Mam najwspanialszego psa na świecie. Jest w niej (bo to suczka) tyle miłości, co widać jak mnie wita i szaleńczo się cieszy gdy wracam do domu, tyle cierpliwości gdy rzucam się na nią by się poprzytulać to tej kupy futra, i wiem, że ta rasa psów nie lubi być obejmowana bo czuje się osaczona, to mimo wszystko moja psa dzielnie znosi te przytulaski.
Husky!!! - inteligentny, przyjazny indywidualista.
Dzisiaj przeczytałam piękny tekst o tych psach:
" Psy północy nie są dla wszystkich. Tak naprawdę są dla wariatów którzy kochają błysk w ich oczach po udanej psocie, którzy cierpliwie mierzą się z uporem, sprytem i inteligencją, którzy zrozumieją, że północniak kocha swoją rodzinę do ostatniego oddechu, ale w duszy zostało mu trochę z wilka i tę część jego natury też trzeba uszanować."
Jakie to prawdziwe ....
Czemu akurat piszę o moim psie?
Po kilku bardzo aktywnych dniach (rower, bieganie, fitness) postanowiłam dzisiaj dać odpocząć moim kopytkom, co by ich nie nadwyrężać, żeby się jakaś kontuzja (tfu, tfu) nie przyplątała. Taki miałam plan dopóki nie wróciłam do domu z pracy, bo gdy tylko wysiadłam z auta i przywitałam się z moją husky to zobaczyłam w jej oczach taką ogromną prośbę "weź mnie na spacer". Uwierzcie, prawie do mnie mówiła tymi swoimi proszącymi oczyskami. Jako, że pogoda ostatnio to bardziej jesienna lub wiosenna jest niż zimowa, bo z 8 stopni na plusie i słoneczka więcej niż chmur, to rzuciłam wszystko i polazłyśmy do lasu. Ja, jak to ja, czyli osoba, która potrafi się zgubić nawet na Rynku w Krakowie, oczywiście zamotałam się w lesie, który aż wstyd się przyznać, ale w miarę dobrze znam. Na swoją obronę mam tylko to, że te drzewa to takie same wszystkie się wydają. Na szczęście przy pomocy google map (gdy już się udało złapać zasięg w tym ciemnym, złym lesie) jakoś dotarłyśmy do cywilizacji i się okazało, że my w sąsiedniej miejscowości wylądowałyśmy. Jako, że już robiło się ciemno to wróciłyśmy do domu ulicą, a nie przez las i w ten sposób przedeptałyśmy 9 km. Powiecie, phi, co to 9 km. Niby niewiele, ale jak na dzień odpoczynku (czytaj" kanapa, nogi na suficie, co by krew lepiej krążyła i te sprawy) to taka odległość mała nie jest dla umęczonych nóg. Moich oczywiście, bo moja psa pewnie czuła niedosyt. Jednak dla tej psiej radości, gdy mogła obwąchać każde drzewo, wytaplać się w błotnistym strumyku, przeczołgać po zdechłej, rozkładającej się myszy (wszak to ponoć najlepsza psia perfuma na świecie) warto było umęczyć nogi. Nie wiem tylko co będzie jutro, bo w planach było bieganie, ale tym już się będę martwić rano, gdy będę próbowała wstać z łóżka.
W moim biegu przez życie wciąż rodzą się nowe pasje, stare się przedawniają, czasami odchodzą, czasami spychane są na pogranicze mojego czasu, czasami trwają i walczą o zainteresowanie.
środa, 31 stycznia 2018
poniedziałek, 15 stycznia 2018
O Biegu Wielkich Serc
Wczoraj wzięłam udział w 6 Biegu Wielkich Serc w Krakowie już po raz czwarty. Jest to bieg w ramach WOŚP.
Do ostatniej chwili właściwie wahałam się czy pobiec czy nie, bo przecież ja wciąż chora jestem. Jak mnie wzięło pod koniec grudnia tak trzyma nadal, a raczej przechodzę przez kolejne etapy. Mogłabym powiedzieć, że jestem teraz na poziomie choroby o nazwie ból gardła i katar plus osłabienie gratis, więc wesoło nie jest.
Bez względu na mój stan zdrowia miałam jechać na te zawody, bo obiecałam pomóc przy organizacji biegów dla dzieci, a ja jak się do czegoś zdeklaruję to choćby nie wiem co to słowa dotrzymam.Pojechałam zatem i tak do ostatniej chwili walczył mój rozum z sercem. Serce wygrało, pobiegłam. Przed biegiem sobie wmawiałam, że fajna pogoda, bo lekki mrozik, bez śniegu i lodu na trasie, słonecznie więc sobie delikatnie potruchtam. Oczywiście, ja jak to ja, teoria sobie, a w trakcie biegu gdy emocje wylewają się na zewnątrz i mózg się wyłącza pobiegłam ile sił w kopytkach. Na metę dobiegłam z czasem 27'.20'' pokonując dokładnie 5km i 150m, bo trasa liczyła trochę ponad piątkę, więc jak na moją marną kondycję i osłabiony chorobą organizm to wynik uważam za rewelacyjny. Bieg w 100% jest charytatywny, co oznacza, że całość z opłat startowych przeznaczona jest na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Patrząc na zerowy budżet imprezy to jest ona zorganizowana na wysokim poziomie. Dzięki sponsorom mieliśmy pomiar czasu, pakiety startowe i nawet medale na mecie były i to jakie piękne, a po biegu każdy uczestnik otrzymał poczęstunek w postaci pączka.
