja za kilka lat nie będę pamiętała czy bieg był 19, 20 a może 21 marca. Ooo, co ja pisze, za jakie kilka lat, ja podejrzewam, że już w następnym roku nie będę pamiętała dokładnej daty biegu. Dla mnie wszelkie cyferki są bardzo ważne, ot, moje życie i rzeczywistość określam w liczbach i dlatego ostatecznie to się cieszę, że nie pobiegłam i nie mam tego medalu, bo byłabym bardzo, bardzo zła i pewnie spaskudziłabym go markerem wpisując odręcznie datę.
Sam bieg, trasa, organizacja dopracowane rewelacyjnie. Ponoć biegaczy przy Wiśle hamował, albo pchał do przodu (zależy na którym kilometrze biegu) olbrzymi wiatr. No ale na pogodę to organizatorzy biegu już niestety nie mieli wpływu. Wszystko super, świetnie, kapitalnie tylko ten nieszczęsny medal ... taki bez daty. Szukałam wśród komentarzy biegaczy na facebook'u na wydarzeniu biegu czy komuś też ten brak tak bardzo przeszkadzał jak mi i wygląda na to, że albo nie doczytałam, albo nie znalazłam albo tylko ja taka przewrażliwiona i zdziwaczała jestem, bo ani słowa o braku daty. No cóż. Bezdatowego medalu nie mam i bardzo dobrze.
poniedziałek, 6 marca 2017
Aktywny weekend i poniedziałkowe bolączki
No i plany i marzenia biegowe poszły się paść. Tak, wiem, panikuję, ale jak tu nie panikować kiedy noga boli i to w bardzo niebezpiecznym miejscu, bo tam gdzie 2 lata temu nastąpiło złamanie zmęczeniowe. Zaczęła boleć dopiero dzisiaj rano w pracy. Tak po prostu podczas siedzenia przy biurku, zaczęła boleć i boli nadal. Roztaczam zatem czarne wizje od wczesnego popołudnia i jestem coraz bardziej przerażona tym dziwnym bólem.
Za mną bardzo aktywny weekend, bo w sobotę pojechałam pobiegać do Puszczy Niepołomickiej gdzie natruchtałam 20 km i to tylko dlatego tak dużo, bo zgubiłam się przy ostatnim okrążeniu, a w niedzielę spokojnym spacerkiem w dolince tatrzańskiej zrobiłam kolejne 20 km.
Co do soboty to pojechaliśmy do puszczy w kilka osób, by pobiegać po leśnych ścieżkach, nie chodnikach czy asfalcie i oszczędzić w ten sposób umęczone bieganiem kopytka. Pierwsze kółko 6 km zrobiliśmy wszyscy razem, przy drugim rozdzieliliśmy się na szybkich i wolnych. Ja oczywiście ta powolna byłam. Trzecie kółko natomiast zrobiłam sama. Miało być takie samo jak te dwa wcześniejsze jeśli chodzi o trasę, ale że ścieżki wyglądają tak samo, drzewa takie same to mój zmysł orientacji w terenie i kobieca intuicja wyprowadziły mnie w bagna, bo tak mi się jakoś wydawało, że to trzeba było skręcić w prawo, a nie w lewo. Oj zdarza się. Najważniejsze, że dotarłam do reszty grupy i do samochodu i wcale tak długo nie musieli na mnie czekać.
W niedzielę natomiast zgodnie z postanowieniem ze stycznia, że raz w miesiącu idziemy w Tatry (które zostało już złamane, bo w lutym nam się nie udało przez chorobę młodego) poszliśmy Doliną Białki do Morskiego Oka i w drodze powrotnej zahaczyliśmy o schronisko w Dolinie Roztoki. Pogoda nam dopisała, widoki były piękne, a do tego pierwszy raz widziałam staw - Morskie Oko zimą. Warto było pojechać. Przeszliśmy spokojnym marszem 20 km i nawet za bardzo się nie zmęczyliśmy, dlatego nie mogę pojąć skąd się dzisiaj wziął ten mój ból nogi. Dzisiaj odpuściłam Crossfit, na który chodzę w poniedziałki, a jutrzejsze bieganie planuję zamienić na rower. Może to jest delikatne przeciążenie i jak nagle się pojawiło tak może nagle zniknie. Mam taką nadzieję, bo mam, a raczej miałam wielkie plany biegowe (buuuuuuu).
Poniżej kilka zdjęć z wczorajszej wycieczki w Tatry nad Morskie Oko.