Kolejnym biegiem, na który jestem zapisana i opłacona jest Półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego - 18 marca. Mam nadzieję, że do tego czasu nie dopadnie mnie żadna kontuzja, bo tak naprawdę to marzy mi się Cracovia Maraton, który ma być 22 kwietnia. Jeszcze się na niego nie zapisałam, ale cały czas intensywnie o nim myślę i ten półmaraton w marcu to będzie takie zderzenie z rzeczywistością, które pokaże czy jest sens się masakrować na maratonie, czy może lepiej odpuścić.
Do ostatniej chwili właściwie wahałam się czy pobiec czy nie, bo przecież ja wciąż chora jestem. Jak mnie wzięło pod koniec grudnia tak trzyma nadal, a raczej przechodzę przez kolejne etapy. Mogłabym powiedzieć, że jestem teraz na poziomie choroby o nazwie ból gardła i katar plus osłabienie gratis, więc wesoło nie jest.
Bez względu na mój stan zdrowia miałam jechać na te zawody, bo obiecałam pomóc przy organizacji biegów dla dzieci, a ja jak się do czegoś zdeklaruję to choćby nie wiem co to słowa dotrzymam.Pojechałam zatem i tak do ostatniej chwili walczył mój rozum z sercem. Serce wygrało, pobiegłam. Przed biegiem sobie wmawiałam, że fajna pogoda, bo lekki mrozik, bez śniegu i lodu na trasie, słonecznie więc sobie delikatnie potruchtam. Oczywiście, ja jak to ja, teoria sobie, a w trakcie biegu gdy emocje wylewają się na zewnątrz i mózg się wyłącza pobiegłam ile sił w kopytkach. Na metę dobiegłam z czasem 27'.20'' pokonując dokładnie 5km i 150m, bo trasa liczyła trochę ponad piątkę, więc jak na moją marną kondycję i osłabiony chorobą organizm to wynik uważam za rewelacyjny. Bieg w 100% jest charytatywny, co oznacza, że całość z opłat startowych przeznaczona jest na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Patrząc na zerowy budżet imprezy to jest ona zorganizowana na wysokim poziomie. Dzięki sponsorom mieliśmy pomiar czasu, pakiety startowe i nawet medale na mecie były i to jakie piękne, a po biegu każdy uczestnik otrzymał poczęstunek w postaci pączka.
Kolejnym biegiem, na który jestem zapisana i opłacona jest Półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego - 18 marca. Mam nadzieję, że do tego czasu nie dopadnie mnie żadna kontuzja, bo tak naprawdę to marzy mi się Cracovia Maraton, który ma być 22 kwietnia. Jeszcze się na niego nie zapisałam, ale cały czas intensywnie o nim myślę i ten półmaraton w marcu to będzie takie zderzenie z rzeczywistością, które pokaże czy jest sens się masakrować na maratonie, czy może lepiej odpuścić.
poniedziałek, 1 stycznia 2018
Rozbiegany Stadion na Biegu Sylwestrowym
No i zachorowałam na koniec roku. Nie wiem czy młody mnie załatwił czy to rower, czy może zwariowana pogoda - teraz jest jakieś 8 stopni ciepła i śniegu już nie ma. Zaczynam się gubić, bo mam wrażenie że za każdym razem jak spojrzę za okno to jest inaczej. Raz biało, raz szaro, raz nawet zielonkawo gdy przyświeci słońce. Tak jakby pory roku wjechały nam w krajobraz w ciągu paru dni, a nie miesięcy.
Ale nie o tym chciałam, tylko o 14 Krakowskim Biegu Sylwestrowym.
Dwa tygodnie po godzince, może dwie i ostatnie dwa dni prawie całe spędziłam na szyciu. Tak, ja która ma wstręt do igły i nitki i nawet jak trzeba dziecku guzika przyszyć to wysyłam do babci - szyłam.
A co szyłam? Ano piłkę nożną. Wiem, wiem brzmi absurdalnie, już tłumaczę.
Moja grupa biegowa, w bardzo okrojonym składzie w tym roku (wyjazdy sylwestrowe, kontuzje i różne inne niespodzianki, stanęły na drodze reszcie grupy) tradycyjnie już postanowiła wziąć udział w Krakowskim Biegu Sylwestrowym na dystansie 5 km. Są to bardzo specyficzne zawody, gdzie główną atrakcją są przebrania. W tym roku postanowiliśmy pobiec jako Stadion Sportowy. Ja, że o grze w piłkę mam blade pojęcie postanowiłam przebrać się za piłkę nożną, bo stwierdziłam, że jak piłka wygląda to wiem i jakoś to skomplikowane bardzo nie będzie. Ojej, jaka ja byłam naiwna i nieświadoma tej pochopnej decyzji, bo urobiłam się przy tym przebraniu jak koń, który ma zaorać kilkadziesiąt hektarów. Mój tata zespawał mi szkielet z drutu i pozostało mi powycinać sześciokąty i pięciokąty foremne w odpowiedniej wielkości, a następnie "tylko" zszyć je razem do kupy, oczywiście ręcznie, bo wymyśliłam sobie, że musi to być taki ścieg, żeby te białe sześciokąty odznaczały się od siebie. Piszę "tylko" i śmiać mi się chce, bo jedna ścianka takiego wielokąta to było od 10 do 15 minut szycia, a było tego bardzo dużo. Do tego żeby druciany szkielet stał się piłką, to trzeba było coś tam między druty a pozszywany materiał powpychać. Owlekłam więc szkielet piłki w prześcieradło frotowe, następnie poświęciłam starą letnią kołdrę i na wierzch jeszcze znalezioną gdzieś w piwnicy gąbkę. Wszystko starannie poprzyszywałam do siebie, co by w trakcie biegu się nie rozpadło i piłka była gotowa. Jak w nią weszłam to wydawała się w miarę lekka. W środku miałam zrobione uchwyty z drutu, żeby nie opierać jej cały czas na barkach i wydawało mi się, że będzie ok. Reszta grupy przebrała się za słupki narożne, które dźwigały płachtę boiska i trybun. Dzieci były piłkarzami, mieliśmy dwie "czirliderki" , jedną z pomponami, drugą taszczącą wielki puchar, był komentator, sędzia, oraz czerwona i żółta kartka. W takim składzie przetruchtaliśmy 5 km i tym sposobem zdobyliśmy 3 miejsce jako najlepiej przebrany zespół.
Wspaniała zabawa, niesamowite emocje, fantastyczna atmosfera. Tak w skrócie można opisać 14 Krakowski Bieg Sylwestrowy. Pogoda również dopisała, bo momentami przez chmury przebijało się słoneczko i była temperatura dodatnia.
Warto było pomimo tego, że dzisiaj od rana odstawiam koncert kaszlowy, a barki pomimo tego, że starałam się używać uchwytów w piłce bardzo bolą.
Ale nie o tym chciałam, tylko o 14 Krakowskim Biegu Sylwestrowym.
Dwa tygodnie po godzince, może dwie i ostatnie dwa dni prawie całe spędziłam na szyciu. Tak, ja która ma wstręt do igły i nitki i nawet jak trzeba dziecku guzika przyszyć to wysyłam do babci - szyłam.
A co szyłam? Ano piłkę nożną. Wiem, wiem brzmi absurdalnie, już tłumaczę.
Moja grupa biegowa, w bardzo okrojonym składzie w tym roku (wyjazdy sylwestrowe, kontuzje i różne inne niespodzianki, stanęły na drodze reszcie grupy) tradycyjnie już postanowiła wziąć udział w Krakowskim Biegu Sylwestrowym na dystansie 5 km. Są to bardzo specyficzne zawody, gdzie główną atrakcją są przebrania. W tym roku postanowiliśmy pobiec jako Stadion Sportowy. Ja, że o grze w piłkę mam blade pojęcie postanowiłam przebrać się za piłkę nożną, bo stwierdziłam, że jak piłka wygląda to wiem i jakoś to skomplikowane bardzo nie będzie. Ojej, jaka ja byłam naiwna i nieświadoma tej pochopnej decyzji, bo urobiłam się przy tym przebraniu jak koń, który ma zaorać kilkadziesiąt hektarów. Mój tata zespawał mi szkielet z drutu i pozostało mi powycinać sześciokąty i pięciokąty foremne w odpowiedniej wielkości, a następnie "tylko" zszyć je razem do kupy, oczywiście ręcznie, bo wymyśliłam sobie, że musi to być taki ścieg, żeby te białe sześciokąty odznaczały się od siebie. Piszę "tylko" i śmiać mi się chce, bo jedna ścianka takiego wielokąta to było od 10 do 15 minut szycia, a było tego bardzo dużo. Do tego żeby druciany szkielet stał się piłką, to trzeba było coś tam między druty a pozszywany materiał powpychać. Owlekłam więc szkielet piłki w prześcieradło frotowe, następnie poświęciłam starą letnią kołdrę i na wierzch jeszcze znalezioną gdzieś w piwnicy gąbkę. Wszystko starannie poprzyszywałam do siebie, co by w trakcie biegu się nie rozpadło i piłka była gotowa. Jak w nią weszłam to wydawała się w miarę lekka. W środku miałam zrobione uchwyty z drutu, żeby nie opierać jej cały czas na barkach i wydawało mi się, że będzie ok. Reszta grupy przebrała się za słupki narożne, które dźwigały płachtę boiska i trybun. Dzieci były piłkarzami, mieliśmy dwie "czirliderki" , jedną z pomponami, drugą taszczącą wielki puchar, był komentator, sędzia, oraz czerwona i żółta kartka. W takim składzie przetruchtaliśmy 5 km i tym sposobem zdobyliśmy 3 miejsce jako najlepiej przebrany zespół.