Morskie Oko
Schronisko w Dolinie Roztoki
wtorek, 28 lutego 2017
biegowy luty
Uwaga, czytajcie szeptem, bo boję się o tym mówić głośno, żeby nie zapeszyć. W lutym przebiegłam 131 km. Tak, tak, właśnie. Jak na mnie to bardzo dużo, jak na mnie to oznacza, że ... i teraz uwaga - szeptem: że wracam powoli do biegania.
Skąd tyle kilometrów?
Ano uzbierało się z treningów i biegów - bo wzięłam udział w lutym w całych dwóch zawodach biegowych: Biegu Walentynkowym w Krakowie i biegu charytatywnym "Biegaj Sercem" w Myślenicach.
Dystans tych biegów był maleńki, ale zawsze coś. Większość kilometrów nabiłam na treningach. Ot tak po prostu wychodziłam z domu i biegłam, prawie jak Forest Gump haha.
Czy coś mnie boli?
A owszem, bolało, boli i pewnie będzie boleć. Ale to takie niegroźne bolączki buntujących się kopytek, które nie ma co ukrywać, ostatnio przez długi czas przyzwyczajone były do lenistwa i braku ruchu.
Skąd wiem, że niegroźne te bóle?
Ano po pierwsze, bo poboli i przestaje po rozciąganiu i rolowaniu, a po drugie mogę się chyba zacząć nazywać specem od kontuzji, bo miałam większość tych opisywanych na stronach dla biegaczy i po prostu wiem, że to nic poważnego. Tu zakuje kolano, tam zaboli czworogłowy, innym razem łydki się zbuntują udając, że są z ołowiu. Obserwuję dokładnie swój organizm przed, w trakcie i po bieganiu. starając się wyłapać wszelkie odchylenia od normy. Na razie jest ok i żeby tak pozostało, bo mam na ten rok wieeeelkie plany biegowe, no może bardziej marzenia niż plany, ale jakiś cel (nawet taki mało realny) trzeba mieć.
Skąd tyle kilometrów?
Ano uzbierało się z treningów i biegów - bo wzięłam udział w lutym w całych dwóch zawodach biegowych: Biegu Walentynkowym w Krakowie i biegu charytatywnym "Biegaj Sercem" w Myślenicach.
Dystans tych biegów był maleńki, ale zawsze coś. Większość kilometrów nabiłam na treningach. Ot tak po prostu wychodziłam z domu i biegłam, prawie jak Forest Gump haha.
Czy coś mnie boli?
A owszem, bolało, boli i pewnie będzie boleć. Ale to takie niegroźne bolączki buntujących się kopytek, które nie ma co ukrywać, ostatnio przez długi czas przyzwyczajone były do lenistwa i braku ruchu.
Skąd wiem, że niegroźne te bóle?
Ano po pierwsze, bo poboli i przestaje po rozciąganiu i rolowaniu, a po drugie mogę się chyba zacząć nazywać specem od kontuzji, bo miałam większość tych opisywanych na stronach dla biegaczy i po prostu wiem, że to nic poważnego. Tu zakuje kolano, tam zaboli czworogłowy, innym razem łydki się zbuntują udając, że są z ołowiu. Obserwuję dokładnie swój organizm przed, w trakcie i po bieganiu. starając się wyłapać wszelkie odchylenia od normy. Na razie jest ok i żeby tak pozostało, bo mam na ten rok wieeeelkie plany biegowe, no może bardziej marzenia niż plany, ale jakiś cel (nawet taki mało realny) trzeba mieć.
czwartek, 16 lutego 2017
Bałtyk zimą, czyli parę słów o feriach
Jestem ...
Chciałam, naprawdę chciałam zamieścić kilka zdjęć zaraz po powrocie z ferii nad Bałtykiem co by stanowiły pamiątkę za te kilka lat kiedy już daty i wydarzenia zaczną mi się zacierać i zlewać w jedno, ale ten tydzień (wróciłam w sobotę) to jest bardzo intensywny i szalony tydzień i nagle, nie wiedzieć czemu zrobił się czwartek, a tu zdjęć jak nie było tak nie ma. Pora zatem to zmienić.
O Kołobrzegu gdzie spędziłam tydzień mogę powiedzieć tyle, że miasteczko ładne, takie małe, przyjemne, zadbane. Pełno alejek spacerowych, ścieżek rowerowych, więc było gdzie biegać. Plaża szeroka, wzdłuż ulokowane pełno knajpek i kawiarni gdzie o tej porze roku można się było napić pysznej gorącej czekolady z bitą śmietaną. Pewnie w lecie, kiedy to miasteczko zostaje nawiedzonę przez tłumy urlopowiczów nie jest już tak przyjemnie, ale o tej porze było super. Najodowałam się, nawdychałam czystego powietrza (mogliby u nas w Krakowie takie w butelkach sprzedawać - kupiłabym) , odpoczęłam.