Wspaniała zabawa, niesamowite emocje, fantastyczna atmosfera. Tak w skrócie można opisać 14 Krakowski Bieg Sylwestrowy. Pogoda również dopisała, bo momentami przez chmury przebijało się słoneczko i była temperatura dodatnia.
Warto było pomimo tego, że dzisiaj od rana odstawiam koncert kaszlowy, a barki pomimo tego, że starałam się używać uchwytów w piłce bardzo bolą.
sobota, 30 grudnia 2017
Rowerem z Oświęcimia do Krakowa
Jako, że do wczoraj mieliśmy wiosnę tej zimy, bo termometry pokazywały koło 10 stopni na plusie (dzisiaj już przyszła zima, jest lekki mrozik i śnieg) i trzeba było spalić świąteczne obżarstwo wybrałyśmy się zaraz po świętach z koleżanką na wycieczkę rowerową, taką całodniową.
Przejechałyśmy Wiślaną Trasą Rowerową z Oświęcimia do Krakowa czyli około 90 km. Nie, to nie był spontan, to była bardzo dokładnie przemyślana decyzja z uwzględnieniem prognozy pogody i wcześniejszym zakupieniem biletów na pociąg. Tak, na pociąg, bo z Krakowa do Oświęcimia pojechałyśmy pociągiem z naszymi rowerami.Na miejscu byłyśmy koło 11:00 i zaczęłyśmy pedałowanie wzdłuż Wisły w stronę Krakowa. Pogoda iście wiosenna, więc zimno nie było tylko niestety wiatr wiejący w oczy (w górach był Halny) dał nam popalić, bardzo nas męczył i spowalniał. A na czasie bardzo nam zależało, bo niestety między Skawiną a Tyńcem nie ma jeszcze zrobionej trasy rowerowej po wale wiślanym i tam trzeba jechać po trawie, więc chciałyśmy zaliczyć ten odcinek jeszcze przed zmierzchem, więc przed 16:00. Ledwo nam się to udało, bo gdy dotarłyśmy do Skawiny to już się robiło szarawo. Do tego tam gdzie spodziewałyśmy się trawy na wale niestety były koleiny błotne wyrobione przez motory, na których szalały jakieś młodziki uwalone w błocie po sam nos, więc przeprawa przez ten odcinek to była walka z błotem, zapychającym koła, przerzutki i hamulce w naszych rowerowych mustangach.
Straciłyśmy tam dużo czasu i umęczyło nas to tak bardzo, że zrezygnowałyśmy z przejechania całego Krakowa wzdłuż Wisły i naszą wycieczkę zakończyłyśmy w okolicach Wawelu. Moje endomondo pokazało 88 km więc i tak źle nie było. Przez kolejne dni po wycieczce byłam zmęczona jak po maratonie. Wszystko mnie bolało, włącznie z żebrami, brzuchem, rękami i nogami. Dzisiaj już jest ok, tylko mnie lekkie przeziębienie dopadło i nie wiem czy to wina jazdy na rowerze w "zimie" czy może młody (który też walczy z przeziębieniem) mnie zaraził. Do jutra musi mi przejść, bo to przecież Sylwester, więc w południe tradycyjnie już biorę udział w Krakowskim Biegu Sylwestrowym, gdzie głównym założeniem jest bieg w przebraniu i dobra zabawa, a nie czas, prędkość i życiówki.
Przejechałyśmy Wiślaną Trasą Rowerową z Oświęcimia do Krakowa czyli około 90 km. Nie, to nie był spontan, to była bardzo dokładnie przemyślana decyzja z uwzględnieniem prognozy pogody i wcześniejszym zakupieniem biletów na pociąg. Tak, na pociąg, bo z Krakowa do Oświęcimia pojechałyśmy pociągiem z naszymi rowerami.Na miejscu byłyśmy koło 11:00 i zaczęłyśmy pedałowanie wzdłuż Wisły w stronę Krakowa. Pogoda iście wiosenna, więc zimno nie było tylko niestety wiatr wiejący w oczy (w górach był Halny) dał nam popalić, bardzo nas męczył i spowalniał. A na czasie bardzo nam zależało, bo niestety między Skawiną a Tyńcem nie ma jeszcze zrobionej trasy rowerowej po wale wiślanym i tam trzeba jechać po trawie, więc chciałyśmy zaliczyć ten odcinek jeszcze przed zmierzchem, więc przed 16:00. Ledwo nam się to udało, bo gdy dotarłyśmy do Skawiny to już się robiło szarawo. Do tego tam gdzie spodziewałyśmy się trawy na wale niestety były koleiny błotne wyrobione przez motory, na których szalały jakieś młodziki uwalone w błocie po sam nos, więc przeprawa przez ten odcinek to była walka z błotem, zapychającym koła, przerzutki i hamulce w naszych rowerowych mustangach.
Straciłyśmy tam dużo czasu i umęczyło nas to tak bardzo, że zrezygnowałyśmy z przejechania całego Krakowa wzdłuż Wisły i naszą wycieczkę zakończyłyśmy w okolicach Wawelu. Moje endomondo pokazało 88 km więc i tak źle nie było. Przez kolejne dni po wycieczce byłam zmęczona jak po maratonie. Wszystko mnie bolało, włącznie z żebrami, brzuchem, rękami i nogami. Dzisiaj już jest ok, tylko mnie lekkie przeziębienie dopadło i nie wiem czy to wina jazdy na rowerze w "zimie" czy może młody (który też walczy z przeziębieniem) mnie zaraził. Do jutra musi mi przejść, bo to przecież Sylwester, więc w południe tradycyjnie już biorę udział w Krakowskim Biegu Sylwestrowym, gdzie głównym założeniem jest bieg w przebraniu i dobra zabawa, a nie czas, prędkość i życiówki.
Kraków
sobota, 23 grudnia 2017
Mój trzeci opłatek biegowy w Puszczy Niepołomickiej
Chwila wytchnienia, chwila odpoczynku ... i urlop.
Czyli to ten czas kiedy mogę spokojnie poświęcić dla siebie trochę czasu bez codziennej gonitwy i opowiedzieć tutaj troszkę o ostatnich wydarzeniach biegowych w moim zabieganym świecie.
Tak mi się wydawało kiedy wczoraj zaczęłam pisać ten post. Niestety ilość rzeczy do zrobienia na już mnie powaliła i nagle zrobiło się dzisiaj. Jako, że wczoraj odgruzowałam trochę dom przed świętami, przyodziałam choinkę w światełka, bombki i te wszystkie świąteczne gadżety, a Wigilia jest dopiero jutro to mam dzisiaj taki dodatkowy dzień na wszelkie sprawy zostawiane zawsze "na potem".
W ostatnią niedzielę już szósty raz odbył się trening opłatkowy dla wszystkich biegaczy z Krakowa i okolic. Dla mnie to był już trzeci raz. Musiałam poprzestawiać bardzo dużo planów, abym w ogóle mogła tam być, a być chciałam bardzo, bo dla mnie to ważne spotkanie, kiedy nie rywalizujemy ze sobą w biegu, a jednoczymy się, razem biegniemy, składamy sobie życzenia, robimy wspólne fotki, rozmawiamy i ogólnie atmosfera jest niesamowita i taka magiczna, świąteczna.
Do Puszczy Niepołomickiej na to spotkanie pojechaliśmy w czwórkę. Do czarnego Stawu, gdzie było tradycyjne łamanie się opłatkiem i życzenia przebiegliśmy 6,5 km, natomiast z powrotem pobiegliśmy sobie trochę na około, bo dobrze nam się biegało i w rezultacie wyszło nam 14 km. Ot, taki niedzielny trening po puszczy, po leśnych ścieżkach i drogach, więc raj dla mięśni i w dodatku po płaskim, równym terenie. Na parkingu tradycyjnie już czekały na biegaczy słodkości (ciasta, ciastka, ciastunie) gorąca herbata i izotoniki. Świetnie spędzony czas, bo aktywnie i spotkanie z biegającymi znajomymi, z którymi spotykam się zazwyczaj na zawodach biegowych - bezcenne.
Czyli to ten czas kiedy mogę spokojnie poświęcić dla siebie trochę czasu bez codziennej gonitwy i opowiedzieć tutaj troszkę o ostatnich wydarzeniach biegowych w moim zabieganym świecie.
Tak mi się wydawało kiedy wczoraj zaczęłam pisać ten post. Niestety ilość rzeczy do zrobienia na już mnie powaliła i nagle zrobiło się dzisiaj. Jako, że wczoraj odgruzowałam trochę dom przed świętami, przyodziałam choinkę w światełka, bombki i te wszystkie świąteczne gadżety, a Wigilia jest dopiero jutro to mam dzisiaj taki dodatkowy dzień na wszelkie sprawy zostawiane zawsze "na potem".
W ostatnią niedzielę już szósty raz odbył się trening opłatkowy dla wszystkich biegaczy z Krakowa i okolic. Dla mnie to był już trzeci raz. Musiałam poprzestawiać bardzo dużo planów, abym w ogóle mogła tam być, a być chciałam bardzo, bo dla mnie to ważne spotkanie, kiedy nie rywalizujemy ze sobą w biegu, a jednoczymy się, razem biegniemy, składamy sobie życzenia, robimy wspólne fotki, rozmawiamy i ogólnie atmosfera jest niesamowita i taka magiczna, świąteczna.