Chciałam, naprawdę chciałam zamieścić kilka zdjęć zaraz po powrocie z ferii nad Bałtykiem co by stanowiły pamiątkę za te kilka lat kiedy już daty i wydarzenia zaczną mi się zacierać i zlewać w jedno, ale ten tydzień (wróciłam w sobotę) to jest bardzo intensywny i szalony tydzień i nagle, nie wiedzieć czemu zrobił się czwartek, a tu zdjęć jak nie było tak nie ma. Pora zatem to zmienić.
O Kołobrzegu gdzie spędziłam tydzień mogę powiedzieć tyle, że miasteczko ładne, takie małe, przyjemne, zadbane. Pełno alejek spacerowych, ścieżek rowerowych, więc było gdzie biegać. Plaża szeroka, wzdłuż ulokowane pełno knajpek i kawiarni gdzie o tej porze roku można się było napić pysznej gorącej czekolady z bitą śmietaną. Pewnie w lecie, kiedy to miasteczko zostaje nawiedzonę przez tłumy urlopowiczów nie jest już tak przyjemnie, ale o tej porze było super. Najodowałam się, nawdychałam czystego powietrza (mogliby u nas w Krakowie takie w butelkach sprzedawać - kupiłabym) , odpoczęłam.
tak jest prosić męża, żeby mi zrobił zdjęcie jak karmię łabędzia
ach, ech, było gdzie biegać
te fruwające piękności wcale się nie bały i chętnie pozowały do zdjęcia
pogoda była nieprzewidywalna, w jeden dzień chmury, wiatr, śnieg, a w następny piękne słońce i wiosenna pogoda
molo w Kołobrzegu
i kołobrzeska latarnia morska
jakby się tak zamyślić to można było dobiec tą ścieżką do Ustronia Morskiego, to tylko 12 km
niedziela, 29 stycznia 2017
o biegu dla chorego chłopca
W mojej okolicy zbierane są pieniądze na wyjazd chorego chłopca na leczenie do USA. Ludzie, organizacje, instytucje, prywatne firmy stanęły na głowie żeby pomóc w zbiórce. Są wiec organizowane różne kiermasze ciast, zabawy karnawałowe, wszelakie licytacje, pokazy starych samochodów itp itd. Moja grupa biegowa na jakimś tam treningu stwierdziła, że fajnie by było coś zorganizować dla tego chłopca. Powstał więc plan biegu, takiego dla wszystkich, rodzinnego, koleżeńskiego na 5 km. Zorganizowanie profesjonalnego biegu wymaga czasu, środków pieniężnych, dobrej organizacji. A my? My mamy 2 tygodnie i zero złotych na ten bieg. Pomyśleliśmy, że trochę rozreklamujemy na facebooku, może razem z nami uzbiera się z 50 osób. Miał to być bieg bez medali, bez pomiaru czasu, a opłata startowa to wolny datek do puszki, bo założenie było takie że całość z opłat startowych pójdzie na pomoc chłopcu. Minął tydzień od początku organizacji biegu. W tym momencie mamy zapisanych ponad 500 osób, bez naszej grupy. Liczba chętnych przerosła nasze najśmielsze marzenia. Zgłosiła się do nas firma pomiarowa, która za darmo przeprowadzi pomiar czasu na zawodach. Zgłosiła się również firma produkująca medale, która powiedziała, ze dadzą nam za darmo tyle medali ile będziemy potrzebować. Nie są to medale wytwarzane specjalnie na ten bieg tylko takie ze stałej produkcji, ale najważniejsze że będą. Zgłosiły się piekarnie, które oddadzą nam kilkaset drożdżówek dla biegaczy, oraz inne firmy, które oferują różne gadżety dla najszybszych biegaczy. Pomogą nam strażacy, służba medyczna Malta. Pomagają nam kluby biegowe z okolicy. Do promocji włączyli się znani sportowcy oraz sam burmistrz naszego miasteczka, w którym organizujemy bieg i skąd pochodzi chory chłopiec.
Generalnie jest jedno wielkie szaleństwo. W organizację włączyła się cała nasza grupa. Ten załatwia namioty, tamten agregator, ktoś robi grafiki, inny mapę trasy, ktoś samochód na depozyt, inny nagłośnienie. Każdy ma pełne ręce roboty i ja też staram się pomagać jak mogę, szczególnie, że na samym biegu mnie nie będzie, bo akurat wtedy są ferie i wyjeżdżam z rodzinką. Dlatego każdą wolną chwilę poświęcam na ten bieg i nie mam czasu już na nic innego. Mam tylko nadzieję, że wszystko wypali, że nie będzie żadnych potknięć, że biegacze będą zadowoleni i co najważniejsze, że zbierzemy dużo pieniążków dla chorego chłopca.