Do Puszczy Niepołomickiej na to spotkanie pojechaliśmy w czwórkę. Do czarnego Stawu, gdzie było tradycyjne łamanie się opłatkiem i życzenia przebiegliśmy 6,5 km, natomiast z powrotem pobiegliśmy sobie trochę na około, bo dobrze nam się biegało i w rezultacie wyszło nam 14 km. Ot, taki niedzielny trening po puszczy, po leśnych ścieżkach i drogach, więc raj dla mięśni i w dodatku po płaskim, równym terenie. Na parkingu tradycyjnie już czekały na biegaczy słodkości (ciasta, ciastka, ciastunie) gorąca herbata i izotoniki. Świetnie spędzony czas, bo aktywnie i spotkanie z biegającymi znajomymi, z którymi spotykam się zazwyczaj na zawodach biegowych - bezcenne.
wtorek, 5 grudnia 2017
Bieg Mikołajów w Krakowie
Od paru lat w kilku miastach w Polsce organizowany jest charytatywny Bieg Mikołajów. Co roku z żalem patrzyłam na cudne medale, jakie organizatorzy przygotowali dla uczestników owych biegów. Bo co jak co ale medale były genialne, pomysłowe, piękne, dopracowane i to rok w rok. Patrzyłam z żalem, bo biegi te były daleko ode mnie i jakoś nie po drodze mi było, żeby wziąć w nich udział. Aż do teraz...
W tym roku pierwszy raz, (ogólnie już piąty) w sobotę 2 grudnia zorganizowano Bieg Mikołajów również w Krakowie. Oczywiście zapisałam się na niego jak tylko pojawiły się zapisy. Limit uczestników w Grodzie Kraka to 750 biegaczy. W ostatniej chwili (kilka dni przed) imprezę przeniesiono z Błoni do Parku Lotników przy AWF-ie (Akademii Wychowania Fizycznego) i do końca nie wiadomo było, którędy pobiegnie trasa. Jakoś mój umysł nie potrafił ogarnąć, gdzie w małym Parku da się wytyczyć trasę na 10 km, więc na start szłam pełna obaw, którędy ja będę sobie tuptać. Ostatecznie zrobiono 3 okrążenia spiralne i pełne zakrętów z kilkoma podbiegami. Jeśli do tego dodać zamarznięte kałuże i prószący drobny śnieg prosto w twarz to bieg ten na kręcenie życiówki raczej się słabo nadawał. Na szczęście większość biegaczy potraktowała te zawody jako dobrą zabawę w szczytnym celu i mało kto miał pretensje o zawirowania z trasą. Piszę "mało kto", bo jakieś zrzędliwe jednostki znajdą się zawsze i wszędzie.
Ja z góry się nastawiłam, na lajtowe biegnie w przebraniu Mikołajki, z jednym założeniem: byleby powyżej godziny nie wyszło te 10 km. Trasę częściowo przebiegłam, częściowo przejechałam jak na łyżwach, ale bez łyżew, bo ślisko było jak fiks, pilnując żeby nie stracić zębów na zakrętach i w towarzystwie męczącej kolki, która jak mnie dopadła koło drugiego kilometra to tak trzymała do ósmego. Ważne jest jednak dla mnie to, że po pierwsze ukończyłam bieg, po drugie nie szłam ani metra, tylko cały czas biegłam nawet na tych stromych, aczkolwiek krótkich podbiegach, po trzecie dostałam piękny medal na mecie, a po czwarte i to chyba najważniejsze swoim bieganiem pomogłam potrzebującym, bo za każdy przebiegnięty kilometr leciała złotówka na cel charytatywny. I to nic, że nie było pełnej dychy, bo brakowało około 500 m (i to nie tylko mnie, żeby była jasność, innym też zegarki pokazały podobnie), to atmosfera i tak była niesamowita i ten widok ... zapierający dech w piersiach, gdy rzeka biegaczy w czapkach Mikołajów tudzież całych przebraniach przeplatana zaprzęgami biegaczy reniferów płynęła po Parku.
Był to świetnie spędzony czas na biegowo w fajnym towarzystwie znajomych biegaczy.
W tym roku pierwszy raz, (ogólnie już piąty) w sobotę 2 grudnia zorganizowano Bieg Mikołajów również w Krakowie. Oczywiście zapisałam się na niego jak tylko pojawiły się zapisy. Limit uczestników w Grodzie Kraka to 750 biegaczy. W ostatniej chwili (kilka dni przed) imprezę przeniesiono z Błoni do Parku Lotników przy AWF-ie (Akademii Wychowania Fizycznego) i do końca nie wiadomo było, którędy pobiegnie trasa. Jakoś mój umysł nie potrafił ogarnąć, gdzie w małym Parku da się wytyczyć trasę na 10 km, więc na start szłam pełna obaw, którędy ja będę sobie tuptać. Ostatecznie zrobiono 3 okrążenia spiralne i pełne zakrętów z kilkoma podbiegami. Jeśli do tego dodać zamarznięte kałuże i prószący drobny śnieg prosto w twarz to bieg ten na kręcenie życiówki raczej się słabo nadawał. Na szczęście większość biegaczy potraktowała te zawody jako dobrą zabawę w szczytnym celu i mało kto miał pretensje o zawirowania z trasą. Piszę "mało kto", bo jakieś zrzędliwe jednostki znajdą się zawsze i wszędzie.
Ja z góry się nastawiłam, na lajtowe biegnie w przebraniu Mikołajki, z jednym założeniem: byleby powyżej godziny nie wyszło te 10 km. Trasę częściowo przebiegłam, częściowo przejechałam jak na łyżwach, ale bez łyżew, bo ślisko było jak fiks, pilnując żeby nie stracić zębów na zakrętach i w towarzystwie męczącej kolki, która jak mnie dopadła koło drugiego kilometra to tak trzymała do ósmego. Ważne jest jednak dla mnie to, że po pierwsze ukończyłam bieg, po drugie nie szłam ani metra, tylko cały czas biegłam nawet na tych stromych, aczkolwiek krótkich podbiegach, po trzecie dostałam piękny medal na mecie, a po czwarte i to chyba najważniejsze swoim bieganiem pomogłam potrzebującym, bo za każdy przebiegnięty kilometr leciała złotówka na cel charytatywny. I to nic, że nie było pełnej dychy, bo brakowało około 500 m (i to nie tylko mnie, żeby była jasność, innym też zegarki pokazały podobnie), to atmosfera i tak była niesamowita i ten widok ... zapierający dech w piersiach, gdy rzeka biegaczy w czapkach Mikołajów tudzież całych przebraniach przeplatana zaprzęgami biegaczy reniferów płynęła po Parku.
Był to świetnie spędzony czas na biegowo w fajnym towarzystwie znajomych biegaczy.
sobota, 18 listopada 2017
o planie aktywności, jego realizacji i o biegu niepodległości w Kielcach
Media społecznościowe zawalają nas postami, zdjęciami czy filmami o tym jacy to wszyscy aktywni i wysportowani. Powiem szczerze, że nie mam pojęcia kiedy Ci wszyscy ludzie znajdują czas na przeróżne formy aktywności, bo niestety mnie się to nie udało, ale o tym poniżej.
Jako, że moje ciało wróciło do normalności, czyli nic mnie nie boli i żadna (odpukać) kontuzja mnie nie męczy postanowiłam zacząć się ruszać. Przyznam, że głównym powodem były jakieś dziwne cyferki na wadze, na którą stanęłam po dłuższym czasie omijania ją wielkim łukiem. W pierwszym odruchu chciałam, idąc tokiem myślenia Kożuchowskiej z serialu Rodzinka.pl, wyrzucić ją przez okno, bo przecie musiała się zepsuć skoro oszalała, ale szybko wzięłam się w garść, skleiłam kilka faktów do kupy, na które złożyły się skurczone ubrania, czekolada, jakieś słodkie likiery i powiedziałam sobie w duchu - NIE DAM SIĘ, zrobię plan swojej aktywności.
Wróciłam do biegania, więc mój plan zakładał trening 3 razy w tygodniu - wtorek, czwartek i jeden dzień weekendu. Do tego 2 razy jakiś fitness typu tabata, brzuchomania, pupomania i itp. Jeden dzień w tygodniu przeznaczyłam na dłuższe wyłażenie mojego huskiego, najlepiej po jakiś pagórkach. Razem z kilkoma znajomymi psiarzami ustaliliśmy, że będziemy w każdą sobotę wędrować po Beskidzie Makowskim z naszymi pupilami.
Jedno popołudnie po pracy dłuższa wycieczka rowerowa, tak z 60-70 km pedałowania.
Oczywiście plan zakładał również dwa dni w tygodniu odpoczynku, co by różne mikrouszkodzenia mięśni i jakieś zakwasy zniwelować.
Plan niby perfekcyjny, ale niestety oprócz tego musiałam gdzieś wcisnąć pracę (jakieś 8 godzin dziennie), ogarnięcie domu, zakupy, pomoc w nauce młodemu, wszelakie kontrolne wizyty lekarskie swoje i młodego + spotkania ze znajomymi, spędy rodzinne i niestety brakło mi tygodnia. I tak się zastanawiam czy to ja jestem jakaś niezorganizowana, czy może te wszystkie zdjęcia, filmy i posty co to je ludzie wrzucają na fejsa czy instagrama są mocno przerysowane. Nie wiem. Na chwilę obecną muszę się poważnie zastanowić gdzie jutro wcisnąć bieganie. Musi to być gdzieś pomiędzy kotletem u mamusi, ćwiczeniami na siłowni na barki u młodego i górą wielką jak nasz Giewont ułożoną z rzeczy do prasowania, z którymi obiecałam sobie, że jutro się rozprawię.
W tamtą niedzielę udało mi się pobiegać tylko dlatego, że byłam zapisana na X Kielecki Bieg Niepodległości. Co roku biorę udział w innych zawodach biegowych, by uczcić naszą niepodległość i w tym roku przypadło na Kielce. Odpuściłam zatem inne obowiązki tudzież przyjemności i pojechałam do Kielc.
Co mogę powiedzieć o tym biegu?