Generalnie jest jedno wielkie szaleństwo. W organizację włączyła się cała nasza grupa. Ten załatwia namioty, tamten agregator, ktoś robi grafiki, inny mapę trasy, ktoś samochód na depozyt, inny nagłośnienie. Każdy ma pełne ręce roboty i ja też staram się pomagać jak mogę, szczególnie, że na samym biegu mnie nie będzie, bo akurat wtedy są ferie i wyjeżdżam z rodzinką. Dlatego każdą wolną chwilę poświęcam na ten bieg i nie mam czasu już na nic innego. Mam tylko nadzieję, że wszystko wypali, że nie będzie żadnych potknięć, że biegacze będą zadowoleni i co najważniejsze, że zbierzemy dużo pieniążków dla chorego chłopca.
piątek, 13 stycznia 2017
Obrażony husky
Moja psa się na mnie obraziła. Tak na poważnie. Nie wiedziałam, że to w ogóle jest możliwe, aby pies rzucił takim fochem, że mimo upływu czasu (to było wczoraj) nadal nie mogę o tym zapomnieć i męczy mnie to okrutnie.
Co takiego się stało?
W środę, a wiec przedwczoraj wpakowałam psę do auta i pojechałyśmy nad rzekę na takie spokojne wybieganie. Przebiegłyśmy razem prawie 9 km. To było w środę, natomiast wczoraj wieczorem pojechałam na trening z moją grupą biegową, na wspólne bieganie. Jako, że mieliśmy kilka spraw biegowych do obgadania i w ogóle chciałam sobie porozmawiać z ludźmi spokojnie, to nie wzięłam ze sobą mojego husky'ego. Po pierwsze biegała przedwczoraj, więc stwierdziłam, ze jej wystarczy, bo przecież jeszcze młoda i nie powinna przesadzać z intensywnością, a po drugie, jako że młoda (ma 8 miesięcy) to skacze po wszystkich ludziach z radości, ciągnie się do dzieci i zwierząt i trzeba ciągle na nią uważać, pilnować i spokojnie się z nikim nie porozmawia.
Gdy wróciłam z treningu do domu, to nawet nie przybiegła się przywitać. Bardzo się wystraszyłam, bo to nie było normalne. Poszłam jej poszukać, a ona leżała sobie za ścianą i nawet na mnie nie chciała spojrzeć, a gdy podeszłam i zaczęłam głaskać po pyszczku to tak smutno na mnie patrzyła. Nadal mam przed oczami widok jej pyska i tych smutnych oczu. Nie wiem skąd wiedziała, że byłam na bieganiu, a nie np. w pracy czy sklepie. Nie wiem, ale wiem, że więcej jej tego nie zrobię i będę zabierać ją wszystkie treningi biegowe, bo drugi raz widoku tych smutnych oczu to ja już nie zniosę.
Co takiego się stało?
W środę, a wiec przedwczoraj wpakowałam psę do auta i pojechałyśmy nad rzekę na takie spokojne wybieganie. Przebiegłyśmy razem prawie 9 km. To było w środę, natomiast wczoraj wieczorem pojechałam na trening z moją grupą biegową, na wspólne bieganie. Jako, że mieliśmy kilka spraw biegowych do obgadania i w ogóle chciałam sobie porozmawiać z ludźmi spokojnie, to nie wzięłam ze sobą mojego husky'ego. Po pierwsze biegała przedwczoraj, więc stwierdziłam, ze jej wystarczy, bo przecież jeszcze młoda i nie powinna przesadzać z intensywnością, a po drugie, jako że młoda (ma 8 miesięcy) to skacze po wszystkich ludziach z radości, ciągnie się do dzieci i zwierząt i trzeba ciągle na nią uważać, pilnować i spokojnie się z nikim nie porozmawia.
Gdy wróciłam z treningu do domu, to nawet nie przybiegła się przywitać. Bardzo się wystraszyłam, bo to nie było normalne. Poszłam jej poszukać, a ona leżała sobie za ścianą i nawet na mnie nie chciała spojrzeć, a gdy podeszłam i zaczęłam głaskać po pyszczku to tak smutno na mnie patrzyła. Nadal mam przed oczami widok jej pyska i tych smutnych oczu. Nie wiem skąd wiedziała, że byłam na bieganiu, a nie np. w pracy czy sklepie. Nie wiem, ale wiem, że więcej jej tego nie zrobię i będę zabierać ją wszystkie treningi biegowe, bo drugi raz widoku tych smutnych oczu to ja już nie zniosę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