Przebiegłam tam 10 km z całkiem dobrym jak na mnie w chwili obecnej czasie i na mecie dostałam piękny medal. Trasa biegu była pofałdowana, pagórkowata co mnie bardzo zdziwiło, bo wydawało mi się, że im bardziej na północ kraju tym bardziej płasko. Nie znałam Kielc, więc zwiedziłam je na biegowo. Ładne miasto, tylko jakoś tak mało ludzi na ulicach, chociaż było słonecznie i temperatura około 6 stopni, więc jak na połowę listopada to całkiem ok.
Wracając do mojego tygodniowego planu aktywności fizycznej to muszę go mocno zmodyfikować. Jeszcze nie wiem jak, ale mam nadzieję, że wyjdzie mi "w praniu" i za jakiś czas będę się mogła pochwalić tym, że ja też mogę jak wszyscy Ci co to się w mediach społecznościowych chwalą, i biegać i ćwiczyć i jeździć na rowerze i łazić po górach z psem, do tego normalnie żyć i jeszcze będę miała kupę czasu dla siebie na oglądanie seriali i czytanie książek.
Jako, że moje ciało wróciło do normalności, czyli nic mnie nie boli i żadna (odpukać) kontuzja mnie nie męczy postanowiłam zacząć się ruszać. Przyznam, że głównym powodem były jakieś dziwne cyferki na wadze, na którą stanęłam po dłuższym czasie omijania ją wielkim łukiem. W pierwszym odruchu chciałam, idąc tokiem myślenia Kożuchowskiej z serialu Rodzinka.pl, wyrzucić ją przez okno, bo przecie musiała się zepsuć skoro oszalała, ale szybko wzięłam się w garść, skleiłam kilka faktów do kupy, na które złożyły się skurczone ubrania, czekolada, jakieś słodkie likiery i powiedziałam sobie w duchu - NIE DAM SIĘ, zrobię plan swojej aktywności.
Wróciłam do biegania, więc mój plan zakładał trening 3 razy w tygodniu - wtorek, czwartek i jeden dzień weekendu. Do tego 2 razy jakiś fitness typu tabata, brzuchomania, pupomania i itp. Jeden dzień w tygodniu przeznaczyłam na dłuższe wyłażenie mojego huskiego, najlepiej po jakiś pagórkach. Razem z kilkoma znajomymi psiarzami ustaliliśmy, że będziemy w każdą sobotę wędrować po Beskidzie Makowskim z naszymi pupilami.
Jedno popołudnie po pracy dłuższa wycieczka rowerowa, tak z 60-70 km pedałowania.
Oczywiście plan zakładał również dwa dni w tygodniu odpoczynku, co by różne mikrouszkodzenia mięśni i jakieś zakwasy zniwelować.
Plan niby perfekcyjny, ale niestety oprócz tego musiałam gdzieś wcisnąć pracę (jakieś 8 godzin dziennie), ogarnięcie domu, zakupy, pomoc w nauce młodemu, wszelakie kontrolne wizyty lekarskie swoje i młodego + spotkania ze znajomymi, spędy rodzinne i niestety brakło mi tygodnia. I tak się zastanawiam czy to ja jestem jakaś niezorganizowana, czy może te wszystkie zdjęcia, filmy i posty co to je ludzie wrzucają na fejsa czy instagrama są mocno przerysowane. Nie wiem. Na chwilę obecną muszę się poważnie zastanowić gdzie jutro wcisnąć bieganie. Musi to być gdzieś pomiędzy kotletem u mamusi, ćwiczeniami na siłowni na barki u młodego i górą wielką jak nasz Giewont ułożoną z rzeczy do prasowania, z którymi obiecałam sobie, że jutro się rozprawię.
W tamtą niedzielę udało mi się pobiegać tylko dlatego, że byłam zapisana na X Kielecki Bieg Niepodległości. Co roku biorę udział w innych zawodach biegowych, by uczcić naszą niepodległość i w tym roku przypadło na Kielce. Odpuściłam zatem inne obowiązki tudzież przyjemności i pojechałam do Kielc.
Co mogę powiedzieć o tym biegu?
Przebiegłam tam 10 km z całkiem dobrym jak na mnie w chwili obecnej czasie i na mecie dostałam piękny medal. Trasa biegu była pofałdowana, pagórkowata co mnie bardzo zdziwiło, bo wydawało mi się, że im bardziej na północ kraju tym bardziej płasko. Nie znałam Kielc, więc zwiedziłam je na biegowo. Ładne miasto, tylko jakoś tak mało ludzi na ulicach, chociaż było słonecznie i temperatura około 6 stopni, więc jak na połowę listopada to całkiem ok.
Wracając do mojego tygodniowego planu aktywności fizycznej to muszę go mocno zmodyfikować. Jeszcze nie wiem jak, ale mam nadzieję, że wyjdzie mi "w praniu" i za jakiś czas będę się mogła pochwalić tym, że ja też mogę jak wszyscy Ci co to się w mediach społecznościowych chwalą, i biegać i ćwiczyć i jeździć na rowerze i łazić po górach z psem, do tego normalnie żyć i jeszcze będę miała kupę czasu dla siebie na oglądanie seriali i czytanie książek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











